Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 kwietnia 2023

Podsumowanie 43. Przeglądu Piosenki Aktorskiej 2023

Przegląd Piosenki Aktorskiej to festiwal, który zna chyba każdy fan teatru muzycznego w Polsce. Przez te kilka dni widzowie mogą oglądać spektakle, które na zaproszenie Teatru Capitol, zaprezentowane zostają na wrocławskich scenach. Oprócz tych dużych tytułów musicalowych (tegoroczne 1989, Kora. Boska), często pojawiają się również spektakle dyplomowe uczelni aktorskich (Dyplom z miłości, Żyję), koncerty (L.U.C., Renata Przemyk) i offowe przedstawienia, które do konkursu może zgłosić każda grupa teatralna. Oczywiście pod warunkiem, że muzyka jest ważną częścią takiego spektaklu  w końcu to festiwal związany z piosenką aktorską.

Z poziomem całego festiwalu bywa różnie, bo to oczywiście zależy od tytułów, które znajdą się w programie. W tym roku brawa należą się organizatorom za ułożenie tak świetnego repertuaru. Warto było poświęcić czas i zszargać nerwy polując na bilety, bo po festiwalu pozostały mi bardzo pozytywne wrażenia. Czuję się wręcz naładowana dobrą energią. 

Zacznę od samego Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki, bo to właściwie główny powód całego zamieszania. Co roku jury wręcza statuetkę Złotego Tukana osobie, która najlepiej poradziła sobie z interpretacją piosenki. Grono dotychczasowych zwycięzców jest bardzo zacne. Nagrodę w konkursie zdobyli m.in. Kinga Preis, Piotr Rogucki, Natalia Sikora, Bartosz Porczyk czy Ralph Kamiński.

W czasach studenckich wybierałam się zazwyczaj na drugi etap konkursu. Bilety na to wydarzenie są dużo tańsze i łatwiej dostępne niż na finał, a można przy okazji obejrzeć więcej uczestników. Sporo przyjemności sprawia typowanie osób, które mogłyby się zakwalifikować do ostatniego etapu i porównywanie ich z wyborem jury. Dodatkowo, finał konkursu jest często dostępny w wersji online. Moja decyzja na wybranie finałowego koncertu jest podyktowana tym, że drugi etap potrafi trwać naprawdę długo. Pamiętam, że bywały i takie, których czas trwania rozciągał się do sześciu godzin. Uczestników jest sporo, każdy śpiewa po dwie piosenki, a jury czasami prosi i o trzecią. Więc polecam osobom, które chętnie poświęcą na wizytę w teatrze więcej czasu. Innym plusem finału jest wydarzenie towarzyszące, zazwyczaj w formie koncertu. W tym roku była to zeszłoroczna zwyciężczyni konkursu, Lena Witkowska z fenomenalnym zespołem Rejs. 

fot. Marek Maziarz, źródło

Tegoroczny konkurs to była prawdziwa petarda. Czasami bywa tak, że ktoś odstaje od reszty uczestników albo ogólny poziom nie jest zadowalający. W tym roku każdy może być z siebie dumny. Dodatkowo prowadzenie konkursu w wykonaniu Anny Makowskiej-Kowalczyk i Grzegorza Mazonia dało radę  było lekko, ale bez cienia żenady. Pomysł na przedstawienie uczestników poprzez opowieść o ptakach, jakimi chcieliby być okazał się strzałem w dziesiątkę. Wszystko ładnie się spinało, było i mądrze i zabawnie.

Jak już wspomniałam, wszyscy finaliści byli cudowni. Maria Wróbel wykonując „Sto lat”, poruszyła znane z rodzinnych spotkań tematy rozmów, Maja Frejtag przedstawiła angażującą interpretację dwóch piosenek (ruch!), Krzysztof Drozdowski rozbawił publiczność swoim występem, Wiktora Wojtas zachwyciła przepięknym głosem, Jan Wieteska wykonał polskie piosenki z pełnią wrażliwości (zasłużona nagroda ZAiKS), Olek Talkowski, który jest po prostu zwierzęciem scenicznym, złapał uwagę widza od samego wejścia, a Agata Siemaszko z towarzyszącym jej Kubą Wilkiem zamknęli całość z przytupem i energią. No i wielka zwyciężczyni tegorocznego festiwalu – Marina Mashtaler z emocjonalną bombą. Pełen czułości występ, którego można słuchać na zapętleniu i nieustająco się zachwycać. Niech frunie dziewczyna, bo zasłużyła na wszystkie nagrody!

„1989”, reż. Katarzyna Szyngiera

fot. Tomasz Walków, źródło

Przed spektaklem słyszałam, że 1989 to polska wersja Hamiltona. Przyznaję, że wtedy to porównanie wydało mi się niemożliwe i podchodziłam do przedstawienia z lekką rezerwą. Po wyjściu z sali mogę jedynie się zgodzić. To był naprawdę czad.

Katarzyna Sznygiera w swoim spektaklu snuje opowieść o czasie przemiany, powstaniu Solidarności, ale ten temat podaje w sposób, który będzie rezonował z widzem w każdym wieku. Ci, którzy te czasy pamiętają, doświadczą ponownie tej energii płynącej z chęci zmiany, a młodzi dostaną skrót historii w bardzo przystępnej, nowatorskiej formie. Kto mógł się spodziewać, że polski rap tak pięknie pozwoli opowiadać o rewolucji?

Nie umiałabym znaleźć w 1989 słabszego punktu, tutaj wszystko jest dopracowane. Aktorzy wypowiadają (i rapują!) kwestie z niesamowitą prędkością, a i tak wszystko jest zrozumiałe i świetnie zaśpiewane. Scenografia i kostiumy idealnie pasują do tego, co dzieje się na scenie. Scenariusz daje głos kobietom, ale w taki naturalny, niewymuszony sposób. Potrafimy zrozumieć te postaci, zobaczyć lęki i uwierzyć w ich motywacje. Przedstawienie perspektywy kilku bohaterów, oglądanie ich codzienności, życia rodzinnego jest wciągające i sprawia, że chcemy poznać ich historię. Nie jest to też prosta pochwała na cześć bohaterów, widz dostaje trochę szerszy kontekst, o czym świadczy genialna scena ze śpiewającym Chochołem (chapeau bas za pomysł!).

Jeżeli tylko macie okazję, to wybierzcie się na 1989 do teatru. Takiej dawki energii ze sceny dawno już nie widziałam. I czekam na płytę!

„Kora. Boska”, reż. Katarzyna Chlebny

fot. Marcin Oliva Soto, źródło

Teatr Nowy Proxima z Krakowa przyjechał ze spektaklem o Korze. Jest to opowieść o tym, jak artystka trafia do wrót nieba i spotyka tam trzy Matki Boskie, symbolizujące Wiarę, Nadzieję i Miłość. Mają jej one pomóc zdać egzamin z cnót boskich, żeby mogła przejść „dalej”.

Ten tytuł narobił wokół siebie sporo szumu medialnego, okrzyknięty został bluźnierczym. Problemem okazało się obsadzenie w roli Matki Boskiej Fatimskiej Papiny McQueen, polskiej drag queen. Po obejrzeniu mogę powiedzieć, że radzi sobie z tą postacią wyśmienicie. Jej spokojny ton głosu idealnie balansuje bardziej energiczny sposób bycia towarzyszek. 

Spektakl ogląda się wyśmienicie. Wypełniony jest muzyką Kory, wszystkie piosenki cudownie wykonane są przez Katarzynę Chlebny, która wciela się w tytułową postać. Zgrabnie napisany jest scenariusz, w którym oprócz faktów z życia artystki, uda się przemycić sporo informacji o aktualnej sytuacji w Polsce. Mimo poważnych tematów, całość jest lekka i rozrywkowa. Może są momenty, które porywają mniej, ale był to wciąż świetnie spędzony wieczór w teatrze.

„Żyję”, reż. Magdalena Miklasz

fot. Mikhalakiy Metal Studio

Żyję to spektakl dyplomowy wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych. Polowałam na niego już wcześnej, ale bez powodzenia. Umieszczenie go w programie tegorocznego festiwalu było świetną okazją do nadrobienia. I było warto.

Wybierając się na spektakle dyplomowe zazwyczaj lekko obniżam swoje oczekiwania. Tego typu przedstawienia rządzą się swoimi prawami, każdy z aktorów musi mieć zapewnioną przestrzeń, żeby się zaprezentować. To często wpływa na budowę i tempo samego spektaklu. Czasami jednak zdarzają się perełki, a Żyję zdecydowanie do takich należy. Główną bohaterką jest izraelska gwiazda, Ofra Haza, która w 1983 roku zajęła drugie miejsce na konkursie Eurowizji. Kiedy umiera, trafia do przedsionka izraelskiego nieba. Jeżeli uda jej się dostać do raju to przez wieczność będzie wygrywać Eurowizję, śpiewając tę samą piosenkę. Szybko się okazuje, że nie wiadomo czy bramę niebios przekroczy, bo chociaż prowadziła pobożne życie to zmarła na AIDS. 

Sukces spektaklu w większości zawdzięczamy bardzo zdolnej grupie młodych adeptów sztuki. Ich umiejętności wokalne, ruchowe, aktorskie, lalkarskie, a przede wszystkim charyzma, zapewniają nam rozrywkę na bite dwie godziny. Zręcznie ogrywane lalki robią ogromne wrażenie i pozwalają widzom rozkoszować się oryginalnym podejściem do ważnego tematu. Spektakl wielokrotnie rozbawi publiczność, ale jednocześnie zręcznie rozprawi się z mitami dotyczącymi wirusa HIV. Młodym twórcom udało się przenieś warstwę edukacyjną do tej rozrywkowej opowieści.

Koncert Galowy: Niech będzie Pogodno, reż. Marcin Liber

fot. Łukasz Giza, źródło

Marcin Liber zachwycił mnie swoim spektaklem Rzeźnia numer pięć we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, więc czułam się podekscytowana jego wersją koncertu galowego. Tym razem załoga postanowiła oddać hołd Budyniowi, czyli Jackowi Szymkiewiczowi z zespołu Pogodno, który zmarł nagle, w kwietniu zeszłego roku.

Na scenie Teatru Polskiego rozłożona została apokaliptyczna scenografia  kilka zniszczonych samochodów, porzucone fotele, a poza tym ogromne kule dyskotekowe i zgraja klaunów, które mocniej przypominają znajomych Jokera niż rozśmieszających widza cyrkowców. Na telebimach cytaty związane z uśmiechem. W tej aurze aktorzy przedstawili swoje interpretacje piosenek Pogodno. I trzeba przyznać, że pokazali się z jak najlepszej strony. Kilka występów  m.in. energetyczna, zwierzęca Helena Sujecka i melancholijny duet Bartosza Porczyka z Ralphem Kamińskim  zostawiło po sobie dreszczyk ekscytacji. Ale to nie tylko oni, bo naprawdę nie było tutaj słabszego ogniwa. W oryginalny sposób, z połączeniem nutki przygnębienia i nieśmiałego uśmiechu, twórcy pomachali Budyniowi, dziękując mu za jego muzykę. Widzowie natomiast, mogą podziękować wszystkim zaangażowanym w koncert galowy, za możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu.

I chyba najlepszym podsumowaniem koncertu galowego będzie to, że czułam się jak na Woodstocku. Czyli świetnie!


fot. Łukasz Giza, źródło


Poza tymi spektaklami udało mi się obejrzeć: 

  • „Dyplom z miłości”, reż. Agnieszka Glińska, w którym można podziwiać przepiękną scenografię, a piosenkę „Saute” Brodki nuci się na długo po wyjściu. Chociaż sam pomysł na spektakl w pewnym momencie staje się zbyt powtarzalny.
  • „Rodowitch”, gdzie punktem wyjścia jest świetny koncept i chociaż tekst jest finalnie trochę za bardzo kabaretowy, to przyjemny w odbiorze. Moją szczególną uwagę zwrócił bohater zbiorowy, genialnie zagrany przez całą grupę!
  • „Wilk”, reż. Aleksandra Bielewicz, z mocno przygnębiającym przekazem, którego oglądałam dla Kamila Studnickiego  aktora, który wygrał pierwszy Konkurs Aktorskiej Interpretacji Piosenki, na którym byłam.


Nie mogę się już doczekać przyszłorocznej edycji. Do zobaczenia PPA!

poniedziałek, 9 maja 2016

Co nam w duszy gra, czyli przegląd majówkowych koncertów we Wrocławiu

To prawda, że tydzień od weekendu majowego już minął, ale wybaczcie mi to niedopatrzenie. Niby ten post może zainteresować tylko tych, którzy się na tej imprezie pojawili, ale uważam, że warto przeczytać moje ogólne przemyślenia na ten temat. Szczególnie, że zespoły które pojawiły się na tegorocznej 3-majówce we Wrocławiu zna pewnie każdy z Was. 
Nie jestem weteranem tych koncertów, na wydarzeniu pojawiłam się dopiero drugi raz. W zeszłym roku przyciągała mnie przede wszystkim ciekawość: jak to wygląda i czy miejsce "udźwignie" artystów. Pamiętam, że byłam zadowolona i pozytywnie podchodziłam do wybrania się na koncerty po raz kolejny. Kiedy zaczęły pojawiać się nazwiska gwiazd, które wystąpią w tym roku stwierdziłam, że sobie odpuszczę, bo większość się powtórzyła albo byłam na ich koncertach już wiele razy. A później organizatorzy rzucili bombę - drugiego maja ma wystąpić Selah Sue! 
Po takiej informacji od razu pognałam po karnet. Dwa dni koncertów za 88 złotych to bardzo niewielka cena (ostatnio za koncert samego Lao Che zapłaciłam 50 złotych).
Pierwszego dnia (tzn. 2 maja, bo karnet miałam dwudniowy) organizatorzy wręcz przesadzili z zespołami. Musiałam niektórych sobie odpuścić, bo grali niemal w tym samym czasie, a dochodziły jeszcze przerwy związane z wypiciem szybkiego piwka i załatwienia potrzeb fizjologicznych! Zaczęłam zabawę od Jelonka, który jak zawsze porwał tłum do zabawy. Naprawdę, nawet jeżeli nie znacie jego muzyki warto przejść się na koncert - zabawa murowana. Później oczywiście Lao Che, które mnie akurat bardzo zadowoliło. Jestem ogromną fanką ich nowej płyty - Dzieciom, z której zagrali najwięcej kawałków. Na Kulcie było standardowo - wyszłam cała podeptana przez glany, ale bawiłam się przednio. Rojek zaskoczył mnie wykonaniem piosenki Długość dźwięku samotności. Koncertów Hey zawsze mogę słuchać, a Kaśka to taka świetna, skromna osoba. Oczywiście największe szaleństwo było przy Sic, ale nowa płyta też brzmi przyjemnie. No i na koniec przyszedł czas na Selah Sue. Wszyscy moi znajomi wyszli z niego niedowierzając, że ta kobieta tak czaruje. Mała osóbka, która porwała wszystkich swoim magnetycznym głosem. I śpiewała tak czysto, chociaż piosenki jej do prostych nie należą. To zdecydowanie był koncert majówki i jeżeli będę miała kiedyś okazję wybrać się jeszcze na jej występ to na pewno się skuszę.
Drugiego dnia byliśmy mocno zmęczeni, więc zaczęliśmy od grilla. Pierwszym zespołem, na który się wybraliśmy były domowe melodie. Dobrze wiecie, że ich bym sobie nie odpuściła. Było pięknie jak zawsze - powyłam trochę razem z nimi. Co prawda bardziej podobali mi się na Woodstocku, ale i tak ich uwielbiam! Później z koleżanką, ogromną fanką Comy, wybrałam się zobaczyć występ Roguckiego z zespołem. I przyznam, że z trzech koncertów Comy na których byłam, ten uważam za najbardziej udany. Później chwilę posłuchałam Pidżamy Porno. Grali wiele hitów, chociaż ja nadal wolę Strachy na Lachy. No i musiałam się zmyć szybciej, bo w Hali czekał mnie koncert Łąki Łan, czyli jednej wielkiej IMPREZY. To kolejny zespół, którego nie musicie słuchać w domu, a na żywo i tak wybawicie się za wszystkie czasy. Naprawdę była moc! Później posłuchałam już na siedząco Dawida Podsiadło i wróciłam do domu, się wyspać. 
tradycyjne rzucanie kwiatkami na koncercie Łąki Łan
A co mi się nie podobało? Telefony. Naprawdę, wytłumaczcie mi to, bo nie rozumiem. Jaki jest sens pchać się pod scenę, żeby postać, zrobić kilka zdjęć, na których i tak niewiele widać albo, o zgrozo, nagrywać filmiki telefonem. I co, później wracasz do domu i słuchasz sobie tych nagrań z cudowną warstwą dźwiękową? Przecież tam same szumy i plecy osoby z przodu! Najgorsze było to, że osoby pchały się pod scenę, żeby później tam stać i wpatrywać się w telefon. Nawet nie miały wolnej ręki, żeby obdarzyć artystę oklaskami. DRAMAT. 

Co myślicie o tym problemie? Też spotkaliście się z tym masowym komórkowym nagrywaniem podczas koncertów?

No i znacie któryś z powyższych zespołów? Może podzielicie się opiniami :)

piątek, 14 listopada 2014

#6 - Fismoll (Stary Klasztor)

   Miało być o Festiwalu Aktorstwa Filmowego, ale najpierw trochę o wydarzeniu, które miało miejsce w Starym Klasztorze (Wrocław), w środę dwunastego listopada.


  Akurat w moje urodziny do Wrocławia dotarł Fismoll ze swoją trasą koncertową na polanie "At Glade". W samym wykonawcy rozkochałam się już jakiś czas temu, kiedy na pewnym blogu z poezją znalazłam utwór "Look at this". Często mam nastrój na takie melancholijne brzmienia. W dodatku przy takim rodzaju muzyki najlepiej pije się jesienną herbatę/kawę, gapi w liście na drzewach i rozmyśla. Nawet książki dobrze się przy niej czyta (zazwyczaj muzyka mi przeszkadza, a tutaj - nope!). 

Sam wykonawca o polanie pisze na Facebooku tak:

"Polana była dla mnie zawsze najbliższym miejscem. Miejscem w którym powstał niemalże cały materiał na płytę. Tworzyło się albo pod brzózką, albo leżąc na trawie. Było to dla mnie jedno z niewielu miejsc, prócz lasku Dębińskiego, w które mogłem uciekać do pierwotności, natury, do siebie. Spędziłem tam setki godzin samotnych, ale i w towarzystwie mojego najbliższego Przyjaciela. Na rozmowach, modlitwach, nocnych obserwacjach nieba."


   W sali koncertowej Starego Klasztoru byłam pierwszy raz. Robi wrażenie. Sklepienie niczym w kościele, scena kameralna, miejsca na parterze oraz na balkonie. Idealne wnętrze na tego typu koncert. Rozmieszczenie krzeseł trochę przeszkadzało. Przede mną siedział dość wysoki pan, więc dostałam skurczu szyi od ciągłego wyginania się.


    Sam koncert - magiczny. Zostawił mnie w nostalgicznym uniesieniu. Miałam ochotę od razu pobiec na polanę i posiedzieć pod drzewem, wpatrując się w niebo. Na żywo Fismoll brzmi równie dobrze jak na płycie. Do tego jest bardzo zabawny, w tym swoim skromnym wypowiadaniu się i szukaniu właściwych słów. Wszyscy muzycy grają cudnie, dźwiękowiec wykonuje pracę świetnie, bo nie mamy pojęcia, że istnieje (czyli dla niego największy komplement). Przyznam, że czasem wizualizacje z tyłu trochę mnie rozpraszały. Przykładowo ten kosmos ze zdjęcia. Ale przy innych utworach idealnie się komponowały (ujęcie drżącego liścia - mrau!). 





   Pierwszy raz na koncercie się popłakałam. Dziękuję za najlepszy urodzinowy prezent, Fismoll!
   A Wam polecam zaznajomić się z jego twórczością, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście :)

 




 (zdjęcia pochodzą ze strony http://wroclaw.dlastudenta.pl/muzyka/koncert/City_Sounds_Fismoll,1161118,,136500.html#photo oraz z Facebooka Fismolla -> https://www.facebook.com/pages/Fismoll/351254321556875)

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka