niedziela, 10 sierpnia 2025

Nowe Horyzonty 2025 – podsumowanie

W tym roku Nowe Horyzonty obchodziły 25-lecie, a w programie znalazło się wyjątkowo dużo ciekawych propozycji. Postanowiłam zrezygnować z głośnych filmów, które zapewne trafią do kin (takich jak To był zwykły przypadek czy Tajny agent). Teraz trochę tego żałuję – bo jednak oglądanie takich filmów na festiwalu to zupełnie inne doświadczenie.

Z obejrzanych przeze mnie tytułów udało mi się wyłonić pięciu faworytów. Zaczynajmy!

Poeta

W mojej ścisłej trójce najlepszych znalazł się film Poeta – niepozorna, kolumbijska produkcja o mężczyźnie, który w młodości wydał obiecujący tomik poezji. Od tamtej pory, w wolnych chwilach użala się nad sobą, próbuje odzyskać źle zainwestowane pieniądze i topi smutki w alkoholu. Nowa praca nauczyciela staje się dla niego szansą na poznanie utalentowanej uczennicy, której postanawia pomóc w rozwoju artystycznym. 

Dzięki montażowi i zdjęciom film często bywa zabawny, choć fabularnie nie jest komedią. Sytuacje, w których znajduje się bohater są trochę abstrakcyjne, ale nie są przesadzone – wszystko logicznie się spina. Reżyser zachowuje czułość wobec postaci, dzięki czemu relacje między nimi są autentyczne i angażujące. Nieważne czy opowiada akurat o ojcu i córce, poecie i uczennicy, czy kolegom po fachu – to zawsze jest szczere. Gdy dochodzimy do kulminacyjnych momentów wystarczy jedno wymowne spojrzenie między bohaterami, żeby wywołać w nas wzruszenie. Mocno polecam, mam nadzieję, że pojawi się u nas kinach!

Poezja

Kolejny zachwyt to Poezja z retrospektywy Lee Chang-donga. Historia starszej kobiety wychowującej wnuka, dorabiającej jako opiekunka osoby po udarze. Pewnego dnia zapisuje się na kurs poezji i próbuje napisać swój pierwszy wiersz. Temat twórczy przeplata się z wątkiem tajemniczego samobójstwa dziewczyny z klasy jej wnuka.

Płakałam już po trzydziestej minucie i łzy towarzyszyły mi przez resztę seansu. Duża w tym zasługa głównej aktorki — ciepłej, pełnej klasy kobiety, która szuka piękna w życiu, nawet gdy codzienność bywa brutalna. W zderzeniu z okrutną rzeczywistością jej postać zdaje się jeszcze bardziej krucha i niewinna. Reżyser pokazuje ją jako osobę wrażliwą, ale też sprawczą, co nadaje finałowi wyjątkowej mocy. Obejrzałam tylko dwa filmy z retrospektywy Lee Chang-donga, ale zaskakujące jest to, jak różne tematy porusza reżyser i jak zręcznie prowadzi swoje historie. 

Zbliżenie

To film, o którym przed seansem wiedziałam tylko tyle, że ma świetne oceny. Zaczyna się od sceny, w której dziennikarz trafia na miejsce nietypowej zbrodni. Ktoś podawał się za słynnego reżysera i oszukiwał ludzi. Potem dowiadujemy się, że wydarzenia są prawdziwe, a na ekranie występują ich autentyczni uczestnicy, odtwarzając sceny z przeszłości. Zatem osoby zaangażowane zgodziły się dograć sceny, które doprowadziły do konfliktu. 

Reżyser otrzymał pozwolenie na nagrywanie procesu oskarżonego, co pozwoliło połączyć dokument z fabułą w unikalny sposób. Zaskakuje fakt, że wszystkie osoby biorące udział w procesie zgodziły się na wzięcie udziału w filmie. To pokazuje, jaką magię wyzwala kino, jaką siłę ma sztuka. Pięknie wybrzmiewa też marzenie o byciu przez chwilę kimś innym, kimś, kogo ludzie podziwiają. Bardzo szczere kino.

Left-handed girl

Słodko-gorzka opowieść rozgrywająca się na tętniącym życiem tajwańskim targu. W scenariuszu maczał palce Sean Baker, co czuć w ogromnych pokładach empatii do bohaterów żyjących na marginesie społeczeństwa. Film potrafi rozczulić, ale też wciąga w dynamiczne, barwne środowisko. Pod koniec zahacza o telenowelowe tony, jednak rozmyte zdjęcia i zgrabny montaż sprawiają, że to rozwinięcie historii nie przeszkadza. Młoda aktorka przeurocza. 

Niewygodna prawda

Tak jak bohaterka Left-handed girl to pełna uroku dziewczynka, tak główna postać z Niewygodnej prawdy jest na zupełnie drugim biegunie. Kobieta ma dwa stany: na skraju wybuchu gniewu albo w jego trakcie. Marianne Jean-Baptiste daje popis aktorstwa, nadając tej postaci głębi i wielowymiarowości. Film jest kameralny, z teatralnym klimatem, oparty na relacjach między kilkoma bohaterami. Nie wszystko zostaje wyjaśnione, ale oglądanie starć aktorskich to czysta przyjemność.

I jeszcze kilka perełek

Świetny był dramat Płomienie Lee Chang-donga – opowieść o różnicach klasowych, która z czasem przeradza się w wciągający kryminał. Zdjęcia w tym filmie to mistrzostwo świata, zabawa światłem działa cuda. Ciekawy jest też zdobywca Srebrnego Niedźwiedzia na Berlinale, Błękitny szlak. To dystopia o siedemdziesięcioletniej kobiecie walczącej o wolność w świecie, w którym prawo nakazuje jej życie w kolonii dla seniorów. Owoce opuncji początkowo zapowiadały romans w indyjskiej scenerii, ale zaskoczyły mnie pięknym, czułym obrazem tradycji żałobnych i queerową wrażliwością. Niesamowite, że w kraju żyjącym Bollywood powstał tak realistyczny, czuły film. Był też nowy film Sang-soo Honga – twórcy totalnego, który sam reżyseruje, pisze, montuje i kręci. Zew natury opowiada historię pierwszego spotkania chłopaka z rodzicami dziewczyny. Oglądanie tego wydarzenia jest równocześnie pięknie niezręczne, ale też fascynujące. Na koniec Wróbel w kominie – esencja „nowohoryzontowego” kina. Napięcie, poczucie, że „zaraz coś się wydarzy”, a gdy już wybucha, dostajemy surrealistyczne sceny, techno i wolność interpretacji. Od teraz zawsze będę sprawdzać czy kot nie utknął w pralce.

Kolejny raz Nowe Horyzonty okazały się strzałem w dziesiątkę. Warto śledzić premiery tych filmów w kinach i szukać starszych tytułów na VOD (Mam też nadzieję, że retrospektywa Lee Chang-donga trafi jeszcze do internetu, żebym mogła nadrobić resztę jego dzieł.)


niedziela, 3 sierpnia 2025

„Wiatr i Prawda” Brandon Sanderson – każdy zasługuje na drugą szansę

 

Wiatr i Prawda (tom 1 i 2)
Brandon Sanderson

Gatunek: fantasy
Rok polskiego wydania: 2025
Liczba stron: 685 & 653
Wydawnictwo: MAG

Ideały są martwe, chyba że stoją za nimi ludzie. Prawa istnieją nie dla samych siebie, ale dla tych, którym służymy.
 

Opis wydawcy

Długo oczekiwana, wybuchowa kulminacja pierwszego łuku narracyjnego bestsellerowego Archiwum Burzowego Światła – arcydzieła fantasy, które sprzedało się w nakładzie ponad dziesięciu milionów egzemplarzy.


Moja recenzja

Brandon Sanderson zabrał mnie na niejedną niesamowitą przygodę. Pierwszy tom cyklu Archiwum Burzowego Światła, Drogę Królów, przeczytałam dziesięć lat temu! Od tamtej pory pokochałam wielu wykreowanych przez niego bohaterów i z coraz większym zachwytem odkrywałam uniwersum Cosmere. To właśnie dzięki Drodze Królów – oraz postaciom takim jak Kaladin, Shallan i Dalinar – sięgałam po kolejne książki autora.

Przez te wszystkie lata moja fascynacja Sandersonem nie słabła. Lektura Rozjemcy, Z mgły zrodzonego czy Elantris, tylko utwierdzała mnie w przekonaniu o jego niezwykłej wyobraźni. Nawet jeżeli Rytm wojny dla wielu był rozczarowaniem, ja dostrzegłam w nim liczne atuty – rozwój postaci Navani i Venli czy ciekawą drogę Kaladina do zostania pierwszym psychologiem Rosharu. Choć tempo akcji nie zachwycało, żyłam nadzieją, że piąty tom przyniesie emocjonujące zwroty akcji i wybitne zakończenie. Może te oczekiwania były zbyt wygórowane, bo teraz coraz wyraźniej widzę pęknięcia w tej monumentalnej serii.

Po raz kolejny Sanderson zdecydował się podzielić książkę na dwa tomy. Z jednej strony, fizycznie łatwiej trzymać w ręku ponad sześćsetstronicowy tom niż cegłę liczącą ponad 1300 stron. Z drugiej jednak – ten pierwszy tom nie daje czytelnikowi poczucia domknięcia. W moim odczuciu najlepiej czytać obie części jednym ciągiem, traktując je jako jedną historię. Pomysł odliczania dziesięciu dni do epickiego pojedynku zapowiadał się intrygująco, ale w praktyce ograniczył przestrzeń dla dynamicznej akcji. W efekcie dostajemy wiele rozwleczonych scen i niewielkie tempo, szczególnie w ciągu tych pierwszych pięciu dni.

Liczba postaci stała się dla mnie przytłaczająca. To już nie opowieść o Kaladinie, Shallan i Dalinarze, a historia rozpisana na dziesiątki „głównych” bohaterów. Przez to trudno mi było z kimkolwiek się zżyć – zabrakło postaci, której chciałabym kibicować. Wielokrotnie musiałam googlować imiona, bo zwyczajnie nie byłam w stanie ich wszystkich zapamiętać. Odniosłam też wrażenie, że w tym tomie Sanderson częściej niż wcześniej przeskakuje między perspektywami, przez co żadna z historii nie ma szansy odpowiednio wybrzmieć. W poprzednich tomach było to lepiej zbalansowane. 

Z przykrością muszę też przyznać, że duet Kaladina z Szethem mnie nie przekonał. Kaladin to postać spokojna, melancholijna, Szeth – psychicznie rozbity. Ich relacja, zamiast elektryzować, nużyła. Syl próbowała nadać temu wątkowi nieco energii, ale nie zdołała wyciągnąć z niego emocji. Sama koncepcja Kaladina jako terapeuty również wypadła blado – jego rady były powierzchowne, a przemiany bohaterów mało wiarygodne. Kaladin, którego kiedyś uwielbiałam, utknął w martwym punkcie. Sanderson co prawda domknął jego wątek, ale przez to, że w trakcie książki coraz bardziej traciłam do niego sympatię, finał nie wywołał żadnych większych emocji – choć powinien.

Motyw Krainy Ducha również mnie nie porwał. Sprawiał wrażenie pretekstu, by dopisać kolejne rozdziały – jakby autor próbował wypełnić puste przestrzenie dziesięciodniowej narracji. Dostajemy więc retrospekcje, powtarzające się konfrontacje z przeszłością i wielokrotne rozważania na temat emocji postaci. Oczywiście, są wyjątki – historia początku przybycia ludzi na Roshar oraz opowieści o Honorze i Ba-Ado-Mishram były bardzo potrzebne i naprawdę ciekawe. Niestety, reszta znacznie odstawała poziomem. 

Na szczęście jest też coś, co mnie zaskoczyło pozytywnie – wątek Adolina. Dotychczas nie należał do moich ulubieńców, ale w tym tomie jego historia budziła największe zainteresowanie. Może to kwestia stawki – podczas gdy Dalinar przeciągał czas, Adolin pragnął, żeby czas płynął szybciej, a jego kilkudniowa walka w końcu ustała. Jako jeden z nielicznych przeszedł autentyczną przemianę. Podobały mi się także fragmenty z Jasnah – choć krótkie, to pokazujące interesujące pęknięcie w tej pozornie idealnej postaci. To ciekawy punkt wyjścia do kolejnych tomów. 

I tutaj dochodzimy do elementu, który wypada najlepiej – fundamentów pod kolejną erę. Dalinar stworzył świetne tło dla nowego antagonisty, bohaterowie zostali rozproszeni po świecie, niektórzy walczą o przetrwanie, a nad Azirem jako jedynym miastem świeci słońce. Zapowiada się naprawdę dobrze. Szkoda tylko, że droga do tego punktu była tak mało satysfakcjonująca.

Dla mnie Wiatr i Prawda to najsłabszy tom Archiwum Burzowego Światła. Mam poczucie, że to po prostu kolejna część serii, która niewiele zamyka. Zabrakło emocji, tempa i głębi, do jakich Sanderson mnie wcześniej przyzwyczaił. Trzeba jednak przyznać, że patrząc całościowo na pierwszą erę ABŚ, była to piękna przygoda – nawet jeżeli z wybojem na końcu. Autor potrafi opowiadać o drugich szansach, o tym, że nawet jeżeli bohater popełni błędy, to może próbować je naprawić. Oraz, że warto innym dawać tę drugą szansę. Po takim wniosku, muszę tylko dodać, że ta słabsza część nie sprawi, że przestanę sięgać po książki Sandersona. Zasłużył na wiele takich drugich szans!


sobota, 19 lipca 2025

„Wschód słońca w dniu dożynek” Suzanne Collins i „James” Percival Everett — o radzeniu sobie w okrutnym świecie


Wschód słońca w dniu dożynek
Suzanne Collins

Gatunek: fantastyka młodzieżowa
Rok polskiego wydania: 2025
Liczba stron: 404
Wydawnictwo: Must read

Chwila, w której pękły nam serca, należy tylko do nas.
 

Opis wydawcy

W dzień dożynek mieszkańcy Panem budzą się zdjęci strachem. W tym roku, z okazji drugiego Ćwierćwiecza Poskromienia, dwukrotnie więcej trybutów trafi na arenę.  Haymitch Abernathy z Dwunastego Dystryktu woli nie zastanawiać się nad tym, co przyniesie los. Chce tylko przebrnąć przez ten dzień i spotkać się z dziewczyną, którą kocha. 


Moja recenzja

Książkę przeczytałam już jakiś czas temu, ale długo nie mogłam znaleźć chwili, żeby spisać moje wrażenia. To, że sięgnę po kolejną historię z uniwersum stworzonym przez Suzanne Collins, było oczywiste. Igrzyska śmierci to jedna z tych młodzieżówek, przez które zarwałam niejedną noc jako nastolatka — sentyment został, więc każda nowa opowieść ląduje w mojej domowej biblioteczce. Korzystanie z postaci znanych z głównej trylogii sprawia, że ciekawość fanów rośnie — historię Haymitcha chyba wszyscy chcieliśmy poznać.

Jestem świadoma, że autorka mocno gra tu na sentymencie, ale robi to umiejętnie, bo książkę czytało mi się świetnie. Oczywiście nie było tu już tego samego poziomu zaskoczenia co przy pierwszej trylogii — ten świat jest nam dobrze znany, wiemy, czego się spodziewać po okrutnej władzy Kapitolu. Mimo to Collins znowu trafnie pokazuje, jak łatwo manipulować ludźmi — zwłaszcza przez media. Świetnie wypadają wątki o tym, co trafia do transmisji i jak zmienia się przekaz wydarzeń, żeby pasował do narracji władzy. Ten temat pozorności i tego, jak łatwo wierzymy w to, co nam pokazują, wybrzmiewa tu najmocniej — szczególnie dziś, gdy obserwujemy innych przez pryzmat mediów społecznościowych.

Postawienie Haymitcha w roli głównego bohatera to strzał w dziesiątkę. Wiemy, że wygrał 50. Igrzyska, ale jego przeszłość pozostawała zagadką. W trylogii znamy go jako zmęczonego życiem alkoholika — poznanie jego historii daje więc nowe spojrzenie na tę postać. Jest tu też wątek miłości jego życia. I tu mam lekki zgrzyt: widzimy ich zakochanych po uszy, ale nie dostajemy czasu na obserwowanie, jak to uczucie się rozwija — Haymitch dość szybko trafia na arenę i w efekcie wątek miłosny wypada trochę zbyt płytko.

Collins po raz kolejny dostarcza dobrą akcję i w prosty sposób pokazuje mechanizmy władzy — ta dosłowność wciąż dobrze pasuje do młodzieżowej formy. Arena przypominająca raj, a kryjąca w sobie tyle okrucieństwa, to świetny pomysł. Autorka nie wstrzymuje się też z przedstawianiem brutalności. Wplecenie wielu nawiązań do znanych już historii to zagranie na emocjach fanów, ale trzeba przyznać, że działa — poznajemy choćby ojca Katniss czy spotykamy młodą Effie Trinket. Fani powinni być zadowoleni. Teraz pozostaje już tylko czekać na ekranizację — obsada wyostrzyła mój apetyt na ten film.


James
Percival Everett

Gatunek: literatura piękna
Rok polskiego wydania: 2025
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Marginesy

Próba ucieczki za dnia może i była głupotą, ale nie wiedziałem, kiedy po mnie przyjdą. Nie biegłem. Niewolnikowi nie wolno biegać, chyba że akurat ucieka.
 

Opis wydawcy

Missisipi w przededniu wojny secesyjnej. Niewolnik Jim dowiaduje się, że ma zostać sprzedany człowiekowi z Nowego Orleanu, co oznacza dla niego rozłąkę z żoną i córką. Postanawia uciec i ukrywać się na pobliskiej Wyspie Jacksona, dopóki nie opracuje planu. Tymczasem Huck Finn finguje własną śmierć, aby uwolnić się od brutalnego ojca.  


Moja recenzja

Powieść Przygody Tomka Sawyera Marka Twaina nie znalazła się na liście moich lektur szkolnych, choć czytaliśmy jej fragmenty. W książce James Percivala Everetta dostajemy natomiast retelling drugiej części, czyli Przygód Hucka Finna. Po przeczytaniu Jamesa zerknęłam na streszczenie oryginału i okazuje się, że fabuła obu książek w dużej mierze się pokrywa. Tym razem jednak śledzimy wydarzenia z perspektywy Jima — niewolnika pani Watson, który zmuszony jest uciekać. W tym samym czasie na opuszczenie domu decyduje się Huck, chcąc uwolnić się spod władzy ojca alkoholika. Razem ruszają w podróż rzeką Missisipi. 

Powieść Twaina była wielokrotnie krytykowana za rasistowskie stereotypy i obraźliwy język, jakim opisywała czarnoskórych bohaterów. Pomysł, żeby wziąć na warsztat tę historię i opowiedzieć ją na nowo — z perspektywy niewolnika — jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Everett, znany m.in. z powieści Erasure (na podstawie której powstał nominowany do Oscara film Amerykańska fikcja), już wcześniej świetnie obnażał absurdy rasowych stereotypów. 

Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki Everett tłumaczy specyfikę języka Jima. Zamiast przypisywać ją brakowi wykształcenia, ukazuje mowę niewolników jako świadomy element strategii przetrwania. W swoim gronie rozmawiają swobodnie, czytają książki i wymieniają się przemyśleniami, a w obecności białych odgrywają rolę, której ci od nich oczekują. Uczą nawet swoje dzieci, jak płynnie przełączać się między tymi dwoma „językami”. Duże brawa należą się także tłumaczce, Kai Gucio, za umiejętne oddanie tych niuansów językowych i celowych przejęzyczeń.

Choć niewiele pamiętam z fragmentów powieści Twaina, wiem, że jej największą siłą była wciągająca przygoda. To jedna z tych książek, które potrafią pokazać dziecku, jaką frajdę daje czytanie. James ma w sobie wiele z tej energii — to powieść, która wciąga w swój świat i której nie chce się odkładać. Typowa powieść drogi, w której dwóch bohaterów z dwóch różnych światów konfrontuje swoje sporzenie na życie. Zdobywca Nagrody Pulitzera 2025 nie tylko bawi i wzrusza, ale też oferuje ciekawą akcję i zapadające w pamięć postacie. Warto ją poznać.


środa, 16 lipca 2025

Co obejrzeć na festiwalu Nowe Horyzonty 2025 — edycja online

Już jutro rusza festiwal BNP Paribas Nowe Horyzonty!

W tym roku festiwal świętuje swoje 25. urodziny — i być może właśnie dlatego program aż pęka w szwach od ciekawych tytułów. Musiałam sporo wyciąć ze swojej początkowej listy filmów do obejrzenia. Liczę, że wiele z tych odrzuconych uda mi się zobaczyć w kinie w najbliższym czasie. Wiadomo jednak — co na festiwalu, to na festiwalu. To nie będzie to samo doświadczenie.

Na moje plany stacjonarne składają się m.in.: Romeria, Left-Handed Girl, Kontinental '25, Zmartwychwstanie, Paw zwyczajny. Postanowiłam odpuścić i poczekać na polskie premiery kilku kuszących tytułów: To był zwykły przypadek, Sirât i Chronologia wody. 

Ale filmy stacjonarne to nie wszystko, co oferuje festiwal. Dzięki opcji online możecie dołączyć do tego święta kina z dowolnego miejsca w Polsce. Program jest w tym roku naprawdę bogaty, więc zrobiłam krótką (no dobrze, może nie aż tak krótką…) przebieżkę po tytułach, które najbardziej przykuwają moją uwagę.

Ja na razie kupiłam karnet na pięć filmów i… będzie trudno wybrać tak niewiele! Już sama retrospektywa koreańskiego reżysera Lee Chang-donga wypełniłaby prawie cały karnet. Nadal nie wybrałam najlepszego kandydata, bo:
- Płomienie (Burning) ma Stevena Yeuna,
- Poezja zdobyła Złotą Palmę za scenariusz,
- Oaza jest wśród ulubionych filmów Seana Bakera,
- a Miętowy cukierek polecany jest jako „jeśli masz obejrzeć jeden film reżysera — wybierz ten!”.

A to dopiero początek! Idąc dalej tropem poleceń z internetu, mamy nowy film Radu Jude — Osiem pocztówek z Utopii, głośny klasyk Babylon, Jak zostałam perliczką — gwiazda z Cannes, którą ominęłam w sezonie, Zbliżenie — mój pewniak online, który muszę nadrobić!

Nie zapominajmy o filmach, które przywędrowały z innych festiwali. Na mojej liście znalazł się film Owoce opuncji, który zdobył Wielką Nagrodę Jury na Sundance. Z Berlinale mamy aż trzy gwiazdy: Wiadomość (ze Srebrnym Niedźwiedziem), Łabędzi śpiew Fiodora Ozerowa (Nagroda Specjalna czytelników Tagesspiegel) i Diabeł pali (a wypalone zapałki odkłada do pudełka) — zwycięzca sekcji Perspectives.

Im dłużej człowiek przegląda program, tym więcej chce zobaczyć! Po przesłuchaniu odcinka podcastu o festiwalu dorzuciłam do swojej listy Super Happy Forever i Yunan. Yunan znalazł się też na liście polecanych filmów Marcina Pieńkowskiego, obok tytułu Goodbye, Dragon Inn. Nie zapominajmy też o krótkometrażówkach — te również można nadrobić w edycji online!

Jeżeli jednak potrzebujecie filmów sprawdzonych to znajdzie się piątka, którą już widziałam i mogę polecić do obejrzenia. Są to: Bulion i inne namiętności, Kneecap, Perfect Days, Jutro będzie nasze i Wrócicie do siebie.

Kto też się szykuje na festiwal? Co macie na swojej liście?



niedziela, 29 czerwca 2025

„Czemu na podłodze śpisz” D. Cvijetić, „Czas starego Boga” S. Barry i „ Arabskie noce” R. F. Burton

 

Czemu na podłodze śpisz
Darko Cvijetić

Gatunek: literatura piękna
Rok polskiego wydania: 2025
Liczba stron: 114
Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Jakiś pułkownik mi przez radio tłumaczy, że w tamtej wojnie ustasze zabili wszystkich jego bliskich. Ale co ja mam z tym wspólnego, do jasnej cholery? Z powodu twoich zabitych w czasie tamtej wojny ja muszę strzelać do babci w tej?
 

Opis wydawcy

Darko Cvijetić po raz kolejny podejmuje temat wojny w Bośni i Hercegowinie. Autor „Windy Schindlera" opowiada tragiczne losy jednostek ze zwaśnionych bratnich narodów za pomocą krótkich, przejmujących fraz z pogranicza prozy i poezji.  


Moja recenzja

W zeszłym roku kilkukrotnie natrafiłam na pełne zachwytu opinie o Windzie Schindlera autorstwa Darka Cvijetića. Gdy pojawiła się okazja, by sięgnąć po jego kolejną książkę, podejmującą temat wojny na Bałkanach — Czemu na podłodze śpisz — nie wahałam się ani chwili. Teraz już wiem, na czym polega siła jego twórczości.

Opowieść podzielona jest na trzydzieści dwa rozdziały. Każdy z nich stanowi niewielki wycinek z życia jednego z bohaterów i przybiera różne formy — czasem to list, czasem relacja z frontu, innym razem ostatnie słowa wypowiedziane przed śmiercią. Choć poszczególne historie wydają się odrębne, autor umiejętnie przeplata między nimi wspólne motywy. Dzięki temu, mimo zmieniających się postaci, odnosi się wrażenie, że wszyscy tkwią w tej samej, uniwersalnie tragicznej rzeczywistości. Wojna nie oszczędza nikogo, a okrucieństwo pojawia się nagle, bez ostrzeżenia. Bohaterowie próbują zachować resztki normalności, kurczowo trzymają się pozytywnych myśli i nadziei, że jeszcze kiedyś wrócą do bliskich, do dawnego życia. Jednak rzeczywistość okazuje się brutalna. Tak jak trudno pojąć, dlaczego trzeba strzelać do sąsiadów i braci, tak samo trudno jest się otrząsnąć z wojennych doświadczeń po powrocie.  

Czemu na podłodze śpisz to lektura wstrząsająca i bezkompromisowa. Styl Cvijetića zdradza jego poetycką wrażliwość — w krótkich zdaniach potrafi zawrzeć ogrom emocji i znaczeń. Unika przy tym sztucznego patosu, odnajdując idealną równowagę między brutalnością wydarzeń a pięknem języka. To krótka książka, ale o ogromnej sile oddziaływania — zostaje z czytelnikiem na długo. Trudno to oddać słowami, to trzeba przeczytać. Po prostu zachwyciła.



Czas starego Boga
Sebastian Barry

Gatunek: literatura piękna
Rok polskiego wydania: 2024
Liczba stron: 224
Wydawnictwo: ArtRage

Prawdziwe historie tego świata kryły się pod warstwą milczenia. Milczeniem była zaprawa i milczeniem były cegły tworzące ściany, których często nie mogło przebić nic.
 

Opis wydawcy

Policjant Tom Kettle niedawno przeszedł na emeryturę i zamieszkał w zaciszu nowego domu, przybudówki do wiktoriańskiego zamku z widokiem na Morze Irlandzkie. Miesiącami z nikim się nie widział, pomijając ekscentrycznego właściciela i znerwicowaną młodą matkę, która wprowadziła się tuż obok. Kettle wraca wspomnieniami do swoich bliskich: ukochanej żony June i dwójki dzieci, Winnie i Joego. Kiedy jednak u drzwi staje dwóch byłych kolegów po fachu, którzy pragną rozwikłać sprawę niedającą mu od kilkudziesięciu lat spokoju, Kettle musi wrócić do tego, co pragnął na zawsze zostawić za sobą. 


Moja recenzja

Nazwisko Sebastiana Barry’ego w ciągu ostatniego roku często przewijało się wśród twórców, których śledzę w mediach społecznościowych. Za każdym razem kiedy ktoś dzielił się wrażeniami po lekturze, ton wypowiedzi był pochwalny. Nie natknęłam się na ani jedną negatywną opinię o jego twórczości. Postanowiłam więc zacząć swoją przygodę z Barrym od Czasu starego Boga, który znalazł się na longliście do Nagrody Bookera w 2023 roku.

Historia opowiedziana jest z perspektywy emerytowanego detektywa, którego pewnego dnia odwiedza dwójka policjantów. Rozgrzebują starą sprawę, co zmusza głównego bohatera do zajrzenia w głąb pamięci, gdzie ukrył niejedno bolesne wspomnienie. Od początku dostajemy tylko strzępki informacji – wiemy, że Tom mieszka samotnie, choć kiedyś miał żonę i dwójkę dzieci. To sprawia, że od razu czujemy w powietrzu tragedię, ale zanim poznamy całą historię, musi minąć sporo czasu. To było wspaniałe uczucie — z jednej strony bardzo chciałam odkryć, co się wydarzyło, a z drugiej bałam się prawdy. I miałam powody — książkę odkładałam zapłakana.

Momentami to opowieść kryminalna, w której próbujemy poznać sprawcę. Czasami to historia miłosna, a czasami wręcz fantastyczna, bo trudno odróżnić, co jest rzeczywistością, a co wytworem wyobraźni Toma. Ponieważ główny bohater jest starszym człowiekiem, jego umysł płata figle — a tym samym wodzi za nos także czytelnika. Zdarza się, że przez kilka stron śledzimy jakąś rozmowę, by nagle okazało się, że była tylko snem.

Ta powieść pokazuje, że Barry to autor, którego twórczość warto śledzić. Z dużym wyczuciem odmalowuje tło wydarzeń — małe miasteczko portowe w Irlandii z kapryśną pogodą — i kreuje bohaterów z ogromną empatią. Wierzymy mu, bo czujemy, że zna swoich bohaterów na wylot, rozumie ich bolączki, a ich motywacje są dla nas jasne.

Czas starego Boga to lektura krótka, ale ciężka i ponura. Barry dba o każdy detal, dzięki czemu nie mamy poczucia, że tanio gra na naszych emocjach, by wymusić współczucie. Elementy tragiczne przeplata z przepięknymi opisami miłości, której można bohaterom pozazdrościć. To, w jaki sposób Tom mówi o June, to jeden z najpiękniejszych literackich zapisów miłości, jakie ostatnio czytałam. Tym bardziej boli, że cały wszechświat sprzysiągł się, by nie dać im spokoju. Choć próbują uciec od przeszłości i przez chwilę wierzą, że im się uda, wystarczy jedno wydarzenie, by obudzić uśpione demony. Dla mnie to była bolesna, ale piękna podróż — i mam nadzieję, że inni czytelnicy odnajdą w niej coś dla siebie.



Arabskie noce
Richard Francis Burton

Gatunek: fantastyka młodzieżowa
Rok polskiego wydania: 2025
Liczba stron: 404
Wydawnictwo: MATERIA

- Moja droga siostro, skoro nie masz ochoty na sen, opowiedz jakąś historię, która poruszy naszą wyobraźnię w tych nocnych godzinach.
 

Opis wydawcy

Opowieści, które przetrwały wieki, powracają w pełnym blasku. Księga tysiąca i jednej nocy ożywa na nowo, odsłaniając zmysłowy i tajemniczy świat Orientu Ponadczasowy zbiór bliskowschodnich baśni i legend misternie snutych przez Szeherezadę, z każdą historią wciągający coraz głębiej do świata, który hipnotyzuje, uwodzi i zapiera dech. Splatają się tu namiętność i intryga, miłość i zdrada, pasja i wyrachowanie, mądrość i magia, a wszystko to w cieniu przeznaczenia, oparach herbaty z kardamonem i przy pucharach pełnych wina


Moja recenzja

Księga tysiąca i jednej nocy owiana jest aurą tajemnicy, a fascynująca jest już sama historia jej powstania. Do dziś nie wiemy, kto był autorem tych opowieści, wywodzących się z tradycji perskiej, arabskiej i indyjskiej. Pierwsza europejska publikacja ukazała się we Francji. Jej tłumaczem był Antoine Galland, który zdobył manuskrypt od pewnego Syryjczyka. Jego przekład szybko zdobył ogromną popularność, przewyższając nawet Biblię pod względem czytelnictwa. Gdy poproszono go o kolejne historie, zwrócił się do znajomego z Bliskiego Wschodu, który znał opowieści przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie. Tak właśnie do zbioru trafiły m.in. opowiadania o Aladynie i Ali Babie, których nie było w manuskrypcie.

Edycja, którą miałam okazję przeczytać –  tłumaczenie Richarda Burtona –  była bardzo kontrowersyjna w czasie wydania. Burton, w przeciwieństwie do poprzednich tłumaczy, wiernie trzymał się oryginału, nie łagodził zawartych w nim erotycznych i brutalnych motywów. Czytając to wydanie Arabskich nocy, trudno odmówić opowieściom pikanterii. Bywają też momenty drastyczne, a postacie rzadko prezentują się jako moralne wzorce.

Zbiór obejmuje ponad trzydzieści historii, z których wiele to krótkie, kilkustronicowe opowieści. Spina je postać Szeherezady, wszystkowiedzącej narratorki. Szeherezada, chcąc uniknąć śmierci z rąk sułtana, co wieczór opowiada jedną z baśni, przerywając w najciekawszym momencie. W ten sposób zyskuje sobie kolejny dzień życia. Styl, w jakim napisane są te historie, jest prosty i bezpośredni. Prozę często przeplata poezja, zazwyczaj cytowana jest przez któregoś z bohaterów. Lekturę warto sobie dawkować, bo choć opowieści są ciekawe, wiele z nich opiera się na podobnych motywach. Często powraca temat zdrady, oszustwa, manipulacji –  momentami przypomina to starożytną telenowelę. Byłam szczerze zaskoczona, jak wiele rozrywki może przynieść ta lektura. Krótkie rozdziały czytało się szybko i z przyjemnością, ale to właśnie najdłuższa historia wciągnęła mnie najbardziej. Wielopokoleniowa saga, pełna magii, dżinów i duchów, w której stawką jest miłość, wystawiona na próbę przez dawne krzywdy –  przypomina wręcz film bollywoodzki.

Arabskie noce zdecydowanie warto poznać – choćby dla ich wartości historycznej. Czytając te dawne opowieści nie sposób nie zauważyć motywów, które później przeniknęły do literatury fantasy. Jestem przekonana, że twórcy romansów również czerpią inspirację z tej pełnej namiętności klasyki. To wydanie dodatkowo zachęca do lektury – piękne, bogato ilustrowane, oprócz literackiej przygody, oferuje również estetyczną przyjemność.



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka