środa, 10 lutego 2021

Styczniowa micha filmów

Krótki film o miłości (1988), reż. Krzysztof Kieślowski

Przy okazji nadrabiania klasyki kina zerknęłam w końcu na polskie podwórko. Nadszedł czas wstydliwych wyznań  otóż twórczość Krzysztofa Kieślowskiego znam w bardzo małym stopniu, widziałam raptem dwa filmy z serii kolorów, do tego Amatora i Przypadek. Krótkie filmy z serii Dekalog kojarzę jeszcze z lekcji języka polskiego, ale zdecydowanie jest to materiał do odświeżenia. Chyba warto zrobić sobie powtórkę i obejrzeć wszystkie po kolei, żeby mieć jakiś obraz całości. Resztę jego filmografii dawkuję sobie bardzo powoli, ale za każdym razem po seansie jestem zadowolona. Naprawdę nie zdarzyło się jeszcze, żeby tytuł wyreżyserowany przez Kieślowskiego zszedł w stronę oceny dobrej czy poprawnej, zawsze oscyluje wokół bardzo dobrego bądź wręcz rewelacyjnego seansu. Krótki film o miłości nie był tutaj wyjątkiem, a wręcz wskoczył na pierwsze miejsce mojej osobistej listy ulubionych filmów tego reżysera.

To bardzo prosta historia, fabułę można zawęzić do krótkiego opisu – dziewiętnastoletni Tomek (Olaf Lubaszenko) podgląda wieczorami kobietę (Grażyna Szapołowska), mieszkającą w bloku naprzeciwko. Film jest cudownie napisany, przez długi czas nie wiemy, w którą stronę akcja się potoczy, kto tutaj jest dobry, a kto zły, kim są w ogóle bohaterowie. Karty odkrywane są powoli, a widz coraz mocniej angażuje się w historię, nie wiedząc czy kibicować czy raczej potępiać zachowanie danej postaci. W filmach Kieślowskiego kocham to, że są prawdziwym manifestem reżysera na dany temat, zawsze mówią o czymś więcej, a historia przedstawiona jest w artystyczny, ale przystępny sposób. Używając niewielu środków przekazu, reżyser potrafi sprawić, że dzieło jest zrozumiałe, a widz artystycznie zaspokojony. Kieślowski nie ukrywał znaczeń, podsuwał materiał do interpretacji w sposób czytelny, chociaż niejednoznaczny (jak to w sztuce bywa), ale otwarty na uważnego widza. Muzyka jest tutaj pięknym uzupełnieniem, dość spokojna, ale na pewno trudno nie zwrócić na nią uwagi.

Warto osobno docenić aktorów, z których reżyser wyciąga wszystko to, co najlepsze. Młody Olaf Lubaszenko świetnie radzi sobie z postacią wycofanego chłopaka, który pragnie miłości i dąży do niej tak, jak potrafi. Nawet nie wiemy kiedy początkowa niechęć do granej przez niego postaci mija – cóż, ciężko sympatyzować od pierwszych minut filmu z chłopakiem, który wieczory spędza podglądając starszą sąsiadkę. W kontraście do niego mamy Grażynę Szapołowską, kobietę, która romantyczną miłość przekreśliła już lata temu. Wspaniale wywiązuje się konflikt między tą dwójką, który napędza akcję.

Jak już mówiłam, Krótki film o miłości ląduje na czele ulubieńców od Kieślowskiego. Ciekawostką jest fakt, że ten film ma dwa zakończenia i na pewno chętnie zapoznam się z tym, które znajduje się w Dekalogu VI.

Mama (2014), reż. Xavier Dolan

Xavier Dolan wparował do świata kina z przytupem jeszcze w 2009 roku, debiutując tytułem Zabiłem moją matkę. Tak się składa, że to akurat jeden z niewielu jego filmów, których nie oglądałam (z tych, które miały do tej pory premierę zostały mi oprócz niego jeszcze dwa najnowsze tytuły: Matthias i Maxime oraz The Death and Life of John F. Donovan). Za każdym razem kiedy pojawia się okazja do nadrobienia tytułu, który wyreżyserował Dolan, zawsze z niej korzystam.

Film Mama jest dość długi, bo trwa prawie dwie i pół godziny, a opowiada o problemach matki z wychowaniem nastoletniego syna. Początek trochę mi się dłużył, nie mogłam pojąć dokąd Dolan z tym wszystkim zmierza, a jego bohaterowie, cóż, do najprzyjemniejszych nie należeli. To jednak tylko początkowe wrażenie, bo szybko okazuje się, że zostajemy wciągnięci w ten świat, a postacie, które wydawały się pierwotnie odpychające zaczynają zajmować miejsce w naszych sercach i chcemy, żeby ułożyło się im tak, jak sobie to zaplanowali. Czy Dolan też ma taki zamiar – to już inna sprawa.

To jeden z najlepszych seansów ostatniego czasu, a potrafi zaczarować przede wszystkim świetnie rozpisanymi bohaterami. Główna trójka aktorów tworzy zgrany tandem i ciężko byłoby wyróżnić tutaj jedną osobę. Anne Dorval ciągle trzyma gardę, jest wyszczekana i wulgarna, ale tym łatwiej jest nam docenić momenty, w których walczy z przypływem emocji. Suzanne Clément jako sąsiadka borykająca się z traumą z przeszłości miała trudne zadanie do wykonania, ale jej jąkanie wypadło naturalnie, a ona razem z Anne stworzyła piękny obraz kobiecej przyjaźni. Na koniec Antoine Olivier, czyli prawdziwa petarda, wyciska ze swoich scen masę energii, a mimo trudnego charakteru postaci wzbudza współczucie (scena na karaoke albo ta na parkingu to perełki). Razem ta trójka aktorów ma niesamowitą chemię, a momenty, w których rozmawiają przy winie czy odprawiają dzikie tańce w kuchni mogłabym oglądać przez kolejne godziny.

Mama to film, który nie powala od pierwszych minut. To raczej taki film, który wraz z każdą minutą coraz mocniej będzie do siebie przekonywał, rozkochiwał, żeby na koniec złamać serce. Genialne popisy aktorskie, wizjonerski sposób nakręcenia (te sceny z rozszerzanym kadrem były takim sprytnym zagraniem), nieoczywista ścieżka dźwiękowa i historia, która nie pozwala pozostać obojętnym. Na koniec można tylko wyznać reżyserowi miłość, bo to wielkie współczesne kino.


Króciutko o kilku ciekawych pozycjach:


Lęk pierwotny (1996), reż. Gregory Hoblit

Nie wiem czego się spodziewałam po tym filmie, raczej zwykłej, wciągającej historii kryminalnej, w końcu opis fabuły można skrócić do: sprawa sądowa młodego ministranta oskarżonego o morderstwo arcybiskupa. Okazało się, że najciekawsze tutaj były dwa aspekty  skorumpowany świat rządzących w Chicago i cudowny Edward Norton w niezapomnianej roli. Sam wątek przepychanki w sądzie między bohaterami granymi przez Gere'a i Linney był dość wyświechtany i raczej szczególnie nie wciągał. Za to wszystko co związane z postacią graną przez Nortona okazało się fascynujące, do ostatnich minut. Naprawdę dobra rola i między innymi dzięki niej oglądało się to aż tak dobrze.

Dog Day Afternoon (1975), reż. Sidney Lumet

W filmie przedstawiona została prawdziwa historia napadu na bank, w którym brali udział: Sonny Wortzik (Al Pacino) i Sal (John Cazale). Czas akcji zamyka się w tym jednym dniu, ale scenariusz napisany jest tak, że trudno byłoby się nudzić. Nie dziwi mnie, że film otrzymał Oscara w kategorii scenariusz oryginalny, bo to naprawdę zgrabnie napisana historia, która potrzyma w napięciu, ale też powie nam coś więcej. Szybko z historii o napadzie na bank film przechodzi w opowieść o człowieku, jego zmaganiach, nieosiągalnych celach, które stają się jego zmorą i obsesją. Kawał dobrego kina ze świetną rolą młodego Pacino. Dostępny na platformie Netflix.

Ma Rainey: Matka bluesa (2020), reż. George C. Wolfe

Chciałam się bardziej rozkochać w tym filmie, ponieważ bardzo lubię tytuły, które zostały nakręcone na podstawie sztuki teatralnej, z jednością miejsca i czasu akcji. Ma Rainey: Matka bluesa to tak naprawdę zapisek z dnia nagrań zespołu matki bluesa, z tym że będziemy śledzić przede wszystkim dwie osie – tę dotyczącą tytułowej Ma, granej z brawurą przez Violę Davis, i tę skupiającą się na młodym muzyku Levee, zagranym przez Chadwicka Bosemana. Niestety, miałam wrażenie, że całości brakuje werwy, momentami film się trochę dłużył. Jednak nadal uważam go za dobry tytuł, wart obejrzenia, przede wszystkim dla popisów aktorskich, w tym ostatniej roli Chadwicka Bosemana (a poradził sobie bardzo dobrze), a także dla muzyki, scenografii i kostiumów. Chociaż dla mnie – bez szału.

Mank (2020), reż. David Fincher

Większość trąbi o wielkim rozczarowaniu nowym Fincherem, a ja się wyłamuję i mówię, że mi ta opowieść o Mankiewiczu piszącym scenariusz do Obywatela Kane'a się podobała. To taki powrót do klimatu starego Hollywood, z elementami przypominającymi to rewolucyjne dzieło Wellesa  chociażby wszystkie montażowe sztuczki i skakanie po lini fabularnej. Sam scenariusz mnie zafascynował, scenografia i zdjęcia zachwyciły. Może nie jest to kino, którego spodziewałabym się po akurat tym reżyserze, ale ja zostałam usatysfakcjonowana. Czy powinien zgarnąć Oscara? Nie, tak daleko bym się nie posunęła, ale na pewno zasługuje na obejrzenie. Dla mnie to cudowny seans, chociaż możliwe, że pomógł fakt, że Obywatela Kane'a widziałam dość niedawno i wszelkie te nawiązania trochę łatwiej było mi wyłowić.

Może pora z tym skończyć (2020), reż Charlie Kaufman

Charliego Kaufmana kojarzę przede wszystkim z Anomalisy, dobrej, ale równocześnie dość ciężkiej animacji, a także jako scenarzystę głośnego Zakochanego bez pamięci. Znając te tytuły wiedziałam, że po najnowszym filmie raczej powinniśmy się spodziewać tęgiej rozkminy i cóż – dokładnie to dostajemy. Ja bardzo lubię tego typu kino, gdzie podczas seansu zadajesz sobie ciągle pytanie „o co w tym wszystkim chodzi?”, a jednocześnie fabularnie idzie to do przodu i ogląda się dobrze. Może pora z tym skończyć na pewno znajdzie zagorzałych przeciwników, ale moim zdaniem warto przekonać się na własne oczy, bo może akurat nas zachwyci. Dla mnie to bardzo dobry film, a wytłumaczenie całości faktycznie ma sens (chociaż podczas seansu myślałam, że główna myśl filmu dotyczy czegoś zupełnie innego). Dodatkowo, świetnie zagrany, cudowne zdjęcia i montaż.


Oprócz tego obejrzałam:

  • Żółty szalik (2000) – scenariusz napisany przez Pilcha, historia nałogu. Warto zobaczyć dla Gajosa, który niesie ten film. No i cudowna Szaflarska.
  • Ponette (1996) – zdecydowanie najlepszy przykład tego, jak dzieci potrafią grać. Temat ciężki, bo próba pogodzenia się małej dziewczynki ze śmiercią matki. Dzieci są w centrum historii i niesamowicie zaskakują, szczególnie odtwórczyni głównej roli.
  • Generał della Rovere (1959) – klasyka w wydaniu Roberta Rosselliniego. Przyznaję, że początek mnie trochę nużył, ale później się rozkręca i finalnie to kawał dobrego kina.
  • American Honey (2016) – świetnie sprawdza się przedstawienie różnic społecznych w Stanach, przepaści miedzy różnymi grupami ekonomicznymi. Bardzo dobre role aktorskie, sprawny montaż i dobra muza. Ale za długi.
  • Nigdy nie będę twoja (2007) – przyznaję, że skusiły mnie Saoirse Ronan (bardzo dobra rola) i Michelle Pfeiffer w roli głównej. Niestety, tego typu kino zupełnie nie jest dla mnie, wymęczyłam się okrutnie.
  • Midsommar (2019) – spodziewałam się czegoś lepszego. Nie znam się na horrorach, ale doceniam to pójście w inną stronę, wiele strasznych momentów ma miejsce w środku dnia. Strona techniczna filmu to majstersztyk, zdjęcia magiczne, a aktorsko miazga (Florence!!). Przyznaję, że części filmu nie widziałam, bo zakrywałam oczy (jestem przewrażliwiona, wiem).
  • Cienka, czerwona linia (1998) – chyba wystarczy napisać, że to typowy Malick. Także mamy tutaj piękne zdjęcia, długie ujęcia natury bądź twarzy aktorów, głos z offu, filozoficzne rozkminy, ale jednocześnie trzeba zaznaczyć, że to jeden z bardziej przystępnych filmów reżysera. Jak dla mnie piękny – standardowo, jak na fankę Malicka przystało!
  • Rzeka tajemnic (2003) – dobry thriller, wydaje mi się, że jakbym go obejrzała kilka lat temu to byłabym wręcz zachwycona, teraz ciężej mnie zadowolić. Klimacik jest, aktorsko bardzo dobry, trochę tajemnicy z przeszłości i brutalna zbrodnia. Dla fanów gatunku zdecydowanie film obowiązkowy.

A Wy, co ciekawego oglądaliście w styczniu?

sobota, 6 lutego 2021

„Wojna światów” Herbert George Wells i „Folwark zwierzęcy” George Orwell – lepiej późno niż wcale

W końcu postanowiłam nadrobić te dwa głośne tytuły literatury brytyjskiej. Jako że na ich temat napisano już prawie wszystko, to nie będę wymyślała kolejnych długich tekstów – dzisiaj będzie po prostu bardzo krótko o moich wrażeniach z lektury.

„Wojna światów
Herbert George Wells

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1898
Liczba stron: 216
Wydawnictwo: Vesper

Wojna ta powinna była nauczyć nas przynajmniej jednego. Litości dla wszystkich tych bezrozumnych stworzeń, które znosić muszą nasze nad sobą panowanie.

Opis wydawcy
Jak zachowują się ludzie – zarówno jednostki, jak i całe społeczności – w obliczu inwazji, która grozi masową zagładą? Kim jesteśmy dla najeźdźców i kim oni są dla nas? Jaką rolę odgrywają w tym nowe technologie? I co może nas uratować? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Herbert George Wells w sposób wciąż atrakcyjny dla współczesnego czytelnika, a powszechne już chyba poczucie niepokoju, niepewności i zagrożenia sprawia, że „Wojnę światów” odbieramy jako powieść ciekawą i aktualną również w XXI wieku.


Moja recenzja

Wojna światów była zapewne jedną z pierwszych powieści o inwazji Marsjan, jakie zostały napisane. To porcja literatury, którą każdy fan fantastyki powinien poznać, szczególnie w tym pięknie ilustrowanym wydaniu. Wydawnictwo Vesper wykonało kawał dobrej roboty, podczas czytania możemy się zachwycać ilustracjami H. A. Corrêi, które świetnie dopełniają wrażenia z lektury. 

Główny bohater prowadzi nas przez fabułę relacjonując wszystkie wydarzenia z pierwszej ręki. Akurat w pobliżu jego domu rozbił się pierwszy cylinder z kosmosu i to właśnie tam rozpoczynają się początkowe ataki Marsjan. Autor obdarzył narratora lekkim piórem, dzięki czemu wszelkie opisy kosmicznych maszyn będą ciekawe, ale nie przeintelektualizowane – to po prostu relacja naocznego świadka wydarzeń. Sam przebieg fabuły jest zupełnie nieoczywisty dla współczesnego czytelnika – atak zaczyna się od pierwszej strony, a w finale nie ma przesadnych fajerwerków, bohaterów poświęcających się dla sprawy i specjalnych patentów na pokonanie przybyszów z Marsa.

Książka wydawała się najmocniejsza dopiero w drugiej części, już po opisie początkowej inwazji i po okiełznaniu wybuchu paniki wśród mieszkańców Anglii. Kiedy całe tłumy uciekały z Londynu, a nasz bohater ukrywał się przed śmiercionośnymi kosmitami zaczęło się pojawiać miejsce dla interesujących wniosków. Spotykani po drodze towarzysze byli katalizatorami myśli, które pojawiały się u narratora podczas inwazji – czy tak właśnie czują się mrówki, patrzące na potęgę człowieka? Czy Marsjanie uważają ludzi za gatunek, który nadaje się tylko do zniszczenia, niegodny im się równać? Czy ludzkość dotychczas była tak bardzo zapatrzona w siebie, że z całą pewnością uznała się za niepokonaną? Sporo tego podczas czytania przychodzi na myśl. Wojna światów zapewnia dość szybką lekturę i chociaż mnie specjalnie w sobie nie rozkochała, to na pewno warto się z nią zapoznać.

„Folwark zwierzęcy
George Orwell

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1945
Liczba stron: 136
Wydawnictwo: Muza

Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.

Opis wydawcy
Powieść angielskiego dziennikarza i pisarza George’a Orwella, przedstawiająca zwierzęta hodowlane, które wygnały ludzi i zaczęły same rządzić folwarkiem.


Moja recenzja

Z przeczytaniem tego klasyka literatury długo zwlekałam, co może wydawać się dziwne, bo Rok 1984 George'a Orwella należy do grona moich ulubionych powieści. Folwark zwierzęcy dość niedawno pojawił się na mojej półce i mimo niewielkiej objętości jakoś nie mogłam się przekonać do lektury. Kiedy w końcu udało mi się ją zacząć to przeczytałam całość ekspresowo – naprawdę jest to króciutka historia. Pierwszym wnioskiem po zakończeniu powieści było to, że żałuję, iż nie była to moja lektura szkolna, bo omawianie jej i docieranie do źródła każdego wydarzenia musiałoby być świetnym doświadczeniem podczas lekcji z polonistką.

Orwell opowiada o zmaganiach zwierząt na folwarku, a wszystkie wydarzenia i postacie mają swoich odpowiedników w historii Rosji. Właśnie przez to dość dosadne przedstawienie stalinizmu w negatywnym zabarwieniu autor długo miał problem ze znalezieniem wydawcy dla Folwarku zwierzęcego. Przykładowo, jedna ze świń jest odzwierciedleniem Stalina, druga Trockiego, a koń reprezentuje zapatrzony we władzę lud, który zapracowuje się, tylko żeby dogodzić rządzącym. Autor w dość jasny sposób sygnalizuje tutaj kto jest kim, czytelnik może w tych odniesieniach się odnaleźć, a jeżeli po lekturze będziecie ciekawi, to w Internecie z łatwością znajdziecie opis korespondujących wydarzeń z rosyjskiej historii. 

Ja jednak nie rozkładałam całości na części, żeby dopasować do historii, a skupiłam się na bardziej ogólnych wrażeniach. Bo to, co Orwell napisał okazuje się oczywiście bardzo uniwersalne. Rewolucja, wybór nowej władzy, mydlenie oczu społeczeństwa, wymyślanie tematów zastępczych, żeby ukryć błędy, podział na „równych i równiejszych” – to przecież ciągle się dzieje, a już chyba nie muszę mówić jak wiele z tych obrzydliwych zagrywek jest widoczne w działaniach naszej aktualnej władzy. Także Folwark zwierzęcy na pewno zasługuje na miano jednej z najlepszych książek właśnie przez swój uniwersalizm, mimo że sam Orwell odnosił się do konkretnych osób i wydarzeń. Okazuje się, że ciągle kręcimy się w kółko i dajemy się nabrać na te same slogany, przekształcane później dla dobra rządzących. Zdecydowanie lektura obowiązkowa, żałuję, że nie we wszystkich szkołach.

wtorek, 2 lutego 2021

„Północ i południe” Elizabeth Gaskell – elektryzujący świat przeciwieństw

„Północ i południe
Elizabeth Gaskell

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1855
Liczba stron: 576
Wydawnictwo: Świat książki

Wielokrotnie od myślenia robiłem się smutny, a od działania nigdy.

Opis wydawcy
Margaret Hale i John Thornton to niezwykła para. Ona, dobra i wrażliwa na ludzką krzywdę, pochodzi z zamożnego południa Anglii. On, przemysłowiec z północy i znajomy jej ojca, uważa, że najważniejsze są prawa ekonomii. Poznają się, gdy Margaret wraz z rodziną przenosi się z zielonego Helstone do robotniczego Milton. W zadymionym mieście młoda kobieta odkrywa świat, o jakim nie miała pojęcia: pełen biedy, chorób i nieustannego wiązania końca z końcem. Tak właśnie wygląda życie pracującej dla Thorntona rodziny Higginsów, z którą się zaprzyjaźnia. Gdy w fabryce wybucha strajk, Margaret nie ma wątpliwości, po czyjej stanąć stronie. Ale w dramatycznej sytuacji to właśnie Thornton będzie potrzebował jej pomocy.


Moja recenzja

Impulsem do rozpoczęcia roku z lekturą Północ i południe było obejrzenie serialu Bridgertonowie, który jest dostępny na platformie Netflix. Poczułam mocną potrzebę zanurzenia się w książce napisanej wyszukanym językiem, w której bohater walczy o serce ukochanej, wszyscy wystrojeni są w piękne kostiumy i wyróżniają się nienagannymi manierami. Zatęskniłam za klimatem XIX-wiecznej opowieści, ale w ujęciu raczej poważnym, czyli zupełnie odmiennym niż w przytoczonej wcześniej ekranizacji romansu. Także zamiast po prostu czytać pierwowzór Bridgertonów sięgnęłam po klasykę epoki wiktoriańskiej w wykonaniu Elizabeth Gaskell.

Z prozą autorstwa Jane Austen jestem dość dobrze zaznajomiona, a z twórczości sióstr Bronte czytałam tylko najważniejsze tytuły, czyli Dziwne losy Jane Eyre i Wichrowe wzgórza. Za to książek pani Gaskell nie znałam zupełnie, toteż zastanawiałam się czy będą przypominać którąś z napisanych przez wspomniane autorki. Z ciekawostek warto zaznaczyć, że prywatnie Gaskell była przyjaciółką Charlotte Bronte i nawet napisała jej pierwszą biografię. Podczas lektury książki Północ i południe okazało się, że są pewne cechy wspólne ich twórczości – na pewno to, że Elizabeth Gaskell, również przedstawicielka pisarzy epoki wiktoriańskiej, świetnie rozpisała główną kobiecą postać, której jedynym zadaniem nie jest tylko służenie za obiekt męskiego zauroczenia.

Północ i południe to nie jest tak do końca romans, a jego przewagi się po książce spodziewałam. Pierwsze skrzypce gra tutaj jednak rewolucja przemysłowa, a obserwowanie tego jak zmieniał się w tamtych czasach świat jest kompletnie pochłaniające. Zielone południe, na którym nadal wszyscy mieszkają w uroczych domkach na wsi, uprawiają pola, a po radę udają się do proboszcza zestawione z ciemnym, brudnym, głośnym i rozwijającym się miastem północy, Milton. Zarys tego tła historii wypada w książce na spory plus.

Kadr z serialu, który wciąż przede mną, źródło

Kolejnym ważnym wątkiem jest oczywiście temat wyzysku pracowników, którzy w nieodpowiednich warunkach zapracowują się w fabrykach za marną zapłatę. W tym przypadku udało się bardzo sprawnie połączyć dwa światy. Z jednej strony – Margaret poznaje Bessy, która choruje na zapalenie płuc przez pracę w niezdrowych warunkach, a jej ojciec jest jednym z przewodniczących strajku. Z drugiej – tata Margaret, pan Hale, prowadzi długie rozmowy z Thortonem, właścicielem dużej fabryki, w której produkcja cierpi przez strajk. Dzięki tym dwóm perspektywom zobaczymy mocne i słabe punkty każdej ze stron, a naszym bohaterom łatwiej będzie zrozumieć postępowania przeciwników.

Romans jest tutaj bardzo skąpy. Znaczy to tyle, że nie będziemy świadkami wielu scen romantycznych, opisów wzniosłych uczuć i miłosnych westchnień. Za to dość dobrze poznamy charaktery głównych postaci. Margaret to świetna bohaterka, która wiele zniesie – na początku widać to w pomocy przy przeprowadzce i utrzymywaniu domu, a później w poświęceniu dobrego imienia dla pewnego członka rodziny. Nie narzeka, szybko przyzwyczaja się do nowej sytuacji majątkowej, a nawet stara się przekonać swoją matkę, że wszystko się ułoży, żeby wnieść trochę pozytywnego spojrzenia na okoliczności, w których rodzina Hale się znalazła. Margaret to bardzo empatyczna postać, która niestrudzenie próbuje uświadomić Thortona, że drastyczne środki w walce ze strajkującymi nie przyniosą oczekiwanych skutków. Samo sparowanie tej dwójki wypadło bardzo ciekawie i cieszy mnie brak uromantycznienia na siłę wszystkich sytuacji ich dotyczących. Mimo świadomości tlącego się uczucia, bohaterowie rozmawiają na inne tematy, próbują zostawić emocje z boku w celu przedyskutowania ważniejszych spraw.

Dla mnie Północ i południe to przede wszystkim przykład tego, że żaden człowiek nie jest nieomylny, a zdanie na dany temat czasami warto zmienić, a na pewno sensownym jest przynajmniej wysłuchać drugiej strony. Nabranie trochę dystansu do swoich przekonań, otwarcie się na przemyślenia innych osób, nieważne z jakiej grupy społecznej pochodzą, może sporo pomóc. W książce znajdziemy oczywiście romans, ale w centrum znajduje się przemysłowa rewolucja z problemami klasowymi, etycznymi, z wieloma prywatnymi tragediami. Całość napisana pięknym językiem, a i w przebiegu fabuły łatwo można się zakochać. Północ i południe trafi do moich ulubieńców literatury z epoki wiktoriańskiej.

piątek, 22 stycznia 2021

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część druga

Już kiedyś pisałam o miniserialach, które można obejrzeć podczas jednego weekendu, do wpisu odsyłam -> TUTAJ. Tym razem wszystkie tytuły to zeszłoroczne premiery.


Normalni ludzie (2020), reż. Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Książka autorstwa Sally Rooney Normalni ludzie, wydana w Polsce w zeszłym roku, wzbudziła sporo kontrowersji wśród czytelników. Z każdej strony bombardowały mnie sprzeczne opinie: „najlepsza książka tego roku”, na przemian z: „największe rozczarowanie roku”. Miałam ją już nawet w koszyku podczas zakupów, ale w ostatnim momencie stwierdziłam, że może nie jest warta mojej uwagi. Jednak, kiedy na HBO GO pojawiła się ekranizacja, postanowiłam dać jej szansę.

Marianne (Daisy Edgar-Jones) i Connel (Paul Mescal) chodzą do tego samego liceum w małej mieścinie północno-zachodniej Irlandii. Ona izoluje się od kolegów, on ma sporą paczkę znajomych. Chociaż na korytarzach szkolnych nie zamieniają ze sobą nawet słowa, to po zajęciach zaczynają się spotykać i budować wspólną relację.

Pierwszy odcinek od razu uświadomił mi, że fabuła Normalnych ludzi nie będzie szła w stronę, której się spodziewałam. Romans nie zostanie ukazany jako słodkie, romantyczne pierwsze zauroczenie, a nastolatkowie nie będą infantylni. Wręcz przeciwnie z ekranu bije emocjonalne napięcie i melancholia, pięknie podkreślana od początku przez scenerię chłodnych krajobrazów Irlandii. Spora zasługa sukcesu serialu tkwi w sprawnym montażu, dobrze dobranej muzyce, pięknych ujęciach i świetnie wykonanej pracy aktorskiej. Brawa należą się duetowi reżyserskiemu, bo Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald stworzyli serial, który w swojej prostocie i momentach ciszy potrafi wywołać lawinę emocji (związek tej pary najmocniejszy wydaje się nie podczas licznych scen łóżkowych, ale kiedy patrzą na siebie przez ekran laptopa). Zresztą budowanie odpowiedniego klimatu, to mocna strona reżysera, Lenny'ego Abrahamsona. Pokazał już na co go stać we wcześniejszych filmach: Frank i Pokój. Normalnymi ludźmi potwierdza, że jest twórcą, którego karierę warto śledzić. Serialowa historia może jest miejscami nierówna, czasami wciąga bardziej, a czasami mniej, ale potrafi widza zahipnotyzować i zaangażować emocjonalnie. Normalni ludzie sprawili, że czułam się jak nastolatka przeżywająca wszystkie wzloty i upadki burzliwej relacji. Chemia między Marianne a Connelem jest niezaprzeczalna i elektryzująca, a aktorzy poradzili sobie z niełatwym materiałem rewelacyjnie. Oprócz historii miłosnej, która gra tutaj pierwsze skrzypce, pojawia się wątek nierówności społecznych. Marienne pochodzi z bogatej rodziny, nie musi martwić się gdzie zamieszka na studiach i czym zapłaci za czynsz, Connel natomiast ciągle myśli, jak pogodzić studia z kilkoma pracami dorywczymi. W tej relacji jednak nie ma podziału na stronę beztroską i tą obarczoną problemami, oboje walczą ze swoimi demonami, a sprawnie poprowadzone wątki poboczne dają nam w pełni zarysowane sylwetki psychologiczne. Normalni ludzie to serial zaskoczenie, który oglądałam z przejęciem i całą masą emocji, a dodatkowo zachęcił mnie do przeczytania książki, chociaż teraz boję się, że nie dorówna ekranizacji.

 

Gambit królowej (2020), reż. Scott Frank -> Netflix

liczba odcinków: 7

O tym serialu powiedziano już zapewne wszystko. Zaraz po pojawieniu się na platformie Netfliksa wszyscy go oglądali, wszyscy o nim pisali i wszyscy go polecali. Ja na szczęście rzuciłam się na niego zaraz po premierze, zanim jeszcze zrobił się wokół niego taki szum i mogłam podejść do niego z niczym niezmąconym nastawieniem. Czy jest w takim razie wart tych wszystkich zachwytów?

Młodziutka Beth Harmon (Anya Taylor-Joy) trafia do sierocińca, w którym dzieciom podaje się leki na uspokojenie, od których dziewczyna szybko się uzależnia. Tam też – podczas partyjek z pracującym w sierocińcu woźnym, który szybko odkrywa, że ma przed sobą prawdziwy talent – zaczyna się jej przygoda z szachami.

Jest taki jeden element, który sprawia, że ciężko nie dać się wciągnąć w świat serialu, jest nim Anya Taylor-Joy w głównej roli. Aktorka, którą na początku 2020 roku widziałam w filmie Emma, tutaj pokazuje zupełnie inną stronę, ale równie intensywnie przykuwa uwagę widza. To naprawdę świetny casting, a Anya z lekkością pokazuje wszystkie strony charakteru Beth i trudno odwrócić wzrok od jej przenikliwego spojrzenia. Sposób, w jaki patrzy na szachy sprawia, że i widz zaczyna fascynować się tą grą. Będąc już przy tym temacie, nie mogę pominąć faktu, że ważne miejsce w obsadzie zajmuje także Marcin Dorociński, grający tutaj rosyjskiego arcymistrza szachowego i wypada w tej roli bardzo dobrze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę skontrastowaną energię obu postaci. Serial jest świetnie napisany, każdy odcinek jest wciągający, niezależnie od tego, którego etapu życia Beth dotyczy. Do tego zdjęcia, muzyka, scenografia i charakteryzacja świetnie spełniają swoją rolę, sprawnie przenosząc nas w przeszłość. Chyba większość widzów oglądając rozgrywki w Gambicie królowej, była też w głębokim szoku, że turniej szachowy można pokazać w tak emocjonujący sposób. Dopracowany montaż i sprawne pokierowanie emocjami widza sprawiają, ze ciężko nie kibicować Beth w drodze na szczyt. Ciekawym pomysłem było też połączenie geniuszu dziewczyny z nałogiem i jej skomplikowanymi relacjami z „nową” mamą czy znajomymi przygotowującymi ją do kolejnych turniejów. Obserwujemy problemy Beth z nawiązywaniem i utrzymywaniem relacji z ludźmi, wynikające z wydarzeń w dzieciństwie, a jednak jej pasja do gry w szachy sprawia, że patrzymy na nią jak na osobę silną i pewną swych umiejętności. Z wszystkich opisanych tutaj seriali to Gambit królowej mogę polecić każdemu, bo jest po prostu porządnie zrealizowany. Co nie znaczy, że jest najbliższy mojemu sercu. 


Bridgertonowie (2020) -> Netflix

liczba odcinków: 8

Pierwszy raz ten serial wzbudził moje zainteresowanie, kiedy o książkach Julii Quinn wspomniała mi autorka bloga Kochajmy książki. Rozrywkowy romans z akcją rozgrywającą się na początku XIX wieku  brzmi jak coś, co mogłoby mi się spodobać, ale stwierdziłam, że wstrzymam się z czytaniem książki i poczekam na serial. Nie znałam wcześniej żadnej recenzji ani nawet opisu fabuły, podeszłam do tego tytułu bez sprecyzowanego nastawienia i spędziłam milutkie kilka godzin w jego towarzystwie.

W Londynie zaczyna się kolejny sezon towarzyski, na którym debiutuje m.in. piękna Daphne Bridgerton (Phoebe Dynevor), a w międzyczasie do miasta wraca niechętny małżeństwu książę Simon Basset (Regé-Jean Page). Wszelkie intrygi, romanse i skandale dworskie opisuje tajemnicza Lady Whistledown w swojej rozchwytywanej broszurze.

Po oglądnięciu ostatniego odcinka zerknęłam na Filmweb i byłam mocno zaskoczona bardzo słabą oceną jak na typowy guilty pleasure w okolicach premiery. Szybko zerknęłam na komentarze i sprawa się wyjaśniła  pełno tam oskarżeń o brak ścisłości historycznej, bo „jak może Afroamerykanin grać angielskiego księcia?”. Chyba się ludzie zapędzili, bo Bridgertonowie nawet nie starają się pozorować na serial historyczny. Cała otoczka kostiumowa i scenograficzna tworzy piękne tło, ale absolutnie twórcy nie silą się na zgodność z historią. Otóż Bridgertonowie to typowy serial rozrywkowy. W pierwszym sezonie wszystko kręci się wokół historii miłosnej młodej panny na wydaniu, Daphne i wycofanego księcia, Simona. To naprawdę romans pełną gębą, z pomysłami udawania związku, przyjaźni przekuwanej w miłość, pożądaniem i wydumanymi bolączkami. Chemia między bohaterami sprawia, że ogląda się to bardzo przyjemnie. Do tego ważnym wątkiem jest oczywiście tożsamość Lady Whistedown, takiej ówczesnej wersji Plotkary, która wydaje swoją broszurkę z najbardziej pikantnymi nowinami ze świata wyższych sfer. Mając to wszystko na uwadze  nie jest to bardzo dobry serial, ale ogląda się go nader przyjemnie. Szczególnie, jeżeli jest się fanem pięknych kostiumów, wzniosłych uczuć i banalnych historii. To także plejada świeżych aktorów, na których miło się patrzy, a w tle słychać co jakiś czas głos kultowej Julie Andrews. Nie nastawiając się na nic wielkiego, można zostać miło zaskoczonym.

Gwoli ścisłości: wiem, że to nie miniserial, ale akurat niedawno go widziałam, na razie ma tylko 8 odcinków, więc stwierdziłam, że go tutaj wcisnę.


Mogę cię zniszczyć (2020), reż. Sam Miller, Michaela Coel -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Właściwie nie jestem pewna, gdzie pierwszy raz usłyszałam o tym serialu. Wiem, że kiedy w końcu wpadł mi w oko podczas przeglądania oferty na HBO GO, miałam w głowie informację, że warto się z nim zapoznać. Po obejrzeniu pierwszego odcinka wiedziałam już, że to coś zdecydowanie świeżego wśród oferty serialowej.

Arabella (Michaela Coel) zyskała sławę wydając książkę, składającą się z jej postów z Twittera. Teraz jest w trakcie pisania kolejnej powieści, na którą podpisała kontrakt z wydawnictwem. Pewnej nocy postanawia zostawić pracę nad książką i wybrać się na imprezę, gdzie staje się ofiarą napaści seksualnej.

Serial został napisany i wyreżyserowany przez odtwórczynię głównej roli  Michaelę Coel. Nie jestem w stanie pojąć jak w jednej osobie może pomieścić się taki talent, to dość rzadko spotykane, żeby człowiek sprawdzał się w tylu rolach równocześnie. Na pewno dzięki objęciu najważniejszych funkcji przy tworzeniu serialu Michaela mogła być pewna jednej rzeczy  Mogę cię zniszczyć jest mocno autorskim tytułem, zgodnym z tym, co sobie artystka założyła. To zdecydowanie najbardziej zaskakujący serial, jaki ostatnio widziałam. Człowiek myśli, że wie, dokąd zmierza akcja, widzi przynajmniej kilka ścieżek, a później przychodzi Michaela Coel i wszystkie domysły biorą w łeb. Oryginalne podejście do budowania fabuły, do rozwoju bohaterów sprawia, że niczego nie możemy być pewni, a zaskoczenie czeka na każdym kroku. Dodatkowo, oglądanie tego serialu wprowadza widza w poczucie dyskomfortu, zachowania bohaterów momentami uwierają, ale jednocześnie wierzymy w ich autentyczność. Temat rape culture został przedstawiony z intrygującej strony, serial otwiera oczy na wiele zachowań, które niektórzy mogą uważać za normalne. Postać oprawcy nie jest stereotypowo zła, będziemy mieli do czynienia z gwałcicielem próbującym się oczyszczać, bo „nie wiedział, że źle robi” i pozującym na tego skrzywdzonego. Każdy odcinek pokazuje nam trochę inny kontekst zagadnienia, pojawia się bardzo ciekawe spojrzenie na media społecznościowe, współczesne przyjaźnie i to, co ludzie ukrywają nawet przed samym sobą. Czasami łatwiej wierzyć, że dane wydarzenie nie było napaścią seksualną, bo wtedy nie czujemy się jako ofiara  to kolejny eksploatowany wątek w Mogę cię zniszczyć. Dla mnie pozostanie to bardzo oryginalne spojrzenie na temat zgody na seks, rape culture i radzenia sobie z traumą. I od teraz na pewno będę śledzić dalszą karierę Coel.


Tacy właśnie jesteśmy (2020), reż. Luca Guadagnino -> HBO GO

liczba odcinków: 8

Luca Guadagnino to reżyser głośnego hitu Tamte dni, tamte noce z młodym Timothéem Chalametem w roli głównej. Film ten podzielił widzów, ale ja należę zdecydowanie do jego zwolenników. Do tego serialu zachęciło mnie już samo nazwisko reżysera i zupełnie nie wiedziałam w co się pakuję włączając pierwszy odcinek.

Fraser (Jack Dylan Grazer) przenosi się do bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych we Włoszech, gdzie jego mama obejmuje wysokie stanowisko. Chłopak zaprzyjaźnia się z sąsiadką, Caitlyn Harper (Jordan Kristine Seamón).

Pierwszy obejrzany w tym roku serial, ale gdyby załapał się do puli 2020 to musiałabym go jakoś wcisnąć do rankingu najlepszych seriali zeszłego roku. Tacy właśnie jesteśmy składa się z ośmiu dość długich odcinków, których akcja rozpoczyna się w momencie przyjazdu Frasera do bazy wojskowej. Chłopak jest typem outsidera, który ma swoje spojrzenie na świat i nie chce się podporządkować panującym zasadom. Jego ekscentryzm szybko przyciąga uwagę Caitlyn  dziewczyny, która do tej pory była zapatrzona w swojego ojca-żołnierza i podążała wytyczoną przez niego ścieżką. Pięknie się ogląda jak te dwie postacie się w serialu poznają, łączą, przenikają, uczą nawzajem, a ich relacja jest żywa i nieoczywista. Luca ma niesamowitą zdolność do eksploracji młodości, pokazuje ją z całą bezczelnością i bez owijania w bawełnę. Imprezy są odpowiednio mocne, zachowanie nastolatków kontrowersyjne. Dzieciaki poszukują własnej tożsamości, zakochują się, zaprzyjaźniają, a wszystko to jest piękne, nawet jeżeli miejscami brutalne i bardzo niegrzeczne. Reżyser wspominał, że Tacy właśnie jesteśmy to tak naprawdę bardzo długi film, pokrojony na części. Widać, że dzięki temu Luca mógł w tej historii pozwolić sobie na dłużyzny, przeciągnięte chwile ciszy, które ogląda się z niegasnącą uwagą, bądź na to, że pierwszy odcinek jest odtworzony ponownie w drugim, tylko z innego punktu widzenia, co okazało się świetnym zabiegiem. Ścieżka dźwiękowa podczas oglądania wydawała się dobra, ale myślałam, że nie powtórzy się moje uwielbienie, które odczuwałam do piosenek z Tamtych dni, tamtych nocy. A jednak! Znowu siedzę i męczę soundtrack z piosenką Time will tell na ciągłym odtwarzaniu. Przy okazji warto wspomnieć, że sporo jest tutaj podobieństw ze wspomnianym filmem, ale mam wrażenie, że Tacy właśnie jesteśmy jest jednak o oczko bardziej odważne od Tamtych dni, tamtych nocy. Bohaterowie są też mocniej zarysowani. Może to kwestia tego, że w serialu jest jednak więcej czasu na eksplorację charakterów. Fraser jako główna postać to na pewno ciekawy wybór, potrafi widza mocno zirytować, ale z czasem coraz bardziej fascynuje, a wszystkie te cechy, które uważamy za negatywne sprawiają, że w całej tej ekscentryczności wierzymy w jego autentyczność. Zresztą wszyscy bohaterowie są tutaj warci docenienia, bo każdy z nich jest na swój sposób intrygujący i wnosi coś świeżego i ciekawego do serialu. Luca zdecydowanie oddaje sprawiedliwość swoim postaciom, będąc przy tym empatycznym obserwatorem i to sprawia, że serial jest taki rewelacyjny.



Z krótkich seriali oglądałam w zeszłym roku również Ratched, ale raczej wyrzuciłam go z pamięci. Oprócz pięknych kadrów i świetnych aktorek w głównych rolach niewiele jest tam ciekawej treści. Dla mnie to kolejny raz, kiedy Ryan Murphy przestrzelił, bo pomysł był intrygujący, a wykonanie pozostawia sporo do życzenia. 

A Wy jakie miniseriale polecacie?

wtorek, 12 stycznia 2021

„Dziewczyny znikąd” Amy Reed – solidarnie z dziewczynami

„Dziewczyny znikąd
Amy Reed

Gatunek: literatura młodzieżowa
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 456
Wydawnictwo: Poradnia K

To się nazywa „manosfera”. Tak zwani artyści podrywu, którzy wymieniają się poradami dotyczącymi manipulowania kobietami. Nazywają to „ruchem praw mężczyzn”, ale generalnie zwyczajnie nienawidzą kobiet.

Opis wydawcy
Kiedy Grace dowiaduje się, że mieszkająca wcześniej w jej nowym domu Lucy Moynihan została wykluczona ze społeczności i uciekła z miasteczka, bo miała oskarżyć grupę popularnych miejscowych chłopaków o gwałt, postanawia zawalczyć o sprawiedliwość. Wraz z przyjaciółkami zakłada anonimowe zrzeszenie dziewcząt w Prescott High, które ma się przeciwstawić seksizmowi i kulturze gwałtu wszechobecnej w lokalnej szkole, m.in. poprzez aktywny bojkot wszelkich kontaktów intymnych z mężczyznami. Wkrótce idea przeradza się w ogromny ruch feministyczny, który ma realną moc zmieniania rzeczywistości.


Moja recenzja

W grudniu zeszłego roku poprosiłam partnera o wybranie dla mnie kolejnej lektury. Bez chwili zastanowienia wskazał właśnie tę nowość w domowej biblioteczce – skierowaną do młodzieży książkę autorstwa Amy Reed Dziewczyny znikąd. Chociaż w okresie świątecznym nie miałam zbyt dużo czasu na czytanie, to zaraz po powrocie z rodzinnych spotkań wręcz połknęłam tę książkę właściwie za jednym podejściem. Patrząc wstecz to była zdecydowanie idealna lektura na zwieńczenie 2020 roku.

Historia zaczyna się od przedstawienia sylwetek trzech głównych postaci – uczennic lokalnego liceum. Każda z nich boryka się ze swoimi problemami, które do banalnych nie należą. Na swoje bohaterki Amy Reed wybrała nad wiek dojrzałe i w różny sposób doświadczone przez życie dziewczyny, szybko sprawiając, że wierzymy w ich autentyczność. Klucz do sukcesu tkwi również w krótkich opisach ich codzienności, które pomagają nam poznać ich charaktery i sprawiają, że trzymamy kciuki za ich sukces. Pierwszą poznajemy Grace, która dopiero sprowadziła się do miasteczka, jest cichą i łagodną osobą, której brakuje uwagi ze strony rodziców, zajętych przeprowadzaniem zmian w religijnej społeczności. Kolejną bohaterką jest Rosina, Latynoska pozująca na ostrą babkę, która ma niewyparzony język i umie walczyć o swoje, kiedy pojawi się taka potrzeba. Boryka się z ciężką sytuacją w domu i poświęca dużo czasu dla dobra rodziny, pracując razem z matką w meksykańskim barze. Ostatnia jest Erin, dziewczyna z zespołem Aspergera, ogromna fanka Star Treka, zaintrygowana wszystkim, co związane z biologią i oceanem. Ta dość osobliwa i tak bardzo różniąca się od siebie trójka szybko znajduje wspólny język i cel.

Dziewczyny znikąd to książka młodzieżowa, zatem spodziewałam się lekkiego stylu, nastoletnich problemów i dość szybkiej lektury. Jednak czekało mnie tutaj sporo zaskoczeń. Styl autorki faktycznie należy do lekkich, ale sama treść sprawiała, że brnie się przez tę historię ze sporym ciężarem emocjonalnym. Nastoletnie miłostki pojawiają się tu raczej w tle i daleko im było do jakichś utartych schematów. Książkę czyta się szybko, ale przede wszystkim dlatego, że czytelnik bardzo chce się dowiedzieć, czy głównym bohaterkom uda się osiągnąć swój cel, w ich walce o sprawiedliwość. Autorka Dziewczyn znikąd wzięła to, czego po literaturze młodzieżowej oczekujemy i wyniosła to na wyższy poziom.

źródło

Przyszedł czas, żeby przejść do głównego tematu, który jest najmocniejszą stroną książki i dzięki któremu trafiła ona na moją listę najlepszych lektur zeszłego roku. Centralnym punktem powieści jest założenie klubu, którego członkowie nie zgadzają się na obojętność wobec zeszłorocznej tragedii – jaką był gwałt na uczennicy liceum – w którą nie uwierzyli ani koledzy ze szkoły, ani policja. Zaczyna się od niewinnego spotkania w małym gronie, na które zostają zaproszone dziewczyny z liceum. Rozmawiają o tym, jak są traktowane przez innych, co je boli, jakie zachowania w związkach im przeszkadzają, dowiadują się o doświadczeniach koleżanek i zestawiają je ze swoimi przeżyciami. Powoli nieformalna grupa zaczyna przyjmować większe rozmiary, wybuchają strajki, a więzy solidarności pomiędzy młodymi kobietami zacieśniają się. Czytelnik zostaje pod ogromnym wrażeniem siły i zaangażowania tej grupy – okazuje się, że czasami ktoś musi zrobić pierwszy krok, żeby inni mogli się do niego przyłączyć. Siłę do walki daje poparcie osób, które myślą podobnie, które również nie godzą się na niesprawiedliwość i ucisk

Dla młodych kobiet ta książka to świetna propozycja, która może uświadomić w wielu ważnych sprawach, może być przestrogą i otworzyć oczy na zachowania, które obserwujemy wokół nas, które akceptujemy, bo się do nich przyzwyczailiśmy. Autorka ma wiele ciekawych spostrzeżeń na temat rape culture, do tego przedstawia przykłady dyskryminacji ze względu na płeć, licznych kwestii związanych z patriarchatem, opisuje temat seksu wśród nastolatków i problemów osób LGBT. Wszystko w bardzo przystępny i wciągający sposób.

Często zdarza mi się płakać podczas oglądania filmów. Twórcom kina wystarczy użyć naprawdę niewielu środków, żeby mnie wzruszyć. Za to lektury rzadko wywołują u mnie na tyle silne emocje. W Dziewczynach znikąd autorce to się udało. Bardzo możliwe, że temat był mi po prostu bliski – kobieca solidarność i walka o prawa kobiet okazały się na tyle poruszające, że nie byłam w stanie podejść do tej książki bez emocji. Szczególnie, że miałam jeszcze w pamięci wydarzenia sprzed dwóch miesięcy. Po lekturze Dziewczyn znikąd – tej niepozornej, feministycznej powieści młodzieżowej – pozostaje się przede wszystkim z uczuciem nadziei na sprawiedliwość dla ofiar przemocy. Wprawdzie nie dostajemy tu typowego, pozytywnego zakończenia, ale jest ono realistyczne i zawiera proste przesłanie – najważniejsze, żeby trzymać się razem i nie odpuszczać.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka