piątek, 30 września 2016

Wrześniowy magiel filmowy (trochę i sierpniowy)

Tak, może nie zauważyliście, ale w sierpniu nie ukazał się na blogu comiesięczny magiel filmowy. Przyczyna była prozaiczna - przepadłam w serialach i nauce do obrony, nie miałam czasu na filmy. Dlatego po połączeniu dwóch miesięcy mogę w końcu sklecić posta z krótkimi opiniami. Zaczynamy!

Papierowe miasta (2015)
Książkę czytałam lata temu i pamiętam, że to była pozycja spośród napisanych przez Johna Greena, która najmniej przypadła mi do gustu. Film niestety, jest moim zdaniem jeszcze gorszy.
Quentin (Nat Wolff) to młody chłopak, który właśnie kończy ostatnią klasę liceum. Podczas jednej nocy, niespodziewanie w jego oknie pojawia się Margo (Cara Delevingne), przyjaciółka z dzieciństwa i obiekt westchnień chłopaka.
Podchodząc do oglądania byłam pełna oczekiwań. Ekranizacja Gwiazd naszych wina wyszła naprawdę zacnie, więc tylko czekałam, żeby Papierowe miasta poszły jej śladem. Tak się jednak nie stało. Brakowało pomysłu na poprowadzenie tematu, reżyser trzymał się kurczowo oryginału, co poskutkowało poprawną, ale także mdłą historią o nastolatkach. Najbardziej w całości drażni postać Margo, za co nie boję się obwinić Cary Delevingne. Uważam ją za wspaniałą, ekscentryczną modelkę, jednak aktorka z niej żadna. Za każdym razem kiedy pojawiała się na ekranie przychodził z nią powiew sztuczności. Przez to sama pogoń Q i jego przyjaciół za Margo wydawała się bardziej groteskowa niż prawdziwa. Zawiodłam się.

Moja ocena: 4/10

Legion samobójców (2016)
Z tym filmem wiązałam spore nadzieje. Ogólnie lubię obrazy o superbohaterach, a w tym widziałam duży potencjał. Zgraja bad guys'ów, jako główni bohaterowie - co mogło pójść nie tak?
Grupa złoczyńców zostaje zwerbowana przez rząd. Żeby odkupić swoje liczne przewinienia mają stawić czoła niebezpieczeństwu zagrażającemu miastu.
Niestety od pierwszych minut filmu okazało się, że coś tam nie gra. Jedna z początkowych scen to ta, w której poznajemy bohaterów, a przeprowadzone to jest najbardziej banalnie jak mogło - pani Waller wyciąga teczkę każdego z nich i przedstawia ich historie. Banał. Na dodatek od razu widać o kim jest ten film. Niekoniecznie o GRUPIE, a bardziej o Deadshocie, Harley i ich kompanach. To te dwie postacie dostają najwięcej czasu ekranowego i tylko do nich możemy zapałać jakimś uczuciem. Will Smith wypadł w porządku, jednak został przyćmiony, tak jak cała reszta, przez cudowną Harley zagraną przez Margot Robbie! Nie spodziewałam się, że ta ślicznotka ma w sobie takie pokłady talentu. I tak naprawdę to ona ciągnęła cały film. No i przyjemna ścieżka dźwiękowa. Montażysta chyba był nietrzeźwy podczas pracy, a zagrania reżyserskie bardzo słabe (spowolnienie podczas ostatnich scen walki bolały). Dodam tylko: błagam Cara zrezygnuj z aktorstwa ;(

Moja ocena: 5/10

We Are Your Friends (2015)
Filmu nie miałam specjalnie w planach. Akurat pojawił się wśród nowości na Canal +, a ja potrzebowałam czegoś lekkiego dla rozluźnienia. Padło na niego.
Początkujący DJ (Zac Efron) marzy o zdobyciu sławy w świecie muzyki elektronicznej. W wyrwaniu się z przedmieść pomaga mu trójka przyjaciół.
Powiem szczerze, że od pierwszych minut film mnie zaskoczył. Widać było, że był tam plan, który reżyser stopniowo wypełniał. Niektóre ujęcia przypominały teledyski, idealnie utrzymany klimat muzyki elektronicznej, świetny montaż (i ta scena, w której bohaterowie zaczynają przypominać postacie z kreskówek!). Sprawia to, że fani tego gatunku muzycznego mogą być naprawdę zadowoleni z seansu. Mnie trochę tam zabrakło - przede wszystkim postacie poboczne po jakimś czasie zaczęły się rozmywać, brakowało zbudowania jakiegoś napięcia przed wielką bombą, no i Ratajkowski. Już chyba wiecie co myślę o modelkach parających się aktorstwem. Przyznam, że wypadła lepiej niż Cara w dwóch powyższych filmach, ale ja wciąż nie mogłam jej znieść. Ale dobrze wyglądała w teledyskowych sekwencjach, jak na modelkę przystało :P

Moja ocena: 6/10

Nieracjonalny mężczyzna (2015)
To, że Woody Allen zaczyna się wypalać wiemy nie od dziś. Przyznam, ze seans Śmietanki towarzyskiej wciąż przede mną, ale słyszałam bardzo różne opinie. Dziś jednak o wcześniejszym jego filmie.
Abe (Joaquin Phoenix) to profesor filozofii, walczący z nałogiem alkoholizmu. Właśnie zaczyna pracę na nowym uniwersytecie, gdzie poznaje intrygującą Jill (Emma Stone).
Jeżeli chodzi o charakter filmu to oczywiście wyczuwalny jest typowy dla Allena klimat. Mamy naturalnie mnóstwo dialogów, zaczynają się pojawiać uczucia między postaciami, są rozmowy na temat filozofii, moralności, zdrady, związków. Było kilka ciekawych momentów, ale ogólnie film mi się dłużył, do pewnego momentu. Kto oglądał ten wie, że nagle pojawia się dość osobliwy twist w historii i to on ratuje całą sytuację. Od tego zdarzenia oglądałam już z ciekawością, aż po pełne napięcia zakończenie. Emma Stone tym razem dała sobie radę (nie to co w Magii w blasku księżyca), a Phoenix genialny jak zawsze (chociaż brzuszek to mu zdecydowanie nie pasuje :P ). To wciąż nie jest film, który bym wszystkim poleciła, ale jak ktoś lubi Allena to warto, chociażby dla tego twistu w historii.

Moja ocena: 6/10

Fatalne zauroczenie (1987)
Czasami trafiam na filmy, które od lat wiszą na mojej liście „do obejrzenia”, a ja już nie pamiętam dlaczego w ogóle się tam znalazły. Jednak sukcesywnie, dzięki transmisjom telewizyjnym staram się je nadrabiać.
Dan (Michael Douglas) ma kochającą żonę i dziecko oraz satysfakcjonującą pracę. Na imprezie firmowej poznaje Alex (Glenn Close), która zaczyna go intrygować. Nawiązuje się między nimi romans.
Przyznam, że ostatnio oglądam bardzo dużo nowszych pozycji, więc naprawdę miło było wrócić do lat osiemdziesiątych. Na początku myślałam, że to film o miłości i zdradzie, który bardziej przywodzi na myśl lekką historię o trójce dorosłych i ich decyzjach. Okazało się, że możemy tutaj zobaczyć o wiele więcej. Bardzo ciekawie nakreślony charakter głównych bohaterów. Ogólnie całość ukazuje postać Alex jako czarny charakter, ale ja do końca byłam przeciwko męskiej postaci. Zastanawiało mnie jak mężczyzna, który ma tak ułożone życie mógłby myśleć o zdradzie. Film bardzo wciągający, rozwija się w ciekawą stronę. I nie można zapomnieć o cudownej obsadzie, na czele z Glenn Close, która idealnie zagrała chorą kobietę. Sama się jej momentalnie bałam.

Moja ocena: 7/10

Zodiak (2007)
 Jeden z najbardziej znanych filmów Davida Finchera, który na mojej liście jest od dawna i który bardzo dużo osób mi polecało. Nareszcie udało mi się nadrobić zaległości.
W San Francisco zaczyna grasować morderca, który po dokonaniu zbrodni zgłasza ją anonimowo na policję i pisze listy do gazet. Śledztwo prowadzi inspektor Toschi (Mark Ruffalo). Jednocześnie zagadkę starają się rozwikłać pracownicy gazety - Paul Avery (Robert Downey Jr) i Robert Graysmith (Jake Gyllenhaal).
Już patrząc na samą obsadę i osobę odpowiedzialną za reżyserię możemy spodziewać się dobrego thrillera/kryminału. I taki właśnie był. Fincher ma dar do tego typu kina, bardzo dobrze pokazuje sceny morderstw, w nich naprawdę czuć to napięcie między postaciami. Tak naprawdę przez połowę filmu byłam pod dużym wrażeniem. Niestety, finalnie obraz był dla mnie trochę za długi (2h 38 min), co skutkowało momentami bardziej nużącymi. Na pewno ciekawe jest to, że historia oparta jest na faktach, co tym bardziej nadaje całości atmosfery grozy. Na dodatek aktorsko nie ma tutaj na co narzekać, każda rola zagrana jest bardzo rzetelnie. Osobiście najbardziej podobał mi się Mark Ruffalo, ale mogę mieć do niego po prostu słabość.

Moja ocena: 7/10


Doktor Żywago (1965)
Kilka lat temu widziałam jak ten film ogląda moja mama i już wtedy przyciągnął moją uwagę. Lubię takie stare produkcje, rozgrywające się na przestrzeni lat, toteż w końcu udało mi się go obejrzeć.
Jurij Żywago (Omar Sharif) jest świeżo upieczonym lekarzem, który ma piękną narzeczoną i ustawione życie. Kiedy w Rosji rozpoczyna się rewolucja zostaje wysłany na front jako lekarz. Tam poznaje piękną Larę Antipową (Julie Christie).
Bardzo ciekawa jest historia pierwowzoru tego filmu. Powstał on na podstawie książki Borisa Pasternaka, który za swoje dzieło otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. Jednak władze państwa zabroniły mu przyjmowania tego odznaczenia. Powód jest dość prosty - autor opisał autentyczną sytuację w Rosji. Okazuje się, że patrząc na komunizm z boku, przez pryzmat filmu, wcale nie wydaje się on tak dobrym wyborem. Ten film ma wszystko co lubię w starszych produkcjach. Jest tutaj nieszczęśliwa miłość, barwne postaci, które nie zawsze postępują w dobry sposób, no i zarys historyczny. Dodając piękne zdjęcia wschodniego kraju i muzykę otrzymujemy przyjemnie spędzone ponad trzy godziny seansu. Jeżeli ktoś w takich klimatach dobrze się czuje to polecam!

Moja ocena: 8/10

Godzina wilka (1968)

Nie wiem czy ktoś z Was kiedykolwiek oglądał wywiady ze znanymi polskimi aktorami/reżyserami na temat ich gustów filmowych. Jeżeli tak, to na pewno słyszeliście o Ingmarze Bergmanie.
Johan Borg (Max von Sydow) mieszka w małym domku na uboczu ze swoją partnerką Almą (Liv Ullmann). Mężczyzna jest malarzem, którego dręczą przerażające wizje.
Pamiętam jak kilka lat wstecz zastanawiałam się co może takiego być w Bergmanie, że wszyscy tak go cenią. Powoli zaczynam to rozumieć, choć wiele jeszcze przede mną (Godzina wilka to drugi jego film, jaki widziałam). Bergman to dla mnie reżyser, który przenosi magię teatru na ekran telewizora. Film Godzina wilka jest bardzo kameralny, skupia się na postaciach dwójki partnerów. Każde wypowiedziane przez ich słowo, każde ujęcie przepełnione są symboliką, która czasami mnie przerastała. Bergman zmusza widza do pełnego skupienia się na filmie i każdym szczególe, który wnosi nową interpretację całości. Na dodatek buduje pełen napięcia klimat, wizje malarza stają się coraz bardziej przerażające, a wszystko prowadzi do intrygującego finału. Moim zdaniem warto nadrabiać klasyki kina, a filmy Bergmana powinny być na liście do obejrzenia każdego kinomana.

Moja ocena: 8/10


Oprócz tego obejrzałam:
  • Więzień labiryntu: Próby ognia (2015) - już wiem, że dobrze postąpiłam nie kontynuując przygody z książkami Dashnera. Dla mnie druga część jest o wiele słabsza od jedynki, fabuła rozwinęła się w dość banalnym kierunku, a całość mnie nudziła. Jedyny plus to przystojny Dylan. (4/10)
  • Triszna. Pragnienie miłości (2011) - pozycja, którą warto obejrzeć jeżeli interesujecie się Indiami. Ładne zdjęcia i muzyka, do tego dobrze zagrana postać przez Freidę i poruszenie istotnego tematu. Niestety chwilami przynudza, ale końcówka wynagradza. (6/10)
  • Ta nasza młodość (2014) - lubię Baumbacha, ale ten film wydaje się być jego najgorszym, z tych które widziałam. Obecność znanej obsady nie podciągnęła ogólnego wrażenia - trochę wiało nudą. (6/10)
  • Mistress America (2015) - ten film bardziej mi się spodobał, pewnie dlatego, że z Baumbachem współpracowała Greta Gerwig, która idealnie sprawdza się w jego produkcjach. Przyjemny film o dorosłej kobiecie, która nie potrafi znaleźć swojego miejsca w świecie. Warto (7/10)
  • Zimowy sen (2014) - tylko dla zagorzałych kinomanów, bo trwa ponad trzy godziny, a akcji w nim niewiele. Przyznam, że miałam momenty kiedy mózg mi się wyłączał i gubiłam się w tematach poruszanych przez bohaterów, ale ogólne wrażenie dobre. Bohaterowie wysuwają ciekawe argumenty na tematy dotyczące każdego z nas. (7/10)
  • Zabójstwo (1956) - obejrzałam ze względu na moje wyzwanie filmowe, jako odpowiedź do "film noir". Wczesny Kubrick mnie zaskoczył, ponieważ film był taki... normalny? Ciekawa zagadka, role dobrze zagrane, a całość wciąga. (7/10)
  • Afonia i pszczoły (2009) - ja po prostu mam słabość do Jana Jakuba Kolskiego. Przyznaję, że jego najlepsze filmy to te starsze (Jańcio Wodnik!), ale zawsze dobrze mi się ogląda jego produkcje. Intrygujące, poruszające ważkie problemy, ale zarazem takie przyjemne w odbiorze. (8/10)
Widzieliście któryś z tych filmów? Może macie jakieś tytuły, które mi polecicie? :)

wtorek, 27 września 2016

Konkurs - do wygrania „Nigdziebądź” Neila Gaimana

Ostatnio pojawiło się sporo sytuacji, które sprawiły że poczułam się dumna. Po pierwsze ta strona, którą prowadzę już jakieś dwa lata i wciąż nie brakuje mi zapału. Jestem zadowolona z ilości wyświetleń i liczby osób mnie obserwujących. Kolejna sprawa to Instagram, który dobił do powyżej 500 obserwatorów! Na dodatek ostatnio zostałam świeżo upieczonym magistrem. A jaki może być lepszy sposób na świętowanie niż zorganizowanie konkursu?

Chciałabym powiedzieć, że długo myślałam nad książką konkursową, ale byłaby to nieprawda. Jak zobaczyłam nowe wydanie Nigdziebądź Neila Gaimana to wiedziałam, że idealnie się nada. Co prawda, nie jest to najlepsza książka tego autora, ale podejrzewam, że sam fakt posiadania tak pięknie wydanej powieści może Was skusić. Zresztą Gaimana znać trzeba, to jeden z moich ulubionych autorów, dlatego będę szerzyć miłość do niego. Nie przedłużając!

baner konkursowy

Co trzeba zrobić, aby wygrać egzemplarz książki "Nigdziebądź"? :
1) Zgłosić chęć udziału w konkursie
2) Podać swój adres e-mail
3) Udostępnić baner konkursowy albo informację o konkursie na swoim Facebooku lub blogu
*4) Być publicznym obserwatorem mojego bloga (nieobowiązkowe ale daje + 1 dodatkowy los)
*5) Polubić stronę bloga na Facebooku [KLIK] - (nieobowiązkowe ale daje + 1 dodatkowy los)

I odpowiedzieć na pytanie:
Jaką książkę byś mi polecił/poleciła? 

Pytanie bardziej z ciekawości, możecie napisać tylko tytuł, możecie wytłumaczyć dlaczego mi ją polecacie. Po prostu uzupełniam listę „do przeczytania” na LubimyCzytać ;)

Przykładowe zgłoszenie może wyglądać tak:
Zgłaszam się!
Adres e-mail:
Baner: 
Polecam Ci: 
*Obserwuję bloga jako:
*Lubię na FB jako:

Zgłoszenia od 27.09.16 r. do 18.10.16 r.
Regulamin:
1. Organizatorką konkursu oraz fundatorką nagrody jestem ja, Mirya, autorka bloga magiel-kulturalny.blogspot.com. Książka jest nowa, zakupiona przeze mnie.
2. Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki "Nigdziebądź" Neila Gaimana.
3. Aby losowanie się odbyło musi się zgłosić min. 12 osób.
4. Konkurs trwa od 27.09.2016 r. do 18.10.2016 r. do godziny 23:59. Zgłoszenia po tym terminie nie będą brane pod uwagę.
5. Aby wziąć udział w konkursie należy: podać adres e-mail oraz udostępnić informację o konkursie. Dodatkowe 2 losy są przyznawane za polubienie Facebookowej strony bloga oraz bycie publicznym obserwatorem bloga.
6. Uczestnikiem może być każdy, kto posiada adres korespondencyjny na terenie Polski.
7. Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od daty zakończenia konkursu
8. Zwycięzca zostanie wyłoniony poprzez losowanie.
9. O wygranej poinformuję  zwycięzce drogą mailową. Na przesłanie zwrotnego e-maila z adresem zwycięzca ma 5 dni, w innym przypadku odbędzie się powtórne losowanie.
10. Koszty wysyłki pokrywa organizator.


 POWODZENIA :) 
Książka naprawdę cudowna, aż żałuję że jest w folii i nie zobaczę jak wygląda w środku. Widzę tylko że jest zakładka materiałowa w kolorze pomarańczy <3

poniedziałek, 26 września 2016

Jak to wszystko się zaczęło - „Jego ekscelencja na herbatce z Göringiem” Piotr Kitrasiewicz

Dziś kolejna recenzja, a jutro pojawi się notka konkursowa z cudowną książką! Zapraszam ;)

*Jego ekscelencja na herbatce z Göringiem*
Piotr Kitrasiewicz

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* historyczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 351
*Wydawnictwo:* MG
Wydało mi się, że mówi z sensem, a nawet, iż dzieli się ze mną wielką, genialną wizją. To był chyba szczyt mojego zaczadzenia jego ideologią i planami, a także osobowością.
*Krótko o fabule:*
1940 roku w polskiej Szkole Podchorążych Camp de Coëtquidan we Francji, obozie szkoleniowym dla wojsk RP walczących u boku francuskiego sojusznika. Zdziwieni ochotnicy dowiadują się, że wśród nich jest dyplomata o którym pisano w gazetach, jeden z najbliższych współpracowników ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. Pewnej niedzieli nawiązują z nim rozmowę. Lipski opowiada im o swoim życiu na placówce berlińskiej, kontaktach z Niemcami, odprężeniu w stosunkach między Rzeczpospolitą a Trzecią Rzeszą, a następnie nieoczekiwanym zwrocie politycznym, który w rezultacie doprowadził do wojny. 
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Obiecałam sobie, że w tym roku przeczytam książkę historyczną. Początkowo zamierzałam zamówić Królów Przeklętych albo chociażby powieść osadzoną w bardziej odległych czasach. Kiedy zobaczyłam Jego ekscelencję na herbatce z Göringiem w zapowiedziach, pomyślałam, że to tej książce dam szansę. 
Ostatnią lekcję historii mam już dawno za sobą, bo minęło od niej jakieś pięć lat. Nie mam pojęcia czy nic się nie zmieniło, ale za moich czasów duży nacisk w edukacji kładziono na okres II Wojny Światowej. Nawet jeżeli nie były to zazwyczaj przyjemne zajęcia, przepełnione okropnymi zdarzeniami z nie tak odległej historii, to zdecydowanie były intrygujące.
Piotr Kitrasiewicz jest dziennikarzem, poetą, autorem słuchowisk radiowych, studiował filologię oraz kulturoznawstwo. Na swoim koncie ma tomiki poezji, dramaty, jak również recenzje teatralne.
Pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl po przeczytaniu Jego ekscelencji na herbatce z Göringiem to: rzetelna. To na pewno była bardzo rzetelnie wykonana praca przez autora. W książce poznamy tło wydarzeń, które miały miejsce przed wybuchem II Wojny Światowej. Trochę obawiałam się, że bez dobrej znajomości historii będę mogła się pogubić wśród zbyt wielu faktów. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, autor przedstawia każde wydarzenie z precyzją, nie zostawia nam wiele w sferze domysłów. Dla mnie było to jak najbardziej na plus, chociaż podejrzewam, że osoby dobrze zaznajomione z historią mogą odczuwać znużenie czytaniem o znanych im faktach. 
Autor wprowadza nas w fabułę od sceny z 1940 roku, kiedy to dwójka uczniów polskiej Szkoły Podchorążych spotyka Józefa Lipskiego, byłego ambasadora Rzeczpospolitej w Berlinie. Podobał mi się ten zabieg otwierający całość - Lipski za sprawą prośby dwóch mężczyzn postanawia opowiedzieć swoją historię. I to nie jest byle jaka historia, ponieważ ambasador osobiście poznał i wielokrotnie rozmawiał z Göringiem, Goebbelsem, Ribbentropem, a nawet z samym Hitlerem.
źródło, Józef Lipski wita Adolfa Hitlera
Przyznam, że to było bardzo ciekawe czytać o postaciach, które znamy jako jedne z najbardziej negatywnych charakterów naszej historii, w sposób tak ludzki. Myśląc o nazwiskach takich jak Hitler czy Ribbentrop nie potrafiłabym sobie wyobrazić jak siedzą przy stole i piją herbatkę. W książce zobaczymy ich z tej strony, ale równocześnie będziemy świadkami gry jaką prowadzili z polskim ambasadorem. Za zasłoną uśmiechów, rozmów i zaproszeń na herbatkę kryje się smutny plan. Najgorsze jest to, że czytelnik wie do czego to wszystko prowadzi, ale zarazem rozumie Józefa Lipskiego, który wierzy w poprawę stosunków niemiecko-polskich.
Mnie, jako osobie interesującej się kulturą, najbardziej przypadły do gustu fragmenty, w których mowa była o kinematografii i jej ówczesnych gwiazdach. Bardzo podobał mi się wątek Poli Negri, która po pojawieniu się kina dźwiękowego nie mogła znaleźć pracy w Hollywood. Ciekawie również przedstawiono kręcenie propagandowych filmów, gdzie specjalnie Hitlera nagrywano od dołu, żeby wydał się wyższy, a publiczność pokazywano gdzieś w dole, przedstawiając tym samym potęgę kanclerza.
Całość fabuły straciła na rozpędzie gdzieś pod koniec historii. Cały czas wydawało mi się, że autor nakręca machinę, która prowadzi do tragicznego zakończenia, ale przed punktem kulminacyjnym emocje nagle opadły. Rozmowy prowadzone z Ribbentropem brzmiały wciąż tak samo i wydawało mi się, że kolejne pertraktacje nie wprowadzały niczego nowego. Rozumiem, że chodziło o zgodność z historią, ale czasami można było wspomnieć o czym dyskutowano zamiast przytaczać argumenty obu stron, które wciąż były takie same. Oprócz tego brakowało mi konsekwencji w wyborze prowadzenia narracji. Po prologu spodziewałam się bardziej personalnej historii Lipskiego, jednak podczas opowiadania pozostawał on dość neutralny i tylko czasami zdarzało się, że przytoczył swoje odczucia dotyczące jakiegoś wydarzenia.
Podsumowując, jestem bardzo zadowolona, że udało mi się przeczytać tę książkę. W ciekawy sposób uzupełniła moją wiedzę z okresu międzywojennego i przypomniała wiele faktów, które zatarły się w mojej pamięci. Uważam, że sięgnąć po nią mogą osoby świadome, że to jednak literatura historyczna, w której nie warto szukać błyskawicznej akcji i barwnych postaci. One tam są, ale musimy wiedzieć jak ich szukać. Jeżeli interesuje Was jakie wydarzenia były bezpośrednim powodem rozpętania II Wojny Światowej, to sięgnijcie po tę książkę.

Moja ocena: 7/10
  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

Wyzwania:

http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html









czwartek, 22 września 2016

Opiewanie życia i śmierci - „Ślady” Jakub Małecki

Jeżeli śledzicie mnie na Instagramie bądź Facebooku to już wiecie, że ostatnio było tutaj ciszej, bo miałam przed sobą obronę pracy magisterskiej. Na szczęście jestem już po i wracam do czytania!
A w ramach pięknie zdanej obrony pojawi się tutaj pewien konkurs z prześliczną książką do wygrania, którą mam od wielu lat na półce, ale nie mogłam się powstrzymać przed kupieniem nowego egzemplarza. I będzie dla Was ;)
*Ślady*
Jakub Małecki

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* społeczna, obyczajowa
*Forma:* zbiór opowiadań/nowel
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 297
*Wydawnictwo:* SQN
Franek wiedział, że życie to jednak nie jest powieść, żeby się zawsze układało w zrozumiałe i wytłumaczalne historie. Wiedział, że nie ma się co po nim zbyt wiele sensu spodziewać.
*Krótko o fabule:*
Tadeusz Markiewicz ginie na wojnie, ale nie umiera cały. Pada na ziemię z rozerwaną głową, aby od tej pory trwać w życiach innych. Jego daleka krewna, Bożena Czerska, zostaje po wojnie światowej sławy modelką i uciekając przed samą sobą, odciska ślad na każdym, kogo spotka. Jej ojciec, Ludwik, każdego dnia budzi się, nie wiedząc kim jest, a jednak próbuje być kimś. Kolejne życiorysy przeplatają się coraz gęściej, tworząc niepokojącą mozaikę radości, tęsknoty i strachu.
- opis wydawcy

*Moja ocena:* 
Kiedy coś się przytrafia jednokrotnie, to można to zrzucić na karby przypadku bądź szczęścia. Jednak mówiąc o prozie Jakuba Małeckiego nic takiego nie ma miejsca. Dygot zachwycił odmiennością i magią zawartą w słowach, a Ślady potwierdziły, że nazwisko autora zasługuje na miejsce w czołówce współczesnych, polskich twórców.  
Znowu spotykamy się z wieloma postaciami, jednak tym razem autor całkiem inaczej buduje ich historie. W Dygocie zmieniali się bohaterowie na przestrzeni wielu lat. Tym razem poznajemy losy każdej z postaci, którą z resztą łączy jakaś więź - w jednym przypadku to mogą być więzy rodzinne, a w innym konkretna historia połączona jest z inną jedynie przez wspomnienie grającego pod kościołem wiejskiego muzykanta, Chwaściora.
Nie chciałam się nastawiać na coś mocnego, ale trudno było mi się wyzbyć świeżych jeszcze emocji po lekturze Dygotu. Dlatego łatwo byłoby mnie zawieść, szczególnie że zazwyczaj wolę pełną fabułę niż zbiór opowiadań. Jakub Małecki potrafił jednak z tych nowelek stworzyć pełny obraz, który mówi nam wiele zarówno o życiu, jak i o śmierci. Już w przypadku wcześniejszej książki można było zauważyć pewną fascynację tym tematem u autora. Ponownie śmierć przedstawiana jest jako naturalna kolei rzeczy, jako coś nieuniknionego, czasami zaskakującego, czasami wyczekiwanego. Z jednej strony te historie stają się gorzkie przez tematykę umierania, ale z drugiej strony to jest właśnie siła Śladów. Każda kolejna śmierć skłania nas do refleksji nad tym, jak dana osoba żyła i co po sobie zostawiła.
źródło
Małecki w swojej nowej książce pokazuje nam mapę, na której spotkamy całą gamę różnych charakterów, ale wszyscy będą bardzo „nasi”. Spotkamy wykładowcę, który miał romans ze studentką, młodą dziewczynę, która trafiła do ogromnego i wciągającego świata modelingu, kobietę, która nie potrafi pogodzić się ze stratą brata. Nic, czego nie znalibyśmy z życia powszedniego, a jednak czytając kolejne historie czujemy się coraz bardziej zagubieni i nie pomagają nawet mapy umieszczone przed każdą opowieścią. Osobiście wpadałam w stany melancholijne, które kończyły się szklanymi oczami podczas lektury. Najpiękniejsze jest to, że Jakub Małecki nie wywołuje smutku na siłę, równocześnie nie jest to również suche przedstawianie faktów. On balansuje gdzieś pomiędzy, dzięki oryginalnemu stylowi pisania, wprawiając czytelnika w ponury świat, w którym jednak jest jakaś specyficzna magia.
Kolejnym poruszanym w książce tematem, który wybija się moim zdaniem na pierwszy plan, jest wciąż powracająca przeszłość i to, jaki ma ona wpływ na teraźniejszość. Andrzeja nawiedzają duchy, od których oczekuje rozliczenia za swoje winy z młodości. Eustachy z całego swojego życia najbardziej pamięta jak lata temu dziadek zabierał go w Kwilnie na wydmy i opowiadał mu o mieszkających tam smokach. Ostatnim obrazkiem, który zobaczy Bożena przed śmiercią będzie jej sześcioletnia wersja, która idzie z rodzicami pod hale, na pyzy.
Jeżeli miałabym się upatrywać wad, to w przypadkach niektórych historii trochę było mi mało, chciałam więcej. Zapewne to kwestia osobistych preferencji co do bohaterów, o jednych mogłabym czytać w nieskończoność, a inni mnie po prostu do siebie w mniejszym stopniu przekonali. Nie ma co się dziwić, bo wielu z nich to bardziej negatywnie nakreślone osobistości. Co zresztą sprawia, że stają się jeszcze bardziej realistyczni, a ja współczując im z całego serca, marzę o tym żeby po prostu ich przytulić.
Czy Ślady są dla każdego? Moim zdaniem - nie. Uważam, że przede wszystkim trzeba posiadać pewną dozę wrażliwości, żeby te historie skłoniły czytelnika do refleksji. Sam styl pisania autora jest bardzo oryginalny i ja jestem jego niezaprzeczalną fanką, ale rozumiem, że mogą zdarzyć się osoby, którym nie przypadnie do gustu. Zadajmy jednak inne pytanie - czy warto prozy Małeckiego spróbować? Jak najbardziej tak. Dajcie mu szansę, a nuż docenicie go tak jak ja! Rzadko to robię, ale dorzucę Wam kolejny cytat, żebyście poczuli klimat, w jakim pisuje Małecki.
Irek mógł być bardzo albo nie być wcale. Panicznie bał się bycia pośrodku, bycia konkretnym typem człowieka, bycia „jednym z”. Teraz nie jest już nikim i może właśnie o to chodziło, może za długo był kimś i całe swoje życie zużył na długo przed śmiercią.
Jeżeli nie jesteście przekonani, to odwołam się jeszcze do wrażeń czysto estetycznych. Zdecydowanie Ślady to najpiękniej wydana książka, która wpadła mi w tym roku w łapki. Okładka jest przepiękna, tytuł na niej wytłoczony, każdy rozdział oznaczony poszczególnymi śladami uciekającymi w górę strony. Świetna robota.
Czekam z niecierpliwością na kolejne książki Jakuba Małeckiego.

Moja ocena: 8/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

Wyzwania:


http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html





czwartek, 15 września 2016

Chętnie zobaczyłabym to na ekranie (część pierwsza)

Kto z Was nie wyobraża sobie wydarzeń z książki w głowie, marząc że kiedyś można będzie je przewijać i oglądać w nieskończoność? Niestety, czasami mam wrażenie, że moje marzenia dotyczące ekranizacji nigdy się nie spełnią. Z tego względu podzielę się nimi przynajmniej z Wami! Dzisiaj przedstawię kilka książek, które chętnie zobaczyłabym w formie ekranizacji.

1. Kłamca Jakub Ćwiek
 Zaczynamy z przytupem od polskiej serii książkowej autorstwa Jakuba Ćwieka. Moim zdaniem książki o Lokim idealnie nadałyby się na serial telewizyjny, ponieważ mają wszystko czego taki tasiemiec potrzebuje. Bardzo charakterystycznych bohaterów, na czele z długowłosym bogiem kłamstw, który przez cały czas żuje swój nieodłączny atrybut - wykałaczkę, a w ręce ściska pluszaka. Oprócz niego spotykamy też zgraję buńczucznych, powoli zapominanych bogów i kilku aniołów. Na dodatek Jakub Ćwiek postarał się o masę ciekawych przygód, których doświadczają postaci - z łatwością znajdzie się epizod świąteczny z gościnnym występem samego świętego Mikołaja.
W ogóle nie rozumiem dlaczego polscy twórcy nie biorą częściej na warsztat naszej rodzimej literatury, której naprawdę nie możemy się wstydzić. Szczególnie, że nasze seriale w większości są o tym samym i wieje od nich nudą na kilometry (oczywiście, nie chciałabym generalizować, bo taki Bez tajemnic to akurat bardzo dobry serial).

2. Euforia Lily King
Kojarzycie te wszystkie filmy, w których kobieta wyjeżdża w nieznane, gdzie poznaje tajemnicze plemiona, z którymi spędza jakiś czas? To Euforia mogłaby się okazać jeszcze lepszym materiałem, ponieważ tą kobietą byłoby odzwierciedlenie żyjącej w XX wieku antropolog - Margaret Mead. To już brzmi jak film, który mógłby być pretendentem do Oscara. Jeżeli jeszcze nie jesteście przekonani to dodajmy, że akcja dzieje się w Nowej Gwinei, porusza problemy kolonizacyjne, ale zarazem rozlicza ze zwykłego człowieczeństwa. I nie zapominajmy, że w tym parnym klimacie rozgrywa się także wątek nieco poboczny, ale istotny, czyli trójkąt miłosny pomiędzy panią antropolog, jej mężem i dość tajemniczym mężczyzną. Na szczęście książka Lily King została bestsellerem New York Times, więc jest szansa, że taki film faktycznie dojdzie do skutku. Ja trzymam kciuki.

3. Wybrana Naomi Novik
 No dobra, sama trochę popsioczyłam na tę książkę w recenzji, chociaż wciąż uważam, że była warta przeczytania. Dlaczego więc znalazła się w tym notowaniu? A bo moim zdaniem idealnie nadaje się na animację! Według mnie, to co przeszkadzało mi w książce, czyli nieprzekonywujący bohaterowie, mogliby sprawdzić się jako narysowane postaci. Wydaje mi się, że tacy wymalowani przez zdolnych ludzi Agnieszka i Smok zyskaliby więcej wdzięku i łatwiej byłoby obdarzyć ich sympatią. I wyobraźcie sobie animację, a najlepiej anime, w których bohaterowie zaczynają rzucać zaklęcia, z tymi rozrastającymi się kwiatami! Albo w ogóle podróż do magicznego antagonisty, czyli Boru, skrywającego mnóstwo niebezpieczeństw oraz przerażających stworów! To mogłoby wyglądać naprawdę cudownie.

4. Saga księżycowa, Marissa Meyer
 Tutaj typowo wychodzi mój fangirling, musicie mi, starej, wybaczyć. Ostatnio panuje duży boom na ekranizowanie fantastycznych powieści młodzieżowych. Niektóre okazują się sukcesem (jak Igrzyska śmierci), inne niewypałem (jak seria o Percym Jacksonie). Wciąż więc jest nadzieja, że i Saga księżycowa doczeka się swojej ekranizacji. Sama wciąż nie mogę się zdecydować czy wolałabym serial czy film, jednak przechylałabym się na szalę tego drugiego. Serial mógłby wydać się za bardzo mdły i poszatkowany. Za to filmów musiałoby się ukazać pięć, ponieważ Winter jest taką cegłą (800+ stron), że trzeba by podzielić ją na pół. Wydaje mi się, że ta ekranizacja mogłaby okazać się sporym sukcesem, jako że całość oparta jest na znanych ogółowi bajkach z dzieciństwa. Do tego dochodzi klimat Gwiezdnych wojen połączonych z Czarodziejkami z Księżyca - to naprawdę mogłoby się udać!

5. Dygot Jakub Małecki
 Chciałoby się powiedzieć, last but not least. Jedna z ostatnio przeze mnie przeczytanych książek, która idealnie nadałaby się do polskiego kina.Wielu współczesnych twórców w naszym kraju lubi takie historie rodzinne, które kryją w sobie coś więcej. Już widzę jak można by oddać klimat powieści samymi zdjęciami czy muzyką! To jest naprawdę bardzo ciekawy materiał i mam nadzieję, że ktoś weźmie go na warsztat. Mogłoby wyjść ciekawe kino spod szyldu tych artystycznych, mrocznych i z klimatem. A ja obiecuję, że na pewno pojawię się wtedy w kinie.


Mam nadzieję kontynuować ten cykl co jakiś czas na moim blogu. A Was pytam: co Wy byście chcieli zobaczyć na ekranach, tych dużych i tych małych?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka