niedziela, 11 czerwca 2023

W poszukiwaniu przygód – „Cytoniczka” Brandon Sanderson, „Niewidzialne życie Addie LaRue” V. E. Schwab i „Trzej muszkieterowie” Aleksander Dumas

 

Cytoniczka
Brandon Sanderson

Gatunek: fantastyka młodzieżowa
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

A nawet jeśli nie... no cóż, nie można od nas wymagać, żebyśmy dawali z siebie wszystko, aż nie zostanie nam nic. To nie jest miłość.

Opis wydawcy

Życie Spensy jako pilota Sił Powietrznych Śmiałych było naprawdę niezwykłe. Okazała się jednym z najlepszych pilotów myśliwskich ludzkiej enklawy na Detritusie i uratowała wszystkich jego mieszkańców przed zagładą z rąk Krelli - enigmatycznych obcych istot, które więziły ich tam od kilkudziesięciu lat. Co więcej, aby pod przykrywką zinfiltrować Zwierzchnictwo, udała się do jego odległego o lata świetlne centrum dowodzenia, gdzie dowiedziała się o istnieniu galaktyki pełnej zamieszkanych planet.

Moja recenzja

Cytoniczka to trzeci tom młodzieżowej serii, której autorem jest mój guru współczesnej fantastyki, Brandon Sanderson. W porównaniu z innymi jego cyklami, jak Archiwum Burzowego Światła czy Z mgły zrodzony, opowieść o pilotce Spensie wydaje się skromna. Nie znajduję w Cytoniczce uczucia epickości, do którego autor nas przyzwyczaił. I w tym przypadku mi to nie przeszkadza.

Podczas czytania miałam wrażenie, jakby Sanderson pisał tę serię, żeby się rozerwać. Zamiast budować skomplikowane zależności w kwestii świata przedstawionego, polityki i systemu magicznego, autor proponuje nam czystą rozrywkę. W trzecim tomie serii, niemal zupełnie porzuca poznanych wcześniej bohaterów drugoplanowych. Zamiast tego śledzimy przygody Spensy, która przechodzi najbardziej naładowany przygodami etap swojego życia. Przenosimy się do zupełnie nowego świata i poznajemy jego mieszkańców. Spensa obraca się w gronie piratów, natyka się na gatunek podobny do dinozaurów, odbywa niesamowite podniebne utarczki. Przypomina to czasami poboczne opowiadanie, klasyczną przygodówkę, a nie pełnoprawną kontynuację serii Sandersona. 

Cytoniczka jest w moim odczuciu trochę słabsza od jej poprzedniczek. Brakuje jej rozpędu, wniknięcia głębiej w znany już świat, rozwiązania zagadek. W ostatniej części powieści otrzymujemy element zaskoczenia, Spensie udaje się również dowiedzieć czegoś nowego o Wnikaczach. To jednak mały procent całej książki. Zasypani jesteśmy przygodami, które byłyby ciekawym tematem dla odrębnego zbioru opowiadań. Nie jest to zatem typowa powieść od Sandersona, ale jeżeli ma się ochotę na przyjemną rozrywkę, to Cytoniczka nadaje się idealnie.


Niewidzialne życie Addie LaRue
V. E. Schwab

Gatunek: fantastyka młodzieżowa
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 608
Wydawnictwo: We need YA

(...) szczęście trwa krótko, historia trwa dalej, a ostatecznie każdy chciałby być zapamiętany.


Opis wydawcy

Francja, rok 1714. Uciekająca sprzed ołtarza młoda dziewczyna imieniem Adeline popełnia niewyobrażalny błąd. Zawiera umowę z diabłem. Faustowski pakt nakłada na nią ograniczenie – możliwość wiecznego życia bez szansy na bycie zapamiętaną przez kogokolwiek – dlatego Addie decyduje się opuścić swoją wioskę, albowiem straciła wszystko.

Moja recenzja

Skuszona zachwytami wśród czytelników, postanowiłam dać szansę bestsellerowej książce, Niewidzialnemu życiu Addie LaRue. To była moja pierwsza przygoda z twórczością Schwab, o której słyszałam sporo dobrego. Nie wiem czy to kwestia akurat tej powieści, ale zdecydowanie między nami nie zaiskrzyło.

Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się przy czytaniu wynudziłam. Szkoda, bo pomysł na powieść i sam początek wydawały się intrygujące. Kobieta, która ucieka od obowiązku zamążpójścia i decyduje się na umowę z diabłem? Życie wieczne, ale pozbawione możliwości budowania międzyludzkich relacji? Świetna zapowiedź. Kompletnie niewykorzystana przez autorkę.

Przede wszystkim, nie czułam się jakbym poznała Addie, mimo że żyła 300 lat, a większość książki skupiała się na jej przygodach. To tak jakbym przyglądała się osobie z boku, nie wgłębiając się w jej wnętrze. Autorka przedstawiła jak to Addie przemierza różne miasta, próbuje jakoś się utrzymać, znaleźć dach nad głową, mieć co włożyć do garnka, ale wszystko to jest jakieś powierzchowne. Brakuje spojrzenia wgłąb tej osoby, motywacji, czegoś, co rozwinęłoby jej charakter. Chętnie bym się dowiedziała jak zmienia się sposób myślenia kogoś, kto żyje 300 lat. W przypadku Addie, kiedy spotkamy ją w 2014 roku, wydaje się, jakby była nadal zwykłą dziewczyną.

Wątek romantyczny między Addie a Luciem okazał się dla mnie nieporozumieniem. Ich krótkie interakcje nie świadczyły o jakimkolwiek uczuciu, brakowało budowania emocji. Przez to miałam wrażenie, że ten wątek pojawił się, bo to literatura młodzieżowa i oczekuje się po niej tego typu relacji.

Dla mnie lektura Niewidzialnego życia Addie LaRue to niewypał i pewna nauczka na przyszłość. Czasami za ślepo podążam za zachwytami innych. A wypadałoby się zastanowić czy tego typu książka jest dla mnie.


Trzej muszkieterowie
Aleksander Dumas

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1844
Liczba stron: 382 & 446
Wydawnictwo: WAB

Zazwyczaj prosi się o rady, by ich nie słuchać albo jeśli się ich słucha, to po to jedynie, by móc się gniewać później na tego, kto rady udzielił.

Opis wydawcy

W burzliwych czasach panowania Ludwika XIII trzech muszkieterów: Athos, Porthos i Aramis oraz młody i poszukujący przygód d’Artagnan będą musieli zmierzyć się z demonicznym kardynałem Richelieu, żądnym przejęcia królewskiej władzy.

Moja recenzja

Miałam dość długą przerwę od czytania klasyki literatury. Na powrót wybrałam Trzech muszkieterów Aleksandra Dumas. Hrabia Monte Christo tego autora to jeden z moich totalnych ulubieńców, więc oczekiwania miałam spore. Muszkieterowie ich nie spełnili, ale nie mogę odmówić im uroku.

To klasyczna przygodówka, idealna na ciepły dzień na plaży. Można odhaczać wszystkich typowych bohaterów takich historii  dzielni, waleczni mężczyżni, knujący kardynałowie, zmanipulowani władcy, niewinne kobiety potrzebujące ratunku. Niestety, powieść mnie rozczarowała w kwestii budowania damskich charakterów. Zdominowana jest przez mężczyzn i to czytanie dyskusji jedynie z męskiej perspektywy było w pewnym momencie męczące. Kobiety w tej powieści albo były złe do szpiku kości albo zupełnie pasywne.

Nie można jednak odmówić Dumasowi umiejętności tworzenia wciągającej fabuły. Po mistrzowsku umieszcza zwroty akcji i buduje napięcie. Trzej muszkieterowie pełni są dworskich intryg, knucia za plecami, gorących romansów i energicznych bójek.

Dużym plusem powieści jest przedstawienie głównych bohaterów. Przez jakiś czas miałam wręcz problem z tym, że muszkieterowie okazali się dość odpychającymi postaciami. Z jednej strony – waleczni, oddani, honorowi, z drugiej – zadufani, zapatrzeni w siebie, wykorzystujący innych do swoich celów. Finalnie, uważam że dodało to kolejne warstwy do powieści. Nie wiem jak innych czytelników, ale zakończenie mnie totalnie przekonało, że coś jest nie tak z wartościami moralnymi tej grupki. Wygląda to zatem na wyjście do dyskusji, co w przypadku klasyków zawsze doceniam.


wtorek, 30 maja 2023

„Graj jak się da” i „Rok magicznego myślenia” Joan Didion – o otaczającej nas pustce

 

Graj jak się da
Joan Didion

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1970
Liczba stron: 192
Wydawnictwo: Relacja

- Po co mówisz takie rzeczy? Po co się ze mną kłócisz? Siadł na łóżku i schował głowę w ramiona. - Żeby sprawdzić, czy jeszcze żyjesz.
 

Opis wydawcy

Gdzieś poza Hollywood życie aktorki Marii Wyeth rozgrywa się w odrętwiającej rutynie nieustannej jazdy autostradą. Po trzydziestce, rozwiedziona z mężem, oderwana od przyjaciół, znieczulona zarówno na ból, jak i szczęście, Maria jest kobietą, której zabrakło i pragnień, i motywów. Zdaje się być uosobieniem pokolenia chorego na nadmiar wolności.


Moja recenzja

Lektura Graj jak się da była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Joan Didion. Nazwisko słynnej amerykańskiej dziennikarki obiło mi się o uszy wielokrotnie. Szczególnie w przypadku książki Rok magicznego myślenia, za który autorka otrzymała nagrodę National Book Award w 2005 roku. Przygoda z Graj jak się da okazała się na tyle udana, że po przeczytaniu od razu zabrałam się za Rok magicznego myślenia

Joan Didion prezentuje w Graj jak się da spojrzenie na Hollywood z perspektywy zagubionej gwiazdy filmowej. Maria osiągnęła sukces w świecie kina, jest bogata i wydawać by się mogło, że świat stoi przed nią otworem. Jest jednak zmęczona życiem, jej córka jest zamknięta w ośrodku, jej zamożni znajomi ją nudzą. Kobieta ciągle narzeka na to jak tęsknota za córką ją wykańcza, jednak brakuje jej sił na podjęcie kroków, potrzebnych do zmiany. Jej jedyną rozrywką zostaje zatem pędzenie po autostradzie. To wtedy, na moment, zapomina o wszystkim, co ją otacza.

W książce nie doszukamy się zbyt wiele akcji, trudno też streścić jej fabułę. To rodzaj literatury, który wrzuca nas w specyficzny klimat. Po zakończeniu nie wspominamy konkretnych wydarzeń, raczej pamiętamy towarzyszące nam uczucia. Nostalgii, niepokoju, smutku. 

Trudno jest prawdziwie współczuć bohaterom. Tkwią w sytuacji, której nie próbują zmienić. Brakuje im motywacji, celów, które zachęcałyby do wzięcia sprawy w swoje ręce. Bohaterowie po prostu „grają, jak się da”, nie szukając lepszych scenariuszy. 

Powieść Didion jest melancholijna, przepełniona smutkiem i zwątpieniem. Autorka porusza w niej temat depresji, aborcji, używek. Pojawia się problem dysfunkcyjnej rodziny, powierzchowności ludzi, która wydaje się naturalnym elementem świata Hollywood. Styl autorki jest stonowany, żadne z wydarzeń nie jest rozdmuchane czy przepełnione znaczeniem. To prosta, wręcz surowa opowieść, która na długo pozostaje w głowie.


Rok magicznego myślenia
Joan Didion

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2005
Liczba stron: 288
Wydawnictwo: Relacja

Kiedy opłakujemy to, co straciliśmy, zarazem opłakujemy samych siebie. Jakimi byliśmy. Jakimi już nie jesteśmy. To, że pewnego dnia nie będzie nas wcale. 
 

Opis wydawcy

Joan Didion z ogromną uważnością przypatruje się najbardziej granicznym doświadczeniom w swoim życiu, analizując własne uczucia i reakcje, a jej piękna i precyzyjna narracja dotyka uniwersalnego znaczenia tych doświadczeń.


Moja recenzja

Myślałam, że po Graj jak się da jestem w stanie przewidzieć co znajdę w kolejnej książce Didion. Rok magicznego myślenia wymyka się jednak wszelkim schematom. To opowieść o stracie i próbie poradzenia sobie z tęsknotą za ukochaną osobą. Didion opowiada o doświadczeniach swojego życia, śmierci męża i tego, jak wyglądała jej żałoba.

To było naprawdę oryginalne spojrzenie na temat śmierci. Przede wszystkim dzięki perspektywie żony, która nagle zostaje sama. Zachwycają przemyślenia autorki, z którymi łatwo jest się utożsamić. Za serce łapie moment, w którym opisuje jak wielokrotnie natyka się na coś, czym chciałaby się podzielić z mężem. Jednak nie może już tego zrobić, musi odnaleźć się w rzeczywistości, w której go nie ma.

Roku magicznego myślenia akcja rozpoczyna się od śmierci Johna i trwa przez rok żałoby Didion. Kilka miesięcy po odejściu męża, jej córka, Quintana, trafia do szpitala. Zatem, oprócz radzenia sobie ze stratą małżonka, kobieta poświęca się również opiece nad chorą córką. Didion próbuje poukładać sobie to, co przeżywa. Wplata w treść wiele fragmentów z literatury specjalistycznej, książek medycznych i psychologicznych. Przeciwstawia te naukowe definicje ze swoimi przeżyciami. To bardzo osobista powieść, pełna wspomnień ze wspólnego życia małżonków. Didion często przeskakuje między wątkami, całość przybiera formę zapisków i przemyśleń, czasami dość chaotycznych. 

Graj jak się da zostawiło mnie z poczuciem melancholii i smutku nad losem zagubionych bohaterów. Tematyka Roku magicznego myślenia jest o wiele bardziej przygnębiająca, więc wydawałoby się, że uczucia po lekturze będą podobne. Niespodziewanie, książka okazała się dla mnie podnosząca na duchu. Didion przedstawia żałobę jako część życia, przedstawia środki, z których korzystała i jaki był ich skutek. Dzieli się swoimi obawami, zastanawia się jakie były ostatnie myśli męża, poświęca sporo czasu na poznanie dokładnego opisu stanu jego zdrowia z medycznego punktu widzenia. Chce zrozumieć jak doszło do tej nagłej śmieci. Chce mieć pewność, że nie mogła zmienić biegu wydarzeń. Każdy z nas przeżywa stratę ukochanych trochę inaczej. Dzięki książce Rok magicznego myślenia czytelnik może się utożsamić z wieloma przemyśleniami Didion, ale również zaobserwować jak wygląda żałoba innych. 


Za egzemplarz „Graj jak się da” dziękuję wydawnictwu Relacja.

niedziela, 7 maja 2023

„Mówcie mi Kasandra” Marcial Gala – przesądzony los Raula

Mówcie mi Kasandra
Marcial Gala

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 248
Wydawnictwo: Rebis

- Jestem Raul. - Nie, jesteś Kasandrą, biegłą w przepowiedniach, idź i powiedz mamie, żeby ci kupiła „Iliadę”, a zrozumiesz i dowiesz się, kim jestem, a przede wszystkim dowiesz się, kim ty jesteś (...).
 

Opis wydawcy

Raul ma dziesięć lat i uwielbia czytać. Jest inteligentny i wrażliwy. Jednocześnie czuje, że nie jest zwykłym chłopakiem; wie, że urodził się w niewłaściwym ciele, że z tego powodu umrze w wieku osiemnastu lat jako żołnierz podczas interwencji kubańskiej w Angoli i że jest wcieleniem księżniczki trojańskiej Kasandry i tak jak ona potrafi przewidywać przyszłość. Dramat Rauliego polega na tym, że utkwił jak w pułapce między greckimi bogami a rewolucją, między ciałem, z którego pragnie uciec, a światem, który nie pozwala uciec takim jak on.


Moja recenzja

Pod koniec zeszłego roku przeczytałam dwie książki z gatunku fantastyki, których treść była inspirowana grecką mitologią. Były to Pieśń o Achillesie i Kirke, obie autorstwa Madeline Miller. Dobre wrażenie zrobił na mnie pomysł – czerpanie inspiracji z mitów i nadawanie im współczesnego wydźwięku. Marcial Gala również wpłata w swoją fabułę postaci znane z mitologii, ale książki Mówcie mi Kasandra nie umieściłabym w tej samej szufladce, co powieści Miller. Bliżej jej do gatunku realizmu magicznego.

Marcial Gala jest pisarzem, poetą i architektem. Urodził się na Kubie. W Mówcie mi Kasandra opowiada historię Raula, chłopaka wysłanego do Angoli, gdzie bierze udział w wojnie domowej. Wydarzenia przedstawione są niechronologicznie, autor przeplata sceny rozgrywające się w Angoli z dzieciństwem bohatera, które spędził w Cienfuegos. Oba te plany są ciekawe, a brak chronologii sprawia, że czytanie wymaga ciągłego skupienia.

Siła tej powieści tkwi w połączeniu surrealistycznych postaci mitycznych z codziennymi bolączkami bohatera. Jako dziecko, Raul ogłasza, że jest reinkarnacją trojańskiej księżniczki Kasandry, znanej z mitologii greckiej. Była ona córką Priama, przeklętą przez Apolla za nieodwzajemnioną miłość. Jej klątwa polegała na tym, że mogła widzieć przyszłość, ale nikt nie wierzył w jej przepowiednie. Imię Kasandra kojarzone jest ze złą wróżbą. Klimat książki Gala również wywołuje uczucie niepokoju i nadchodzącej katastrofy. Raul od początku mówi wprost o tym, jak będzie wyglądał jego koniec, koniec jego bliskich, ale nikt nie wierzy w te przepowiednie.

źródło

Raul jest uwięziony we własnym ciele, w rodzinnych relacjach, w służbie wojskowej. Jego sytuacja wydaje się przesądzona, bez nadziei na poprawę, a chłopak jest wobec losu bezbronny. Autor świetnie poradził sobie z wprowadzeniem dramatycznej atmosfery. Buduje ją, opisując jak erynie powtarzają w kółko złowrogi refren albo jak Apollo siedzi między żołnierzami w angolskim obozie wojskowym, czekając aż Kasandra zbliży się do swojego koszmarnego końca. Los Raula jest przesądzony, zapisany w gwiazdach, przez co czytelnik czuje się jakby czytał starogrecką tragedię. Tylko, że problemy bohatera są bardzo aktualne. Jest to chłopak wątłej budowy, bardzo wrażliwy, uwielbiający czytać książki – ten charakter już w dzieciństwie czyni go pośmiewiskiem wśród bezwzględnych rówieśników. Jego relacje z bliskimi też są intrygujące. Ojciec ciągle stara się przekazać mu „męskie” wartości. Kiedy Raul zostaje pobity w szkole, próbuje dać mu nauczkę wyzywając do bójki tatę oprawcy. Według niego to powinno pokazać chłopakowi, jak zachowuje się mężczyzna. Natomiast matka widzi w nim odbicie swojej ukochanej siostry. Poświęca mu najwięcej uwagi, tylko wtedy, gdy ubiera go w sukienki Nancy, każe zakładać obcasy i malować usta. Wciąż zachwyca się tym, jaki Raul jest podobny do swojej ciotki, ma te same niebieskie oczy i blond włosy. Wydaje się, że te momenty, w których chłopak przebiera się za kobietę pozwalają mu na przeżycie krótkich chwil szczęścia.

Przerażająca jest w tej historii ilość brutalności. Z ciężkim sercem poznaje się perspektywę wrażliwego chłopca, który po prostu chce być sobą w świecie przepełnionym toksycznymi wzorcami. Odszukiwanie własnej tożsamości jest wręcz zabronione, więc pozostaje jedynie dusić się w społeczeństwie, pozwalać na brutalność i uciekać w świat wyobraźni. W starożytną grekę, bogów i przeznaczenie. Bo przyjęcie tych wydarzeń jako realne okazuje się zbyt bolesne.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

 

piątek, 14 kwietnia 2023

„Panie przodem” Wojciech Harpula i Maria Mazurek – rozmowy o roli płci we współczesnym świecie

Panie przodem
Wojciech Harpula i Maria Mazurek

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Znak Literanova

Bo choć chcemy egalitarnej rodziny i równości, na której skorzystają obie płcie, choć na poziomach logicznym, konceptualnym, ideologicznym tworzymy fajne konstrukty i potrafimy sprawnie je argumentować  to na poziomie podświadomym mamy wbite do głów różne patriarchalne przekonania i przekazy transgeneracyjne. W psychologii Gestalt mówimy na nie: introjekty. My ich w ogóle świadomie nie postrzegamy, one są „na blaszkę” wbite w nasz mózg: faceci nie płaczą, rudy to fałszywy i tak dalej.
 

Opis wydawcy

Autorzy prowadzą nieoczywiste i prowokujące rozmowy, w których pytają o podział obowiązków, przemoc, miłość, pieniądze i władzę. Odpowiadają m.in. Bogdan de Barbaro, Andrzej Depko, Zuzanna Radzik i Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Moja recenzja

Wojciech Harpula i Maria Mazurek w swojej książce poruszają tematy związane z rolami kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie, walką o równe prawa i zmianami, których jesteśmy świadkami. Autorzy wybrali formę wywiadów. Psychoterapeuci, językoznawcy i seksuolodzy odpowiadając na pytania, odmalowują obraz współczesnego społeczeństwa i wysnuwają wnioski w którą stronę powinniśmy zmierzać.

Jeżeli kiedykolwiek brakowało Wam argumentów w dyskusji na temat różnicy w prawach, wynikających z płci to książka Panie przodem może być dla Was odpowiednim źródłem informacji. Odpowie na wątpliwości w różnych kwestiach: skąd biorą się różnice w ścieżkach kariery, jak różni się sposób werbalizacji swoich oczekiwań w relacji, dlaczego ludzie odwołują się do użycia przemocy w związku. Uważam, że wybór formy wywiadu sprawdził się bardzo dobrze. Przede wszystkim, rozmówcy prezentują różne punkty widzenia, dzięki czemu można rozszerzyć swój światopogląd. Cieszy fakt, że autorzy nie poszli po linii najmniejszego oporu, wybierając do dyskusji osoby, promujące ten sam sposób myślenia.

Kolejność wywiadów sprawia, że książkę czyta się z niegasnącym zainteresowaniem. Zaczyna się od rozmowy z aktywistką, Anną Kowalczyk o tym, że patriarchat ma się dobrze. Ciekawie w rozmowie wypada kwestia podziału obowiązków domowych, wypychania kobiet z rynku pracy. Zwrócona zostaje uwaga na nierówności, o których na co dzień nie myślimy (wypunktowany tutaj temat damskich toalet i pomysł jak problemowi zaradzić). Przechodząc do kolejnego rozdziału, myślałam, że jestem w stanie przewidzieć, czego się po treści spodziewać. Okazało się, że czeka mnie niespodzianka, bo mimo wspólnej myśli przewodniej, ta rozmowa o feminatywach zawierała ciekawe spostrzeżenia. Podane zostają konkretne przykłady, jak to, że narzekamy na trudność wymowy „chirurżki”, ale słowo „zmarszczka” jakoś nie sprawia nam problemu, bo jesteśmy do niego przyzwyczajeni. Zwracana zostaje uwaga na podział na „pannę” i „panią”, kiedy w przypadku mężczyzn używamy po prostu „pan”, bez względu na jego status małżeński. W każdej z tych rozmów znalazło się coś, co może otworzyć nam oczy na pewne zjawiska. Wypunktowany zostaje fakt, że podświadomie często używamy stwierdzeń, które są krzywdzące dla danej płci, nawet jeżeli nie mamy złych intencji. Kiedy widzimy słabego kierowcę, utarło się używać stereotypowego zdania, że kieruje zapewne kobieta. Wydaje mi się, że ważne, żebyśmy byli świadomi, ile takich myśli pojawia się zupełnie naturalnie, bo tak się mówiło w naszym otoczeniu od zawsze.

Dla wielu z Was ta książka może nie być odkrywcza, często porusza tematy, które były wałkowane już wielokrotnie. Ale jestem przekonana, że poza moją „bańką” jest spore grono osób, które zyskałyby na przeczytaniu tych wywiadów. Dobrze jest sobie uświadomić ile zmian zostało wprowadzonych, jak daleko zaszliśmy w dążeniu do równości, ale zarazem ile jest jeszcze przestrzeni do kolejnych ulepszeń. 


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

środa, 5 kwietnia 2023

Podsumowanie 43. Przeglądu Piosenki Aktorskiej 2023

Przegląd Piosenki Aktorskiej to festiwal, który zna chyba każdy fan teatru muzycznego w Polsce. Przez te kilka dni widzowie mogą oglądać spektakle, które na zaproszenie Teatru Capitol, zaprezentowane zostają na wrocławskich scenach. Oprócz tych dużych tytułów musicalowych (tegoroczne 1989, Kora. Boska), często pojawiają się również spektakle dyplomowe uczelni aktorskich (Dyplom z miłości, Żyję), koncerty (L.U.C., Renata Przemyk) i offowe przedstawienia, które do konkursu może zgłosić każda grupa teatralna. Oczywiście pod warunkiem, że muzyka jest ważną częścią takiego spektaklu  w końcu to festiwal związany z piosenką aktorską.

Z poziomem całego festiwalu bywa różnie, bo to oczywiście zależy od tytułów, które znajdą się w programie. W tym roku brawa należą się organizatorom za ułożenie tak świetnego repertuaru. Warto było poświęcić czas i zszargać nerwy polując na bilety, bo po festiwalu pozostały mi bardzo pozytywne wrażenia. Czuję się wręcz naładowana dobrą energią. 

Zacznę od samego Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki, bo to właściwie główny powód całego zamieszania. Co roku jury wręcza statuetkę Złotego Tukana osobie, która najlepiej poradziła sobie z interpretacją piosenki. Grono dotychczasowych zwycięzców jest bardzo zacne. Nagrodę w konkursie zdobyli m.in. Kinga Preis, Piotr Rogucki, Natalia Sikora, Bartosz Porczyk czy Ralph Kamiński.

W czasach studenckich wybierałam się zazwyczaj na drugi etap konkursu. Bilety na to wydarzenie są dużo tańsze i łatwiej dostępne niż na finał, a można przy okazji obejrzeć więcej uczestników. Sporo przyjemności sprawia typowanie osób, które mogłyby się zakwalifikować do ostatniego etapu i porównywanie ich z wyborem jury. Dodatkowo, finał konkursu jest często dostępny w wersji online. Moja decyzja na wybranie finałowego koncertu jest podyktowana tym, że drugi etap potrafi trwać naprawdę długo. Pamiętam, że bywały i takie, których czas trwania rozciągał się do sześciu godzin. Uczestników jest sporo, każdy śpiewa po dwie piosenki, a jury czasami prosi i o trzecią. Więc polecam osobom, które chętnie poświęcą na wizytę w teatrze więcej czasu. Innym plusem finału jest wydarzenie towarzyszące, zazwyczaj w formie koncertu. W tym roku była to zeszłoroczna zwyciężczyni konkursu, Lena Witkowska z fenomenalnym zespołem Rejs. 

fot. Marek Maziarz, źródło

Tegoroczny konkurs to była prawdziwa petarda. Czasami bywa tak, że ktoś odstaje od reszty uczestników albo ogólny poziom nie jest zadowalający. W tym roku każdy może być z siebie dumny. Dodatkowo prowadzenie konkursu w wykonaniu Anny Makowskiej-Kowalczyk i Grzegorza Mazonia dało radę  było lekko, ale bez cienia żenady. Pomysł na przedstawienie uczestników poprzez opowieść o ptakach, jakimi chcieliby być okazał się strzałem w dziesiątkę. Wszystko ładnie się spinało, było i mądrze i zabawnie.

Jak już wspomniałam, wszyscy finaliści byli cudowni. Maria Wróbel wykonując „Sto lat”, poruszyła znane z rodzinnych spotkań tematy rozmów, Maja Frejtag przedstawiła angażującą interpretację dwóch piosenek (ruch!), Krzysztof Drozdowski rozbawił publiczność swoim występem, Wiktora Wojtas zachwyciła przepięknym głosem, Jan Wieteska wykonał polskie piosenki z pełnią wrażliwości (zasłużona nagroda ZAiKS), Olek Talkowski, który jest po prostu zwierzęciem scenicznym, złapał uwagę widza od samego wejścia, a Agata Siemaszko z towarzyszącym jej Kubą Wilkiem zamknęli całość z przytupem i energią. No i wielka zwyciężczyni tegorocznego festiwalu – Marina Mashtaler z emocjonalną bombą. Pełen czułości występ, którego można słuchać na zapętleniu i nieustająco się zachwycać. Niech frunie dziewczyna, bo zasłużyła na wszystkie nagrody!

„1989”, reż. Katarzyna Szyngiera

fot. Tomasz Walków, źródło

Przed spektaklem słyszałam, że 1989 to polska wersja Hamiltona. Przyznaję, że wtedy to porównanie wydało mi się niemożliwe i podchodziłam do przedstawienia z lekką rezerwą. Po wyjściu z sali mogę jedynie się zgodzić. To był naprawdę czad.

Katarzyna Sznygiera w swoim spektaklu snuje opowieść o czasie przemiany, powstaniu Solidarności, ale ten temat podaje w sposób, który będzie rezonował z widzem w każdym wieku. Ci, którzy te czasy pamiętają, doświadczą ponownie tej energii płynącej z chęci zmiany, a młodzi dostaną skrót historii w bardzo przystępnej, nowatorskiej formie. Kto mógł się spodziewać, że polski rap tak pięknie pozwoli opowiadać o rewolucji?

Nie umiałabym znaleźć w 1989 słabszego punktu, tutaj wszystko jest dopracowane. Aktorzy wypowiadają (i rapują!) kwestie z niesamowitą prędkością, a i tak wszystko jest zrozumiałe i świetnie zaśpiewane. Scenografia i kostiumy idealnie pasują do tego, co dzieje się na scenie. Scenariusz daje głos kobietom, ale w taki naturalny, niewymuszony sposób. Potrafimy zrozumieć te postaci, zobaczyć lęki i uwierzyć w ich motywacje. Przedstawienie perspektywy kilku bohaterów, oglądanie ich codzienności, życia rodzinnego jest wciągające i sprawia, że chcemy poznać ich historię. Nie jest to też prosta pochwała na cześć bohaterów, widz dostaje trochę szerszy kontekst, o czym świadczy genialna scena ze śpiewającym Chochołem (chapeau bas za pomysł!).

Jeżeli tylko macie okazję, to wybierzcie się na 1989 do teatru. Takiej dawki energii ze sceny dawno już nie widziałam. I czekam na płytę!

„Kora. Boska”, reż. Katarzyna Chlebny

fot. Marcin Oliva Soto, źródło

Teatr Nowy Proxima z Krakowa przyjechał ze spektaklem o Korze. Jest to opowieść o tym, jak artystka trafia do wrót nieba i spotyka tam trzy Matki Boskie, symbolizujące Wiarę, Nadzieję i Miłość. Mają jej one pomóc zdać egzamin z cnót boskich, żeby mogła przejść „dalej”.

Ten tytuł narobił wokół siebie sporo szumu medialnego, okrzyknięty został bluźnierczym. Problemem okazało się obsadzenie w roli Matki Boskiej Fatimskiej Papiny McQueen, polskiej drag queen. Po obejrzeniu mogę powiedzieć, że radzi sobie z tą postacią wyśmienicie. Jej spokojny ton głosu idealnie balansuje bardziej energiczny sposób bycia towarzyszek. 

Spektakl ogląda się wyśmienicie. Wypełniony jest muzyką Kory, wszystkie piosenki cudownie wykonane są przez Katarzynę Chlebny, która wciela się w tytułową postać. Zgrabnie napisany jest scenariusz, w którym oprócz faktów z życia artystki, uda się przemycić sporo informacji o aktualnej sytuacji w Polsce. Mimo poważnych tematów, całość jest lekka i rozrywkowa. Może są momenty, które porywają mniej, ale był to wciąż świetnie spędzony wieczór w teatrze.

„Żyję”, reż. Magdalena Miklasz

fot. Mikhalakiy Metal Studio

Żyję to spektakl dyplomowy wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych. Polowałam na niego już wcześnej, ale bez powodzenia. Umieszczenie go w programie tegorocznego festiwalu było świetną okazją do nadrobienia. I było warto.

Wybierając się na spektakle dyplomowe zazwyczaj lekko obniżam swoje oczekiwania. Tego typu przedstawienia rządzą się swoimi prawami, każdy z aktorów musi mieć zapewnioną przestrzeń, żeby się zaprezentować. To często wpływa na budowę i tempo samego spektaklu. Czasami jednak zdarzają się perełki, a Żyję zdecydowanie do takich należy. Główną bohaterką jest izraelska gwiazda, Ofra Haza, która w 1983 roku zajęła drugie miejsce na konkursie Eurowizji. Kiedy umiera, trafia do przedsionka izraelskiego nieba. Jeżeli uda jej się dostać do raju to przez wieczność będzie wygrywać Eurowizję, śpiewając tę samą piosenkę. Szybko się okazuje, że nie wiadomo czy bramę niebios przekroczy, bo chociaż prowadziła pobożne życie to zmarła na AIDS. 

Sukces spektaklu w większości zawdzięczamy bardzo zdolnej grupie młodych adeptów sztuki. Ich umiejętności wokalne, ruchowe, aktorskie, lalkarskie, a przede wszystkim charyzma, zapewniają nam rozrywkę na bite dwie godziny. Zręcznie ogrywane lalki robią ogromne wrażenie i pozwalają widzom rozkoszować się oryginalnym podejściem do ważnego tematu. Spektakl wielokrotnie rozbawi publiczność, ale jednocześnie zręcznie rozprawi się z mitami dotyczącymi wirusa HIV. Młodym twórcom udało się przenieś warstwę edukacyjną do tej rozrywkowej opowieści.

Koncert Galowy: Niech będzie Pogodno, reż. Marcin Liber

fot. Łukasz Giza, źródło

Marcin Liber zachwycił mnie swoim spektaklem Rzeźnia numer pięć we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, więc czułam się podekscytowana jego wersją koncertu galowego. Tym razem załoga postanowiła oddać hołd Budyniowi, czyli Jackowi Szymkiewiczowi z zespołu Pogodno, który zmarł nagle, w kwietniu zeszłego roku.

Na scenie Teatru Polskiego rozłożona została apokaliptyczna scenografia  kilka zniszczonych samochodów, porzucone fotele, a poza tym ogromne kule dyskotekowe i zgraja klaunów, które mocniej przypominają znajomych Jokera niż rozśmieszających widza cyrkowców. Na telebimach cytaty związane z uśmiechem. W tej aurze aktorzy przedstawili swoje interpretacje piosenek Pogodno. I trzeba przyznać, że pokazali się z jak najlepszej strony. Kilka występów  m.in. energetyczna, zwierzęca Helena Sujecka i melancholijny duet Bartosza Porczyka z Ralphem Kamińskim  zostawiło po sobie dreszczyk ekscytacji. Ale to nie tylko oni, bo naprawdę nie było tutaj słabszego ogniwa. W oryginalny sposób, z połączeniem nutki przygnębienia i nieśmiałego uśmiechu, twórcy pomachali Budyniowi, dziękując mu za jego muzykę. Widzowie natomiast, mogą podziękować wszystkim zaangażowanym w koncert galowy, za możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu.

I chyba najlepszym podsumowaniem koncertu galowego będzie to, że czułam się jak na Woodstocku. Czyli świetnie!


fot. Łukasz Giza, źródło


Poza tymi spektaklami udało mi się obejrzeć: 

  • „Dyplom z miłości”, reż. Agnieszka Glińska, w którym można podziwiać przepiękną scenografię, a piosenkę „Saute” Brodki nuci się na długo po wyjściu. Chociaż sam pomysł na spektakl w pewnym momencie staje się zbyt powtarzalny.
  • „Rodowitch”, gdzie punktem wyjścia jest świetny koncept i chociaż tekst jest finalnie trochę za bardzo kabaretowy, to przyjemny w odbiorze. Moją szczególną uwagę zwrócił bohater zbiorowy, genialnie zagrany przez całą grupę!
  • „Wilk”, reż. Aleksandra Bielewicz, z mocno przygnębiającym przekazem, którego oglądałam dla Kamila Studnickiego  aktora, który wygrał pierwszy Konkurs Aktorskiej Interpretacji Piosenki, na którym byłam.


Nie mogę się już doczekać przyszłorocznej edycji. Do zobaczenia PPA!

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka