Och, jak to dobrze mieć znajomych, którzy interesują się muzyką. Dzięki jednemu z nich (którego serdecznie pozdrawiam!) jakiś czas temu odkryłam Moriah Woods. Dziewczyna urodziła się w Stanach Zjednoczonych, a do Polski zawitała na wycieczkę i ... została. Wspomina o tym, że trudno było jej się przystosować do naszego kraju (chociaż dzięki temu napisała wiele piosenek) i dużo jest spraw, które ją nadal dziwią (gdzie się podziało masło orzechowe na śniadanie?). Na swoim koncie ma do tej pory dwa solowe albumy oraz jeden nagrany wspólnie z zespołem The Feral Trees. W tworzeniu płyty towarzyszyli jej muzycy: Michał Głos (perkusja) oraz Mariusz Antas (bass), a sama Moriah oprócz wokalu gra również na gitarze i banjo.
Uwielbiam to uczucie znalezienia perełki wśród mniej znanych zespołów. Ja często słucham muzyki melancholijnej, trochę spokojnej. Wyczuwam w niej duszę artysty i maltretowanie przycisku replay sprawia mi dziką przyjemność. Tak jest z takim zespołem jak Iron & Wine czy z Fismollem. I do tego grona dołączyła właśnie Moriah.
Po obejrzeniu kilku materiałów z YouTube wiedziałam, że gdy pojawi się płyta to muszę ją mieć. Transakcja przebiegła bardzo przyjemnie, wystarczy napisać na profilu facebookowym Moriah i po kilku dniach po przelewie płyta jest już u Was.
Pierwsze odsłuchanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam kupując ten krążek. Artystka nikogo nie udaje, przez wszystkie utwory czuć prawdę płynącą z jej głosu i aranżacji. To folkowe brzmienia ze sporą dozą tego specyficznego smutku i bluesowego wyczucia. A największym plusem płyty jest jej klimat, w który słuchacz wchodzi od pierwszego utworu i w którym pozostaje do ostatnich nut Some Strange Forest.
Trudno wybrać najlepsze utwory, ale osobiście zakochałam się w pięknym Mother, The Fall oraz You Can't See. Bardzo spodobał mi się też fakt, że Moriah nie skupiła się jedynie na bardzo spokojnych balladach, pojawiają się też bardziej rytmiczne kawałki - wspaniałe The Serpent czy Breaking Through.
Jej płyta idealnie sprawdziła się jako umilacz w czasie jazdy samochodem, a także tło do czytania książek. Warto więc sprawdzić, czy przypadkiem nie gra koncertu w Waszej okolicy. A może wybieracie się na koncert LP w Poznaniu? To właśnie Moriah Woods z zespołem zagra tam jako support.
zdjęcie pochodzi z Facebooka artystki
Osobiście będę śledziła dalsze poczynania Moriah i jej zespołu. Mam nadzieję, że uda mi się również usłyszeć ich na żywo - czekam więc kiedy zawitają do Wrocławia !
Jakiś czas temu obiło mi się o uszy, że Julia Pietrucha tworzy płytę. Zaczęło się od tego, że dostałam powiadomienie, że obserwuje mnie na instagramie i zastanawiałam się czemu taka osoba chciałaby obserwować moje biedne konto. Nazwisko kojarzyłam przede wszystkim z aktorstwem, wiem, że grała główną rolę w jednym z seriali (polskich raczej nie oglądam, więc na ekranie jej nie widziałam). Za to wystąpiła również w kilku naprawdę dobrych produkcjach (Tatarak, Jutro idziemy do kina). Ja dzisiaj będę jednak mówić o jej debiutanckiej płycie.
Zacznijmy od tego, że widząc taką okładkę każda sroczka przeciera oczy. Warto mieć coś tak pięknego w swojej kolekcji! Najlepsze jest to, że to tylko początek, bo w środku wydana jest równie cudownie, oczywiście ze słowami piosenek i chwytami na ukulele. Widać, że Julia postarała się, by warstwa wizualna nie odstawała od warstwy dźwiękowej.
Właśnie, przechodząc do utworów - są właśnie takie, jakie lubię najbardziej. Delikatne brzmienia, przy których najlepiej się relaksuje, czyta, jeździ samochodem. Najbardziej zadziwił mnie jednak sam głos Julii, przywodzący na myśl wiele topowych zagranicznych artystek. Bije z niego ogromne ciepło, a w połączeniu z cudownym brzmieniem ukulele od razu przenosimy się w myślach na rozgrzane słońcem plaże. Piosenkarka nie skupia się jednak jedynie na jednym instrumencie i na płycie usłyszymy również fortepian, gitarę elektryczną czy skrzypce.
Płyta Parsley jest bardzo personalna, nie tylko ze względu na tytuł (parsley po polsku to pietruszka ;)). Julka sama napisała teksty piosenek i wyprodukowała krążek wspólnie z mężem. Przyznam, że zauważam, iż coraz więcej współczesnych artystów decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast oddać się we władanie producentów (wspomnę chociażby zespół domowe melodie).
Przejdźmy do tego, które utwory najbardziej mi się spodobały. Otwierający płytę Living on the Island idealnie wprowadza we wspomniany wcześniej letni klimat i wywołuje uśmiech na twarzy. Ja jednak przepadłam dla delikatnego brzmienia We care so much, którego możecie posłuchać powyżej. To będzie moja ulubiona piosenka z albumu. Warto jednak wspomnieć również o rock'n'rollowym Swing Boy, to kolejny utwór który wciąż sprawia, że się uśmiecham i bujam głową do rytmu.
Podsumowując, jeżeli szukacie czegoś relaksującego, o delikatnych brzmieniach koniecznie zapoznajcie się z płytą Julii Pietruchy. Całość można przesłuchać na YouTube bądź na Spotify. A najlepiej od razu lećcie na stronę artystki, zobaczcie zdjęcia ze środka płyty i zamówcie swój egzemplarz!
Pod ostatnim postem, w komentarzu pojawił się pomysł napisania krótkiej relacji z Przystanku Woodstock. Ta strona to w końcu opinie na tematy kulturalne, więc przykro byłoby nie wspomnieć o tych kilku cudownych dniach w roku kiedy odbywa się Najpiękniejszy Festiwal Świata. Wielu z Was pewnie nigdy tam nie było, a może część chciałaby pojechać? Dzisiaj krótko napiszę dlaczego wracam tam już trzeci rok z rzędu.
Mój pierwszy Woodstock odbył się w 2014 roku. Zawsze obserwowałam z ciekawością fascynację niektórych znajomych tym festiwalem, ciekawiło mnie jak to wygląda i czy ja bym się tam odnalazła. Oglądając zdjęcia myślałam sobie, że ludzie tam są tak oryginalni, że taka zwykła dziewczyna może nie ma czego tam szukać. Okazało się, że Woodstock zaskakuje. Czym?
1) Klimat
Za pierwszym razem już po wyjściu z samochodu poczułam ten klimat. Akurat podjechaliśmy dość daleko od miasta, więc kawałek szliśmy koło zakorkowanej drogi. Ludzie w samochodach uśmiechnięci, machali nam po drodze, zresztą sami całą prześpiewaliśmy! Później pierwsze rozmowy podczas czekania na bus i okazuje się, że każdy chętnie pomoże, wskaże drogę. Wjeżdżasz na teren Woodstocku, a tam kolejne zaskoczenie - ludzi multum! Normalnie w takim tłumie boisz się, że Cię ktoś potrąci, starasz się przepchać szybko do miejsca celu. A tutaj? Idziesz, przybijasz ludziom piątki, ktoś Cię przytula, dolewa piwa do kufla!
2) Muzyka
Moim zastrzeżeniem muzycznym zawsze była obawa, że wszystko na Woodstocku ma bardzo mocne brzmienie. Oczywiście sama nigdy nie sprawdzałam line-upu, tylko wnioskowałam tak po ulubionych stylach muzycznych moich znajomych, którzy tam jeździli. I co się okazało? Że zespoły są zróżnicowane. Zgadzam się, że przeważa styl rockowy, ale coraz częściej jest to przełamywane innymi stylami. W zeszłym roku zachwycałam się Domowymi Melodiami (piękny koncert!). W tym roku zaskoczył mnie zespół Vintage Trouble, połączenie mocniejszego brzmienia z soulem i bluesem wyszedł cudownie, a wokalista dał mnóstwo energii. Do tego często można spotkać zespoły reggae, przy których tak miło się tańczy!
3) Pokojowe podejście
Bawi mnie wytykanie, że na Przystanku Woodstock doszło do 169 przestępstw (większość to posiadanie narkotyków - 118, kradzieże - 33 itp.). Tam przyjeżdżają setki tysięcy ludzi! Nie wiem ile było w tym roku, ale ostatnio jakieś 700 tysięcy. I jeżeli wśród tylu ludzi znajdzie się ta trzydziestka, która kradnie to ja powiem, że to jest nic. Szczególnie, że nigdy, podczas tych trzech lat nie byłam świadkiem JAKIEJKOLWIEK agresji. Nawet jeżeli ktoś kogoś popchnie (co jest normalne przy takich tłumach) od razu przeprasza, pomaga wstać i wszystko kończy się uśmiechem na twarzach. Tolerancja przy tak różnych osobowościach naprawdę zadziwia - nieważne czy masz dredy i szerokie spodnie czy rurki, irokeza i pomalowane oczy - wszyscy się akceptują.
4) Różne sposoby spędzania czasu
Jak wyjeżdżasz na festiwal to wydaje Ci się, że typowy dzień wygląda jakoś tak: wstajesz, idziesz po piwo, koncertujesz do późnych godzin wieczornych i idziesz spać. A jednak Przystanek Woodstock oferuje całą gamę różnych rozrywek, które zadowolą wielu. Ja najczęściej przychodzę na spotkania w namiocie ASP, gdzie w tym roku można było zobaczyć obu panów Stuhrów. Mi się udało być tylko na Maćku, bo przyjechałam w czwartek wieczorem dopiero, ale to spotkanie było tak cudowne, że niczego nie żałuję. Do tego zawsze jednej nocy można obejrzeć za darmo spektakl warszawskiego teatru (ja akurat nigdy nie dotrzymuję do tej godziny, 2 w nocy to dla mnie za późno jednak). Można też nauczyć się grać na gitarze, porobić bransoletki, wspomóc różne organizacje (np. pomocy dla zwierząt), posłuchać wykładów w SWPS, poćwiczyć jogę. Naprawdę - do wyboru do koloru!
5) Koncerty gwiazd za darmo
Od trzech lat bywam bardzo podekscytowana line-upem festiwalu. Znalazłam w nim wiele zespołów, które chciałam zobaczyć. I to jakie to były gwiazdy! T.Love, Budka Suflera, Lao Che, Kapela ze Wsi Warszawa, Jelonek, Coma, Within Temptation, Modestep, Shaggy, Domowe melodie, Mela Koteluk, Hey, Apocalyptica... I to wszystko kompletnie za darmo. W tym roku najlepsze było to, że na niewiele koncertów nastawiłam się wcześniej (tylko na Hey i Farben Lehre), więc wiele innych po prostu odkryłam. Oprócz wcześniej wspomnianego Vintage Trouble, zaskoczyli mnie pozytywnie: Mademoiselle Carmel, Nine Treasures, Poparzeni Kawą Trzy (Jagielski na perkusji!). Piękne jest też to, jak ludzie bawią się na koncertach. Niewiele jest tego, co przeszkadzało mi chociażby na majówce we Wrocławiu - nie siedzą na telefonach, tylko faktycznie słuchają, tańczą, pogują.
6) Odcięcie od rzeczywistości
To sobie cenię tak bardzo, BARDZO. Od czasu wyjazdu odcinam się od świata, który zostawiam i po prostu cieszę się tym, że jestem w Kostrzynie. Myślę tylko o tym, żeby zdążyć na dany koncert, nie zapomnieć o jedzeniu i nie wydać wszystkich pieniędzy ;) Czasami siedzę na trawie i z daleka słucham zespołów, czasami podchodzę pod samą scenę poskakać z ludźmi. Niczego nie muszę i robię tylko to, na co mam ochotę. I to naprawdę jest mi potrzebne!
7) Kreatywność na polu namiotowym
Namiotów jest mnóstwo. Można rozbić się na tzw. patelni, czyli zaraz przed Dużą Sceną, w lasku za ASP, na Polach Malinowskiego i w wielu innych miejscach. Niektórzy przyjeżdżają kilka tygodni wcześniej i rozkładają całe obozowiska. Zawsze podziwiam kreatywność tych ludzi - świetne flagi, plandeki, pod którymi urządzają sobie miejsca, gdzie można się zrelaksować. W tym roku przyjechał bus, na którego dachu grał zespół - obrazek naprawdę robił wrażenie. I wszyscy są bardzo pomocni, wskażą w którą stronę iść, a jak Ty im pomożesz to może nawet dostaniesz podziękowanie w postaci piwka. Ludzie mają też przeróżne przebrania, które robią wrażenie, widać że przygotowują się do tego wyjazdu przez długi czas.
Niektórzy powiedzą, że tam tylko bród, smród i ogólne zgorszenie. Podejrzewam, że większość z nich nigdy na festiwalu nie była. Bród jest, oczywiście - pył unosi się na każdym koncercie, a w tym roku trudno nie było tonąć w błocie. Ale pryszniców jest naprawdę sporo, można nawet stanąć w kolejce i pójść się umyć do zamkniętej kabiny. Jeżeli tego Wam mało to zawsze można spać na płatnym, strzeżonym polu namiotowym, gdzie w ogóle jest czysto i bezpiecznie. Taplanie się w błocie nie jest obowiązkowym punktem - jak nie chcesz to się nie wybrudzisz. Ja tam jeszcze nigdy nie byłam, ale nic nie mam do tej zabawy, przypomina mi spędzanie czasu z dzieciństwa i skoro ludzi to cieszy to czemu zabraniać? Co do narkotyków to Jurek Owsiak ciągle woła ze sceny, żeby nie brać, więc to tylko wybór ludzi. I spójrzmy prawdzie w oczy, najczęściej jest to trawa, a osoby wcale nie są po niej agresywni. Jurkowi też trzeba oddać, że całość prowadzi w bardzo otwarty, pozytywny sposób. Nie brakuje jednak tematów ważnych oraz przesłania, które wciąż bije ze sceny - pokój i miłość ponad wszystko. W tym roku solidaryzowaliśmy się z Francją i uważam, że to naprawdę piękny gest ze strony Przystanku.
To pierwszy Woodstock, na którym pojawiły się nowe zasady bezpieczeństwa - zakaz picia piw pod scenami, zamknięty obszar festiwalu. I tak jak to pierwsze mi nie przeszkadzało, tak drugiego nie rozumiem. W czym może pomóc płot w razie niebezpieczeństwa? Tym łatwiej może dojść do tragedii podczas ewakuacji, kiedy wszyscy Ci ludzie pchaliby się do jednego wyjścia ewakuacyjnego. Może ktoś mi to wytłumaczy? Oczywiście to nie jest przytyk do organizatorów festiwalu tylko do władz, które narzuciły takie zasady.
Duże brawa należą się również Pokojowemu Patrolowi oraz ekipie Kręcioły Tv. Ludzie, którzy sprawiają, że Przystanek jest bezpieczny i coraz bardziej profesjonalny.
I tak - NIE ODDAMY PRZYSTANKU WOODSTOCK!
Do zobaczenia za rok :)
Taka mała próbka klimatu, który panuje na koncertach - BUDKA SUFLERA, warto obejrzeć:
*zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony Woodstocku (TU) i Facebooka Woodstocku (TU).
Dwa dni temu swoje 74. urodziny obchodził Paul McCartney, a tutaj dawno nie było muzycznie, nie? No to już jest!
Dobrze. Przyznać mi się kto nie lubi żadnej piosenki Beatles'ów? Mam nadzieję, że nikt teraz łapki nie podnosi, bo zrobiłoby mi się smutno. Ja sama nie uważam się za jakąś ogromną ich fankę, ale Beatlesi należą do niewielkiego grona artystów, do których lubię często wracać. Kiedy jest mi smutno znajduję w ich repertuarze mnóstwo nastrojowych piosenek, które wprawiają mnie w nastrój zapomnienia. Kiedy chcę poszaleć mogę włączyć utwór przy którym powyję bądź potańczę przed lustrem. Po prostu zespół idealny.
Jego działalność artystyczną datuje się na okres od 1960 do 1970 roku i chociaż nazywani są zespołem rockowym, ja unikam względem nich tego nazewnictwa, bo po prostu mi się to gryzie. Za to rock'n'roll - jasne! To oni - John Lennon, Paul McCartney, George Harrison i Ringo Starr - byli odpowiedzialni za wprowadzenie pojęcia "inwazja brytyjska", czyli sławę zespołów pochodzących z wysp.
Nie bądźmy też nieszczerzy, The Beatles nie byli ludźmi wyjątkowo uzdolnionymi, trudno było szukać wśród nich wirtuozerii muzycznej. Mimo to sprawili, że pokochały ich miliony, a w tym moja skromna postać.
Przechodząc do meritum dzisiejszego posta, postaram się przedstawić moją topkę dziesięciu najlepszych piosenek Beatlesów. Jeszcze nigdy nie miałam takiego problemu z wyborem, dlatego na końcu dodam spis utworów, którym blisko było do wejścia na listę, ale z różnych powodów jednak im się nie udało. A później czekam oczywiście na Wasze typy i zdanie!
10 - Golden Slumbers
Tutaj uwielbiam ten spokojny początek i tekst: "Once there was a way to get back home". Tak naprawdę to bardzo krótka piosenka, ale zawsze mnie uspokaja. W wersji powyżej jest połączona z dwoma innymi utworami.
9 - All you need is love
Wiadomo, że w tym notowaniu musiało znaleźć się kilka typowych szlagierów Beatlesów. Jednym z tych, które bardzo lubię jest All you need is love. Uważam, że tekst tej piosenki jest taki piękny w swojej prostocie, że trudno nie darzyć jej sympatią.
8 - And I love her
Znowu piosenka o miłości, tym razem wychwalająca wybrankę serca. W tym przypadku uwielbiam te dźwięki gitary i słodkie chórki, śpiewane razem. Jakby mi tak Luby śpiewał:
I know this love of mine will never die to bym się chyba rozpłynęła :D
7 - Long Tall Sally
Tym razem piękny rock'n'roll w wykonaniu zespołu! Zawsze będzie mi się kojarzyć z imprezami w moim ulubionym pubie i wywijaniem ze znajomymi :D No i na pewno pokazuje, że Beatlesi mieli dość zróżnicowany repertuar!
6 - All my loving
Jedna z tych piosenek, które znam na pamięć, bo po prostu łatwo wchodzą w pamięć. Uwielbiam ją wyć, chociaż przez to moi współlokatorzy może za nią już nie przepadają, za co Beatlesów przepraszam!
5 - Let it be
Cóż, ta piosenka musiała się znaleźć na tym notowaniu. Jedna z pierwszych tego zespołu, którą pokochałam, próbowałam grać na keybordzie i wyłam do księżyca. I często potrafi mnie wzruszyć, w jakimkolwiek wydaniu.
4 - Come Together
Znowu coś innego! Come Together najbardziej lubię słuchać w samochodzie, ma tak cudowny beat. Uwielbiam moment z tekstem One thing I can tell you is you've got to be free! Wydaje mi się, że trudno jej nie doceniać.
3 - Hey Jude
Och, ach, jak ja to kocham! Kolejna piosenka, którą wyję do księżyca (chociaż bardziej w ekran laptopa). Często mnie pociesza, tekst śpiewany do siebie i od razu Ci lepiej. Polecam terapię Beatlesami :D
2 - Here Comes the sun
To już w ogóle miód na moje serce! Kojarzy mi się z leżeniem na ciepłej trawie i uciechą samym życiem. Jest tak spokojna, a zarazem zaraźliwie wpada w ucho i nie chce opuścić naszego układu.
1 - Strawberry Fields Forever
Może dość osobliwy wybór na pierwsze miejsce, ale to piosenka, która jakoś najbardziej mnie porusza. Nie pytajcie mnie dlaczego, po prostu tak jest. Uwielbiam ją w różnych wykonaniach, bo coverów trochę powstało, polecam np. ten w wykonaniu Ani Dąbrowskiej LINK. Jest po prostu genialna!
Piosenki, które nie znalazły się na liście, ale je uwielbiam: Help, I want to hold your hand, Hello Goodbye, Rock and roll music, I Saw her standing there, Yesterday, I am the Walrus, Yellow Sumbarine, Youre going to lose that girl, Drive my car, Love me do, Penny Lane, Get back, I'll be back, While my guitar gently weeps, Don't let me down, Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band, With a little help from my friends.
Dobra, może jednak trochę jestem fanką Beatlesów. Muszę w końcu przeczytać jakąś ich biografię. Ciekawi mnie czy faktycznie teksty powstawały pod wpływem narkotyków, bo jeżeli tak, to chyba jestem wdzięczna członkom zespołu, że je brali :P
Koniecznie dajcie znać czy lubicie i co najbardziej!
To prawda, że tydzień od weekendu majowego już minął, ale wybaczcie mi to niedopatrzenie. Niby ten post może zainteresować tylko tych, którzy się na tej imprezie pojawili, ale uważam, że warto przeczytać moje ogólne przemyślenia na ten temat. Szczególnie, że zespoły które pojawiły się na tegorocznej 3-majówce we Wrocławiu zna pewnie każdy z Was.
Nie jestem weteranem tych koncertów, na wydarzeniu pojawiłam się dopiero drugi raz. W zeszłym roku przyciągała mnie przede wszystkim ciekawość: jak to wygląda i czy miejsce "udźwignie" artystów. Pamiętam, że byłam zadowolona i pozytywnie podchodziłam do wybrania się na koncerty po raz kolejny. Kiedy zaczęły pojawiać się nazwiska gwiazd, które wystąpią w tym roku stwierdziłam, że sobie odpuszczę, bo większość się powtórzyła albo byłam na ich koncertach już wiele razy. A później organizatorzy rzucili bombę - drugiego maja ma wystąpić Selah Sue!
Po takiej informacji od razu pognałam po karnet. Dwa dni koncertów za 88 złotych to bardzo niewielka cena (ostatnio za koncert samego Lao Che zapłaciłam 50 złotych).
Pierwszego dnia (tzn. 2 maja, bo karnet miałam dwudniowy) organizatorzy wręcz przesadzili z zespołami. Musiałam niektórych sobie odpuścić, bo grali niemal w tym samym czasie, a dochodziły jeszcze przerwy związane z wypiciem szybkiego piwka i załatwienia potrzeb fizjologicznych! Zaczęłam zabawę od Jelonka, który jak zawsze porwał tłum do zabawy. Naprawdę, nawet jeżeli nie znacie jego muzyki warto przejść się na koncert - zabawa murowana. Później oczywiście Lao Che, które mnie akurat bardzo zadowoliło. Jestem ogromną fanką ich nowej płyty - Dzieciom, z której zagrali najwięcej kawałków. Na Kulcie było standardowo - wyszłam cała podeptana przez glany, ale bawiłam się przednio. Rojek zaskoczył mnie wykonaniem piosenki Długość dźwięku samotności. Koncertów Hey zawsze mogę słuchać, a Kaśka to taka świetna, skromna osoba. Oczywiście największe szaleństwo było przy Sic, ale nowa płyta też brzmi przyjemnie. No i na koniec przyszedł czas na Selah Sue. Wszyscy moi znajomi wyszli z niego niedowierzając, że ta kobieta tak czaruje. Mała osóbka, która porwała wszystkich swoim magnetycznym głosem. I śpiewała tak czysto, chociaż piosenki jej do prostych nie należą. To zdecydowanie był koncert majówki i jeżeli będę miała kiedyś okazję wybrać się jeszcze na jej występ to na pewno się skuszę.
Drugiego dnia byliśmy mocno zmęczeni, więc zaczęliśmy od grilla. Pierwszym zespołem, na który się wybraliśmy były domowe melodie. Dobrze wiecie, że ich bym sobie nie odpuściła. Było pięknie jak zawsze - powyłam trochę razem z nimi. Co prawda bardziej podobali mi się na Woodstocku, ale i tak ich uwielbiam! Później z koleżanką, ogromną fanką Comy, wybrałam się zobaczyć występ Roguckiego z zespołem. I przyznam, że z trzech koncertów Comy na których byłam, ten uważam za najbardziej udany. Później chwilę posłuchałam Pidżamy Porno. Grali wiele hitów, chociaż ja nadal wolę Strachy na Lachy. No i musiałam się zmyć szybciej, bo w Hali czekał mnie koncert Łąki Łan, czyli jednej wielkiej IMPREZY. To kolejny zespół, którego nie musicie słuchać w domu, a na żywo i tak wybawicie się za wszystkie czasy. Naprawdę była moc! Później posłuchałam już na siedząco Dawida Podsiadło i wróciłam do domu, się wyspać.
tradycyjne rzucanie kwiatkami na koncercie Łąki Łan
A co mi się nie podobało? Telefony. Naprawdę, wytłumaczcie mi to, bo nie rozumiem. Jaki jest sens pchać się pod scenę, żeby postać, zrobić kilka zdjęć, na których i tak niewiele widać albo, o zgrozo, nagrywać filmiki telefonem. I co, później wracasz do domu i słuchasz sobie tych nagrań z cudowną warstwą dźwiękową? Przecież tam same szumy i plecy osoby z przodu! Najgorsze było to, że osoby pchały się pod scenę, żeby później tam stać i wpatrywać się w telefon. Nawet nie miały wolnej ręki, żeby obdarzyć artystę oklaskami. DRAMAT.
Co myślicie o tym problemie? Też spotkaliście się z tym masowym komórkowym nagrywaniem podczas koncertów?
No i znacie któryś z powyższych zespołów? Może podzielicie się opiniami :)
Nie wiem jak Wy, ale ja już z niecierpliwością wyczekuję przerwy świątecznej. To zawsze taki ciepły czas, spędzony z najbliższymi, wskazówki zegara wydają się płynąć wolniej, a ja przestaję myśleć o stresach związanych ze studiami. Do tego zawsze na mnie czeka przepyszna wyżerka ;)
Za każdym razem jak pakuję prezenty muszę w tle słyszeć świąteczne piosenki. To stało się po prostu moją tradycją. Dlatego dzisiaj przedstawię kilka moich ulubionych kawałków, wprawiających w świąteczny nastrój!
10 - What's this z Nightmare Before Christmas
Uwielbiam moment kiedy Jack trafia do krainy świąt Bożego Narodzenia i widzi radość, szczęście jej mieszkańców. Do tego sam podkład bardzo świąteczny, tekst zabawny, jak tego nie lubić!
9 - So This is Christmas by John Lennon
Ta piosenka może jest trochę bardziej dołująca, jednak muszę przyznać, że od wielu lat bardzo lubię do niej wracać.
8 - Blue Christmas by Michael Buble
Co prawda chyba wolę wersję spokojniejszą tej piosenki, jednak pominięcie w tej liście Michaela Buble byłoby dużą pomyłką.
7 - Let It Snow by Dean Martin
Nie ma co ukrywać, że w tym okresie najbardziej lubię jazzowe kawałki z pięknymi męskimi głosami. Let it snow chyba nie da się nie lubić!
6 - Have Yourself a Merry Little Christmas by Frank Sinatra
Frank Sinatra po prostu rządzi w tym utworze. Można się rozpłynąć w jego prostej, a zarazem pięknej interpretacji!
5 - Christmas Wish by She & Him
A tutaj mój numer jeden wśród albumów świątecznych. Dosłownie każda piosenka mi odpowiada, a samą płytę przesłuchuję co roku przed świętami męcząc przycisk "replay". Na początku się zastanawiałam jak zrobić top 10 z różnymi wykonawcami, bo tak naprawdę cała ta płyta nadałaby się jako notowanie moich ulubionych piosenek świątecznych!
4 - Rockin' Around The Christmas Tree by She & Him
Należy też wspomnieć, że album jest różnorodny. Co prawda więcej w nim swingujących, wolnych utworów, ale znajdą się też takie z większą ikrą.
3 - Driving Home for Christmas by Chris Rea
Ta piosenka zaczęła gościć w moim przedświątecznym repertuarze odkąd zostałam studentką. Za każdym razem wracając do domu na Wigilię nucę ją pod nosem.
2 - The Christmas Song by She & Him
Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przesłuchania całej tej płyty. Ja uwielbiam głos Zooey i chociaż zwykłe albumy She & Him też ma świetne, to jednak świąteczny zostaje moim ulubionym.
Tę piosenkę kocham już od dobrych kilku lat. I w każdej aranżacji ją kupuję. Ma taki czar minionych lat, kojarzy mi się ze starym kinem i utalentowanymi ludźmi. Inne wersje, które polecam, to oczywiście ta She & Him, z serialu Glee czy autorstwa Bing'a Crosby & Doris Day.
Jednak najczęściej gości u mnie album She & Him.
A Wy macie jakieś ulubione świąteczne piosenki? Też słuchacie przy pakowaniu prezentów? Podzielcie się swoimi typami!
Jedyne posty dotyczące muzyki, które napisałam pokazują jaki typ najbardziej mnie kręci. Nie chodzi o to, że nie przepadam za rockiem bądź reggae, co to to nie! Ważny jest fakt, że muzyki najczęściej słucham w zaciszu domowym, pracując przed ekranem. Potrzebuję wtedy się zrelaksować, wyciszyć, a jednocześnie rozkoszować dźwiękami. Wcześniejsze zespoły, tj. Fismoll i domowe melodie były bardziej znane, a dzisiaj przed Wami jeden z niszowych albumów.
Lili Liliana to pseudonim artystyczny Ady Krawczuk, młodej, ale niesamowicie uzdolnionej dziewczyny. Nigdy nie pobierała profesjonalnych lekcji, a śpiewa, gra na gitarze akustycznej, pianinie, perkusji i do tego pisze teksty piosenek. Taki typowy przykład kobiety orkiestry, która przedzierając się przez meandry muzyczne, szuka swojej ścieżki. I na razie robi to bardzo dobrze.
Przyznam, że przed włączeniem przycisku play trochę się obawiałam. Lo-fi* czasami wychodzi artystom na dobre (patrz domowe melodie), ale bywa tak, że albumów nagranych w domowych warunkach słucha się jak w męczarniach. Jednak już po wejściu na stronę pokrzepiła mnie grafika, którą umieściłam powyżej. Idealnie wprowadza w klimat płyty i mogę z czystym sumieniem umieścić ją na liście najlepszych okładek albumów. Wpasowała się w moje gusta w stu procentach po prostu. Pozostało tylko przesłuchać tych dwunastu utworów.
Już tydzień temu mogłam napisać Wam co nieco o tym zjawisku muzycznym. Jednak najprościej w świecie się zasłuchałam. Codziennie, wracając z uczelni włączałam sobie płytę Szczaw i coraz bardziej ją doceniałam. Całość rozpoczyna utwór "Początek", który jest ciekawym doświadczeniem muzycznym (chociaż osobiście jestem przeciwniczką syntezatorów), ale jego tekst idealnie trafił w moją estetykę:
Początki trzeba kształtować
Dbać o miłostki i odpowiedzi
Zamykać oczy na straszne
Zamykać oczy i mocno wierzyć
Ogniem postaw wbiegać na start
Nic nie słuchać, w bezdźwięki gnać
Na oślep
Płyta pełna jest akustycznego brzmienia, które w połączeniu z niewymuszonym wokalem tworzy przyjemną całość i wprowadza nas w nostalgiczny nastrój. Lili nie szarżuje głosem, nie wykonuje wirtuozyjnych solówek, ba! nawet nie prezentuje wymyślnych melodii. Tutaj wszystko jest proste, ale w tej prostocie tkwi siła płyty. Wniosek z tego, że nie trzeba posiadać dużych środków, żeby wyczarować coś dobrego.
Oczywiście nie ma co polemizować z faktem, że jakość jest słaba. Jednak warstwa merytoryczna wystarczająco broni tego materiału. Zresztą, na fanpage'u można zobaczyć proces nagrywania albumu. Pokój znajdujący się na poddaszu, po wtachaniu perkusji zostało niewiele miejsca, zresztą nikt pewnie o przeszkadzających odbiciach nawet nie myślał. I z tego co widziałam wokal i gitara akustyczna nagrywana tym samym mikrofonem. Dla profesjonalistów jest to może nie do pomyślenia, ale ja jestem w szoku, że przy takim nakładzie udało się wydać Szczaw w tej wersji.
Nadmienię, że po wielokrotnym przesłuchaniu zauważyłam dwa fragmenty muzyczne, które bardzo przypominają piosenki Comy. Ciekawa jestem, czy autorka jest fanką tego zespołu czy zrobiła to w niewiedzy. Moimi ulubieńcami zostaną elektryzujące "Może", dopracowane "Z lepszej strony", nostalgiczne "Zasypiam" i rytmiczne "M".
Na pewno warto przesłuchać płyty, szczególnie jeśli również lubicie ten klimat muzyki. Muszę Wam jeszcze pokazać piękne, ręcznie robione opakowania! Zobaczcie:
Pozostaje mi mieć nadzieję, że Lili nie zaprzestanie swojej przygody z muzyką i będzie się nadal rozwijać. A ja chętnie będę śledzić jej poczynania i koczować na koncert w moim mieście.
Płyta do posłuchania TUTAJ.
*Lo-fi – to termin używany do opisu sposobu nagrywania muzyki.
Cechuje się niską, amatorską jakością nagrań, wynikającą bądź to z
ograniczeń finansowych, bądź z przemyślanej koncepcji artystycznej. (źr. wikipedia) zdjęcia i informacje pochodzą z fanpage'a Lili
Zdaje mi się, że bardzo dawno mnie tu nie było. Wszystko za sprawą pochłaniającej czas i energię sesji na studiach. Na szczęście dziś dostałam ostatnią ocenę i mogę stwierdzić, że pierwszy semestr magisterki za mną! Rozpoczynam wakacje. Tydzień przerwy, a później rozglądam się za pracą.
W najgorszych sesyjnych chwilach czas umilały mi "Domowe melodie". Nie znacie? To zapraszam do poczytania!
Skład zespołu: Justyna "Jucho" Chowaniak (autorka tekstów, kompozytorka, wokalistka i pianistka), Staszek Czyżewski (kontrabas, akordeon) i Kuba Dykiert (perkusja, gitara).
Płyty: Domowe Melodie (2012) 3 (2014)
" Wcześnie przyszedłeś miły
Za szybko
Jeszcze nie zdążyłam się calutka naprawić. "
Zespół "Domowe Melodie" znam od jakiegoś czasu. Bardzo głośno zrobiło się o nich, kiedy do szerokiego grona publiczności trafiło nagranie z You Tube'a - wykonanie "Grażki". I to od tej piosenki zaczyna się moja znajomość z trójką artystów. Podobała mi się bardzo, wpadała w ucho i sprawiła, że kilka dni nuciłam ją sobie pod nosem. Później był koncert na majówce we Wrocławiu. I była moc.
Cała trójka wystąpiła na scenie w cudownych pidżamkach typu one-size. Kolorowo, oryginalnie i nie na siłę pokazali gamę swoich możliwości. Razem ze znajomymi bawiliśmy się przednio, a przy piosence "Techno" to w ogóle było szaleństwo pod sceną!
To co doceniam najbardziej to odmienne podejście do muzyki. Wydaje się, że ta trójka tworzy muzykę dla siebie, a później pozwala słuchaczom podsłuchać co udało im się zrobić. Teksty są trochę dziecinne, ale każdy z nas może szukać głębszego sensu w tych piosenkach. I trzeba przyznać, że są bardzo stali w przenoszenia pierwiastków dzieciństwa we wszystko co robią. Dla osoby, która wciąż czuje się trochę dzieckiem to czysta przyjemność.
Przy niektórych utworach kojarzą mi się wręcz z aktorskim podejściem do piosenki kabaretowej. Zwróćcie uwagę na "Kołtuna" - dodam go pod notką.
Zaczęłam słuchać na Spotify, ale koniecznie muszę mieć ich płyty w domu. Szczególnie, że wydanie jest po prostu genialne, spójrzcie tutaj - http://domowemelodie.pl/sklep/ .
Jestem bardzo zadowolona, że żyjemy w czasach, kiedy utalentowani ludzie mają łatwy dostęp do mediów i mogą sami się zareklamować. A Domowe Melodie nawet sami wydają swoje płyty! Naprawdę wielki szacunek, bo na pewno początkowo było ciężko. Ale wytrwałość zaprowadziła ich bardzo daleko i mam nadzieję, że dojdą jeszcze dalej. Ja następnym razem zobaczę się z nimi na Przystanku Woodstock!
A teraz, warto posłuchać:
"Ścisz.To"
"Grażka"
"Buła"
"Techno"
"Kołtuna"
Polecam posłuchać tych i wielu innych. Najlepiej całych dwóch płyt. Bo warto!
Wszystkie zdjęcia pochodzą z profilu facebook'owego Domowych Melodii > https://www.facebook.com/domowemelodie
Miało być o Festiwalu Aktorstwa Filmowego, ale najpierw trochę o wydarzeniu, które miało miejsce w Starym Klasztorze (Wrocław), w środę dwunastego listopada.
Akurat w moje urodziny do Wrocławia dotarł Fismoll ze swoją trasą koncertową na polanie "At Glade". W samym wykonawcy rozkochałam się już jakiś czas temu, kiedy na pewnym blogu z poezją znalazłam utwór "Look at this". Często mam nastrój na takie melancholijne brzmienia. W dodatku przy takim rodzaju muzyki najlepiej pije się jesienną herbatę/kawę, gapi w liście na drzewach i rozmyśla. Nawet książki dobrze się przy niej czyta (zazwyczaj muzyka mi przeszkadza, a tutaj - nope!).
Sam wykonawca o polanie pisze na Facebooku tak:
"Polana była dla mnie zawsze najbliższym miejscem.
Miejscem w którym powstał niemalże cały materiał na płytę. Tworzyło się
albo pod brzózką, albo leżąc na trawie. Było to dla mnie jedno z
niewielu miejsc, prócz lasku Dębińskiego, w które mogłem uciekać do
pierwotności, natury, do siebie. Spędziłem tam setki godzin samotnych,
ale i w towarzystwie mojego najbliższego Przyjaciela. Na rozmowach,
modlitwach, nocnych obserwacjach nieba."
W sali koncertowej Starego Klasztoru byłam pierwszy raz. Robi wrażenie. Sklepienie niczym w kościele, scena kameralna, miejsca na parterze oraz na balkonie. Idealne wnętrze na tego typu koncert. Rozmieszczenie krzeseł trochę przeszkadzało. Przede mną siedział dość wysoki pan, więc dostałam skurczu szyi od ciągłego wyginania się.
Sam koncert - magiczny. Zostawił mnie w nostalgicznym uniesieniu. Miałam ochotę od razu pobiec na polanę i posiedzieć pod drzewem, wpatrując się w niebo. Na żywo Fismoll brzmi równie dobrze jak na płycie. Do tego jest bardzo zabawny, w tym swoim skromnym wypowiadaniu się i szukaniu właściwych słów. Wszyscy muzycy grają cudnie, dźwiękowiec wykonuje pracę świetnie, bo nie mamy pojęcia, że istnieje (czyli dla niego największy komplement). Przyznam, że czasem wizualizacje z tyłu trochę mnie rozpraszały. Przykładowo ten kosmos ze zdjęcia. Ale przy innych utworach idealnie się komponowały (ujęcie drżącego liścia - mrau!).
Pierwszy raz na koncercie się popłakałam. Dziękuję za najlepszy urodzinowy prezent, Fismoll!
A Wam polecam zaznajomić się z jego twórczością, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście :)
(zdjęcia pochodzą ze strony http://wroclaw.dlastudenta.pl/muzyka/koncert/City_Sounds_Fismoll,1161118,,136500.html#photo oraz z Facebooka Fismolla -> https://www.facebook.com/pages/Fismoll/351254321556875)