piątek, 5 stycznia 2018

Grudniowa micha filmów

Grudzień pod względem filmowym był wręcz bardzo dobry. Obejrzałam sporo rewelacyjnych tytułów, o których więcej możecie przeczytać w tej notce. Zapraszam :)
Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA

Stolik 19 (2017)

źródło
Eloise (Anna Kendrick) przychodzi na wesele swojej najlepszej przyjaciółki. Ze względu na pewne, dość nieprzyjemne wydarzenie, dostaje miejsce przy ostatnim stoliku, gdzie siedzą osoby, uważane za mniej ważne wśród gości. 
Anna Kendrick to taka specyficzna aktorka, która albo przyciąga albo odstręcza. Mnie przekonuje jej osobliwa charyzma, dlatego czasami wyszukuję mniej znane tytuły z jej udziałem. 
Stolik 19 to przykład filmu, który idealnie nadaje się jako lekki umilacz czasu. Mamy grupkę osób, wśród których znajdziemy różne, charakterystyczne postaci. To spora zaleta tego filmu - każdy z siedzących przy stoliku jest sprawnie nakreślony i posiada własny konflikt wewnętrzny, z którym stara sobie poradzić przez te 90 minut. Są to też osoby bardzo zróżnicowane pod względem wieku i pochodzenia. Poznamy więc: podstarzałą nianię panny młodej, która w torebce nosi woreczek marihuany, nastoletniego Hindusa, który marzy o znalezieniu dziewczyny, a także ekscentrycznego kuzyna, który odsiedział wyrok za defraudację. Cała ta zgraja tworzy dość wybuchowy zespół, który z czasem zaczyna się rozumieć. Szczególnie, że każdy z nich jest bohaterem historii, poruszającej społeczne problemy, z którymi mniej lub bardziej możemy się utożsamiać. Dlatego kiedy tworzy się między nimi nić porozumienia i starają się pomagać sobie nawzajem, to kibicujemy im z całych sił. Oczywiście, nie spodziewajmy się fajerwerków - to wciąż dość prosty i skromny film, ale w tym tkwi jego siła. Podobało mi się wprowadzenie humorystycznej postaci byłego kryminalisty, za to żarty związane z marzeniami nastolatka często nie trafiały w sedno. 
Za to trzeba przyznać, że film ładnie schodzi z utartej ścieżki komedii romantycznych i serwuje widzowi zaskoczenie, które jest bardzo wiarygodne i życiowe. 
Całość jest bardzo dobrze zagrana. Oprócz słodkiej Kendrick, pojawiają się także świetne: Lisa Kudrow i June Squibb. Każdy zresztą oddaje swoją postać z pasją i zaangażowaniem. Także, Stolik 19 jako umilacz czasu powinien się sprawdzić.

Moja ocena: 7/10

Vaiana: Skarb Oceanu (2016)

źródło
Vaiana jest prawowitą następczynią tronu. Jednak za sprawą opowieści, które snuje jej babka, rodzi się w dziewczynie chęć przeżycia niesamowitej podróży i znalezienia tajemniczego półboga.
Animacja Disneya miała swoją premierę już ponad rok temu. Zazwyczaj staram się nadrabiać takie filmy jak najprędzej, ale Vaiana jakoś mnie nie kusiła. Trochę ten cały polinezyjski klimat nie zachęcał mnie do oglądania. Jednak gdy w końcu usiadłam do seansu, okazało się, że jest to cudowna bajka.
Przede wszystkim wyczuwałam w niej silne echo animacji z dzieciństwa. Zdecydowanie to tytuł, który sięga do korzeni Disneya, wyciągając z przeszłości to, co najlepsze i dodając do tego współczesnych smaczków. Znowu bohaterce towarzyszy jakiś zwierzak, tym razem dość bierny, ale niosący sporo śmiechu kurczak. A Vaiana to księżniczka, prawda. Różnica jest jednak znacząca, bo  dziewczyna nie będzie ratowana przez księcia (w ogóle warto wspomnieć, że brak tutaj miejsca dla wątku romantycznego). Księżniczka weźmie sprawy we własne ręce i postanowi ratować dom, chociażby kosztowało ją to życie. Vaiana jest świetną bohaterką. Silna, bardzo sympatyczna, a zarazem przechodząca wiele momentów zwątpienia. Dzięki temu zyskuje na wiarygodności, a my możemy jej kibicować. Jej charakter wypada najlepiej w scenach konfrontacji z pyszałkowatym, zapatrzonym w siebie półbogiem, Mauim. Na początku można go dość łatwo zaszufladkować, ale z czasem nauczymy się, że każdy bohater powinien dostać od nas szansę na naprawę swoich błędów.
Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownej pracy animatorów - bajka jest na wskroś kolorowa, a każda z postaci bardzo charakterystyczna. Wydawać by się mogło, że pokazanie morskiej podróży może być nudne, jednak nic bardziej mylnego! Ocean jest przepiękny i skrywa mnóstwo sekretów (dających możliwość popisu technikom animacji). Piosenki pozostają w klimacie całości, łatwo wpadają w ucho i zostają z nami na dłużej. Warto wspomnieć o utworze wykonywanym w polskim dubbingu przez Macieja Maleńczuka, który świetnie sobie poradził z przedstawieniem swingującego kraba. 

Moja ocena: 8/10

Coco (2017)

źródło
Miguel to nastoletni meksykański chłopiec, który marzy o karierze piosenkarza. Niestety na drodze do spełnienia celu staje jego rodzina, która jest przeciwna wszystkiemu co jest związane z muzyką.
Oczywiście, że musiałam zobaczyć Coco. W końcu jest to animacja, która najpewniej zgarnie tegorocznego Oscara dla najlepszego filmu animowanego. Chociaż ja wciąż kibicuję Vincentowi.
Nie można zaprzeczyć, że Coco to bardzo dopracowana animacja, tutaj wszystko się zgadza. Fabuła wciąga od samego początku. Poznajemy dość ekscentryczną rodzinkę, której członkowie starają się wpoić Miguelowi, że najważniejsza jest pamięć o przodkach. I to jest spora siła animacji. Różni się od całej reszty bajek, które uczą nas, że wszystko jest możliwe jeżeli tylko będziemy marzyć. Nie, tego nie znajdziemy w Coco. Twórcy postanowili dość brutalnie pozbawić nas złudzeń - czasami warto zrezygnować ze swoich ambicji, a przyjrzeć się temu, co mamy wokół siebie. Bo ślepo ganiając za marzeniami, możemy stracić coś o wiele ważniejszego niż kariera. I to jest nauka, którą niektórzy w tej historii poznają, niestety, za późno.
Fabuła jest absorbująca i toczy się po dość przewidywalnych torach. Znajdzie się jednak miejsce dla świetnego plot twistu. W momencie zaskoczenia fragmenty układanki bardzo zgrabnie wskakują na odpowiednie miejsce i całość zaczyna nabierać nowych znaczeń. Przyznaję, że sama się nie spodziewałam takiego przebiegu spraw.
Ach, no i oczywiście: skoro jest to historia z odniesieniem do spraw ważnych i ważniejszych w naszym życiu to naturalnie mnóstwo miejsca zajmują wzruszenia. Nie wiem jak Wy, ale ja w takich momentach nie potrafię powstrzymać płaczu. A tutaj było tego całkiem sporo, zostawiłam w kinie całą masę łez. Przepraszam dzieciaki!
W warstwie wizualnej to arcydzieło. Nieważne czy widzimy wioskę Miguela czy zaświaty - każdy z tych światów przyciąga wzrok i robi ogromne wrażenie. Świetnym dodatkiem jest tutaj postać niezdarnego, acz uroczego psiaka, który staje się towarzyszem Miguela. Jeżeli mogłabym się do czegoś przyczepić, to ścieżka dźwiękowa jest w porządku, ale nie zapadła mi szczególnie w pamięci.
No i pomysł z przechodzeniem do świata zmarłych w Dio Muertos z motywem kogoś grającego na gitarze nie powalił mnie oryginalnością, bo to już było w Księdze życia. Dlatego ocena nie jest wyższa. (Oczywiście to różne animacje, ale chodzi o sam moment zaskoczenia pomysłem, który w przypadku  oglądania Coco był dla mnie nieosiągalny).

Moja ocena: 8/10

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (2017)

źródło
Losy Rey (Daisy Ridley) i Finna (John Boyega) się rozchodzą. Dziewczyna jest gotowa na szkolenie kontrolowania Mocy, a chłopak wplątuje się w starcie między Imperium a Rebelią.
Kiedy film pojawił się w kinach huczało od bardzo skrajnych opinii. Wielu fanów kręciło nosem na Ostatniego Jedi, twierdząc że był nudny, nie rozwinął charakterów postaci, a wspomnienie starych i lubianych bohaterów nawet trochę zniszczył. Długo wybierałam się do kina, bo przed świętami oczywiście mnóstwo spraw było do załatwienia. Dziwił mnie brak spoilerów (po pierwszej części wypłynęły do sieci niemal od razu), ale to było akurat miłe zaskoczenie, bo idąc w końcu do kina nie wiedziałam o fabule zupełnie nic (no, może tyle co zobaczyłam w zwiastunie). 
I muszę powiedzieć, że bawiłam się świetnie. Przede wszystkim - nie czułam znużenia, o którym opowiada wielu moich znajomych. Prawdą jest, że niektóre wątki są ciekawsze od innych, a najsłabiej wypada historia dotycząca Finna, ale dla mnie nie było to nieporozumienie. Raczej taki spowalniacz akcji, ale na swój sposób absorbujący. Najmniej przypadła mi do gustu sekwencja z kasyna (ja chyba po prostu nie lubię tego typu chwalenia się technikami CGI), no i scena z lewitującą Leią (moment typu WTF, który zadziałał na minus). Ale poza tym? Mamy genialny wątek nowych Jedi, a oboje są bardzo intrygujący. Pomysł na to połączenie między nimi okazał się strzałem w dziesiątkę - mogliśmy zobaczyć jak wiele mają ze sobą wspólnego. To tacy niejednoznaczni bohaterowie, zagubieni w świecie i wciąż poszukujący własnej ścieżki. I każdy na swój sposób chce wprowadzić porządek w swoim otoczeniu (chociaż różnymi sposobami). Powrót Luke'a (i jeszcze jednej postaci z przeszłości <3) również uważam za pozytywny, moim zdaniem jego zachowanie było podyktowane realistycznymi pobudkami i zupełnie rozumiałam jego wybory. Ciekawym posunięciem było zdecydowanie się na sporo elementów komediowych w scenach Rey-Luke. To jeden z wątków, na którego rozwinięcie najbardziej czekałam podczas seansu. Sceny z udziałem pilota Poe również mnie zadowoliły. Podobało mi się pokazanie drogi od szalonego bohatera, gotowego na wszelkie poświęcenia do analitycznego przywódcy, dbającego o swoich ludzi. Bardzo wiarygodnie poprowadzony. 
Chyba nikogo nie zaskoczę, że w warstwie technicznej to cudeńko - szczególnie sceny walki na planecie Crait! Muzycznie znowu jest bardzo dobrze, a nowe zwierzaki są słodkie, czyli bez zmian. 
Aktorzy radzą sobie świetnie, miło było zobaczyć Hamilla w roli z przeszłości, ale to Adam Driver i Daisy Ridley kradną dla siebie ekran. I to ze względu na nich nie mogę się doczekać kontynuacji.

Moja ocena: 8/10

Cicha noc (2017)
źródło

Adam (Dawid Ogrodnik) na co dzień pracuje za granicą. Na święta Bożego Narodzenia, niespodziewanie dla jego rodziny, wraca do domu. Okazuje się, że za sprawą pewnego ważnego wydarzenia musi rozmówić się z ojcem i rodzeństwem. 
Przyznaję, że po zwiastunie nie byłam przekonana do tego filmu. Trochę bałam się, że twórcy uderzą w znane nam tony i znowu będziemy oglądać bardzo przewidywalny film o polskich przywarach. Zostałam jednak miło zaskoczona. 
No, może to nie było takie do końca zaskoczenie - w końcu Cicha noc zgarnęła nagrody na festiwalu w Gdyni, a tym werdyktom zazwyczaj możemy zaufać. Ogromna siła filmu wynika z talentu reżysera do obserwacji (co w tym zawodzie w ogóle jest chyba najważniejsze). Co chwilę możemy zobaczyć sceny, znane z naszego życia i to tego najbliższego, rodzinnego. Brak tutaj typowych sztucznych rozmów między rodzeństwem czy rodzicami. Wszystko wypada naturalnie i jest widzowi bardzo bliskie. Chyba każdy z nas widział w bohaterach kogoś ze swojego otoczenia. Każdy ma tego wujka, który przynosi na święta wódkę, którą później mama stara się schować. Na dodatek całość wypada bardzo naturalnie i tak właśnie „życiowo”. Duża w tym zasługa świetnie wykonanej pracy aktorskiej. Dawid Ogrodnik, który jest takim naszym przewodnikiem, wypada bardzo dobrze. Kamera nie opuszcza go ani na chwilę, a on nie pozwala sobie na jakiekolwiek błędy. Na szczęście cały drugi plan wypada równie dobrze. Na szczególne wyróżnienie zasługuje moim zdaniem grająca matkę, Agnieszka Suchora. W prostym spojrzeniu mogliśmy u niej zobaczyć całe morze tłamszonych gdzieś w środku emocji. Jest jednak coś, do czego mogłabym się w przypadku Cichej nocy przyczepić. Otóż, moim zdaniem nagromadzenie problemów, z jakimi borykają się bohaterowie było trochę nieprawdopodobne. Reżyser chciał pokazać jakiś obraz społeczeństwa upychając wszystko do jednej rodziny. Mamy więc problemy z alkoholem, wyjazd dzieci za granicę w celach zarobkowych, przemoc w rodzinie, dyskusje na temat podziału spadku, a nawet hodowlę marihuany. Toteż rozumiecie, dla mnie trochę za dużo. Nie przeszkadza to jednak w rozkoszowaniu się tym gorzkim obrazem naszego kraju. Polecam.

Moja ocena: 8/10

The Florida Project (2017)

źródło
Moonee (Brooklynn Prince) to sześciolatka, która mieszka wraz z matką w hostelu, położonym blisko parku rozrywki Disneyland.
The Florida Project to taki film, który polecałam znajomym jeszcze zanim go obejrzałam. Już pierwsze recenzje, fotosy i zwiastun przekonały mnie, że to będzie dla mnie dobry wybór.
Reżyser filmu, Sean Baker, narobił szumu w świecie filmu Mandarynką z 2015 roku (która wciąż przede mną). I patrząc na The Florida Project, można stwierdzić, że to nazwisko godne zapamiętania i dalszego śledzenia. Twórca, który lubi eksplorować codzienne życie, a zarazem pokazywać nam coś innowacyjnego, czego w kinie jeszcze nie było. Tym razem na warsztat wziął postacie dzieciaków z przedmieść, pochodzące z rodzin patologicznych. I Moonee, i jej kolega Scooty wychowują się bez ojca, a ich matki łapią się dorywczych prac, za rozrywkę mając nocne wyjście w miasto i spalenie kolejnego jointa. Baker postanowił przyjrzeć się jak dorastanie w takim otoczeniu wpływa na te dzieciaki i jego wnioski są wnikliwe, ale również przerażające. Prawda, że Moonee i Scooty dobrze się bawią, można uznać, że są szczęśliwi i beztroscy. Kiedy jednak słuchamy wulgarnego języka, jakim się posługują bądź jesteśmy świadkami aktów wandalizmu, dokonywanych przez te kilkulatki, zaczynamy się zastanawiać jaka czeka ich przyszłość. Bo nie ma co się oszukiwać, ale miejsce i ludzie, przy których się wychowujemy mają ogromny wpływ na to, jak potoczy się nasze życie. 
Rozumiecie więc, że film porusza mnóstwo ciekawych i życiowych tematów. Jednocześnie nie ma w sobie nic z melodramatyzmu i przerysowanych sytuacji. Ot, oglądamy codzienność tych ludzi, która wciąga nas w swoją specyfikę. Trzeba oddać reżyserowi, że podjął się trudnej próby, na której polegają najlepsi twórcy - w centrum wydarzeń postawił dzieci. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że wywiązał się z reżyserowania ich obronną ręką. Naturalność jaka wydobywa się z każdego bohatera poraża. Do partnerowania małej Moonee ściągnął z Instagrama panią Bria Vinaite, która dzięki swojej oryginalności również wpasowała się w tę historię. Można powiedzieć, że jedynym doświadczonym członkiem zespołu był Willem Dafoe. Aktor, który zagrał drugoplanową rolę kierownika hostelu. Jednak to, co zrobił w tych kilku scenach, w których się pojawił zdecydowanie jest godne Oscara. Starając się spełniać żądania właścicieli przybytku dba o porządek, naprawia zepsute pralki, maluje budynek, pilnuje przestrzegania regulaminu i stara się okiełznać bandę biegających po przybytku dzieci. To, w jaki sposób to robi, jest nie do opisania - to po prostu trzeba zobaczyć. 
The Florida Project to kino niezależne, które zdobywa coraz większą popularność. Ten fakt cieszy niezmiernie i pozostaje mi tylko kibicować takim twórcom i czekać na więcej.

Moja ocena: 9/10


Miłość i śmierć (1975)

źródło
Borys Grushenko (Woody Allen) to taki wyrzutek rodziny. Tchórzliwy, zakochany w literaturze, rozmyślający o śmierci pacyfista. Pacyfista, którego wysyłają na kampanię przeciwko Napoleonowi...
Wspominałam już o tym, że Allen ma tendencję spadkową. Na szczęście zostawiłam sobie sporo jego starszych filmów do nadrobienia, a Miłość i śmierć ląduje wśród ścisłego grona moich ulubieńców.
Wiecie jak to jest, gdy film nas bawi? Często mi się to zdarza, że uśmiecham się pod nosem albo czuję, że poprawia mi się nastrój, dzięki temu co oglądam. A jednak z Miłością i śmiercią jest troszkę inaczej. Tym razem trudno było powstrzymać głośne wybuchy śmiechu! Jeżeli wciąż nie potraficie zrozumieć fenomenu Allena, to koniecznie włączcie sobie ten film. Ten scenariusz to prawdziwy majstersztyk komediowy, a dodatkowo bardzo abstrakcyjny humor idealnie trafia w moje gusta. Rozmowy z Kostuchą (którą gra człowiek obleczony białym prześcieradłem i z kosą w dłoni), z nieistniejącymi zjawami czy umarłymi znajomymi będzie tutaj normalną scenką. Jednak abstrahując od wszystkiego innego - najlepsze jest to, że film odwołuje się do rosyjskiej klasyki. Czyli jeżeli znacie powieści Dostojewskiego i Tołstoja, to będziecie bawić się jeszcze lepiej. Już pomijając wszystkie dosłowne porównania (jak rozmowa z Nataszą, która opowiada o „kółku miłości” czy wspominanie morderstwa dokonanego przez Raskolnikowa, o którym donieśli bracia Karamazov), całość po prostu jest na wskroś rosyjska. Podobno są tutaj również nawiązania do twórczości Bergmana, którą wciąż znam w dość śladowej ilości. Oczywiście całość jest tak łatwo przyswajalna również ze względu na obsadę. Allen gra typowego dla swojej twórczości bohatera i trzeba przyznać, że pasuje mu to jak ulał. Do tego tworzy świetny duet z Diane Keaton, która przez długi czas była również jego partnerką w życiu. Widać, że aktorka dobrze się bawiła podczas pracy nad filmem. Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio tak często śmiałam się w głos. Polecam !

Moja ocena: 9/10



Trochę się rozpisałam o powyższych, więc o reszcie w telegraficznym skrócie:

  • Balerina (2016) - po tej animacji nie spodziewałam się niczego dobrego. Jednak okazała się przyjemną bajką o marzeniach. Oczywiście daleko jej do innych animacji, ale z dzieckiem można obejrzeć (5/10)
  • Początek (2014) - myślałam, że to taki zwykły film, aż do TEGO momentu. Nie będę spoilerować, ale kto widział ten wie. Tę jedną scenę wciąż mam przed oczami, po prostu przerażająca. A sam film oglądało się dobrze. (7/10)
  • Projektantka (2015) - ten film bardzo kusił zwiastunem. I miejscami był cudowny, miał naprawdę zadatki na coś wspaniałego, ale niestety był też bardzo nierówny. Wyglądało to, jakby część reżyserowała jedna osoba, a resztę ktoś zupełnie inny. Ale wciąż warto zobaczyć, trochę oderwany od rzeczywistości, ze świetną Kate Winslet. (7/10)
  • Zwierzęta nocy (2016) - ostatni film obejrzany w 2017 roku zrobił ogromne wrażenie. Poruszający temat zemsty, zaskakujący, nakręcony z klasą, którą mógł stworzyć tylko Tom Ford, wątki świetnie poprzeplatane, trzymający w napięciu, genialnie zagrany (pierwszy plan był cudowny, a drugi jeszcze lepszy!) i zakończenie w punkt! (9/10)



niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie 2017 roku i wyzwania czytelnicze oraz filmowe na 2018!

Czy tylko mi ostatnio czas ucieka przez palce? Dopiero co pisałam podsumowanie 2016 roku, a tutaj już nadchodzi 2018! Nie pozostaje nic innego jak się z tym pogodzić i popatrzeć do przodu. W nadchodzącym roku czekają nas kolejne ekscytujące przeżycia książkowe, filmowe, muzyczne, teatralne i w ogóle kulturalne.

Najpierw jednak, szybkie podsumowanie zeszłego roku.


Książek przeczytanych w tym roku mam 44 (wyczuwam fluidy Mickiewicza, „a imię jego czterdzieści i cztery...”). Było wśród nich wiele wspaniałych powieści i kilka średnich, ale chyba brak sporych rozczarowań. Wychodzi więc na to, że starałam się dobierać lektury przemyślanie, z czego jestem dumna. Gotowi na listę tegorocznych ulubieńców? ;)

Wszystkie książki z listy oczywiście bardzo polecam!

Co do filmów, to z roku na rok oglądam ich trochę mniej, ale wciąż nie mam na co narzekać. W 2017 zobaczyłam 102 tytuły. W porównaniu z poprzednimi latami o wiele częściej pojawiałam się w kinie na nowościach, za sprawą karty Cinema City Unlimited. Najbardziej polecam poniższe tytuły.

Z muzycznych ulubieńców, ten rok stał u mnie pod znakiem polskich twórców. Polubiłam się z Marią Peszek, zapętlałam płytę NowOsiecka, bawiłam się na koncertach Zalewskiego, Julii Pietruchy, Hey, Łąki Łan, domowych melodii. Słuchałam też często Mikromusic, The Dumplings, Darii Zawiałow, Lao Che. Na Woodstocku odkryłam też morze charyzmy, jaką posiadają członkowie zespołu Nocny Kochanek. Z zagranicznych twórców słuchałam przede wszystkim soundtracków („La La Land”, „King Arthur”). Zaczęłam też doceniać Snarky Puppy, o którym moi znajomi opowiadali mnóstwo dobrego.

Teatralnie było ciekawie. Widziałam trzy spektakle w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej i dwa z Festiwalu Dialog (oba mają miejsce we Wrocławiu). Byłam również w teatrze w Legnicy i w Opolu. I przede wszystkim znowu wybrałam się do kina, na retransmisję dzięki Na żywo w kinach (znowu było cudownie!). W przyszłym roku mam zamiar też częściej dzielić się swoimi wrażeniami, nawet jeżeli niewielu moich stałych czytelników to interesuje. W styczniu jadę na „Wiedźmina” (Gdynia), w lutych wybieram się na „Frankensteina” (Wrocław), będzie więc o czym pisać.


Dobrze, ale co z kolejnym rokiem? Postanowiłam, dość spontanicznie, stworzyć dwa wyzwania i mam nadzieję, że ktoś z Was będzie nimi zainteresowany. Jeżeli chcecie wziąć udział w zabawie z poniższymi kategoriami to zapraszam też na stronę wydarzenia TUTAJ, gdzie mile widziane będą jakieś wrażenia po przeczytaniu książki z danej kategorii czy obejrzeniu filmu.
Wśród najbardziej aktywnych członków wyłonię osobę, do której pod koniec roku powędruje prezent-niespodzianka ;)





Lista wszechczasów -> TUTAJ



A jak Wam minął ten rok? Bierzecie udział w wyzwaniach? :)

sobota, 23 grudnia 2017

Zderzenie oczekiwań z rzeczywistością - „Młokos” Fiodor Dostojewski

Zapewne zauważyliście, że trochę mnie tutaj nie było. Okazało się, że poziom nagromadzonych spraw przedświątecznych po prostu mnie przytłoczył. Na szczęście wylądowałam już w rodzinnym domu i mam nadzieję znaleźć więcej czasu na stronę.
A Wam życzę wesołych świąt! Spędźcie je z bliskimi, spróbujcie zachować spokój, ale nie zachowujcie umiaru w jedzeniu. W końcu wszyscy wiemy, że to na Boże Narodzenie mamy przygotowują najpyszniejsze potrawy ;)

*Młokos*
Fiodor Dostojewski

*Język oryginalny:* rosyjski
*Tytuł oryginału:* Podrostok
*Gatunek:* klasyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1875
*Liczba stron:* 624
*Wydawnictwo:* MG

A więc i ty czasami cierpisz nad tym, że myśl nie da się wytłumaczyć słowami! To jest szlachetne cierpienie i dane jest tylko wybranym; głupiec zawsze jest zadowolony z tego, co powiedział, a przy tym zawsze powie więcej, niż trzeba; oni tak lubią na zapas.  

*Krótko o fabule:*
Dziewiętnastoletni Arkadiusz Wiersiłow znajduje się w okolicznościach, które czynią problem wyboru możliwym i nieuniknionym. Możliwość zawiera się w jego młodości, nieukończeniu procesu kształtowania osobowości. Nieuniknioność zawiera się w stanie już zaczętego rozpadu jego osobowości, moralnego i psychicznego. Pisarz pokazuje, jak formuje się ona przez chciwość, żądzę zysku i rozpustę. W dodatku młokos to młody chłopak, który kocha swego ojca, ale do końca nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czy jest on bohaterem, czy łajdakiem.  

- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Jesień to moja ulubiona pora na czytanie klasyki, a szczególnie tej rosyjskiej. Nic nie zastąpi wymagającej lektury, gdy na zewnątrz siąpi deszcz i wszędzie panują ciemności. To wtedy potrafię dać się ponieść autorowi i poczuć wszystkie pisane przez niego słowa. Dostojewski pasuje do tego okresu wręcz idealnie, bo mnie klimat jego książek zawsze będzie się kojarzył z ponurym dniem i słońcem schowanym za chmurami. 

Młokos był przedostatnią powieścią Dostojewskiego, po nim napisał jeszcze moich ulubionych Braci Karamazow. Po przeczytaniu kilku jego książek można zauważyć czym się interesował jako autor. Jego bohaterowie za każdym razem są dogłębnie przeanalizowani psychologicznie. To osoby często porywcze, działające pod wpływem chwili i popełniające mnóstwo błędnych decyzji. Jego powieściom zawsze towarzyszy taki ciemny, mroczny klimat, a czytelnik ma przeświadczenie, że bohaterów czeka wiele bólu i cierpienia. Postacie zazwyczaj są targane emocjami, a przy tym popadają w skrajności, przykładowo jeżeli kogoś kochają - to na zabój. Dodatkowo, Fiodor Dostojewski zazwyczaj wybiera swoich bohaterów z takiej „średniej” grupy społecznej, a w trakcie fabuły wprowadza również świat arystokratów i pokazuje zderzenie postaci, pochodzących z różnych stanów.

Wróćmy jednak do samego Młokosa. Tym razem w centrum powieści znajduje się ciekawy konflikt rodzinny, pomiędzy ojcem i synem. Tytułowy młodzik, Arkadiusz, przyjeżdża do miasta z pewnym wyobrażeniem na temat swojego rodziciela, trzeba przyznać, że nienajlepszym. Chłopak jest również naszym narratorem, więc bądźcie pewni, że poznamy jego dogłębne przemyślenia na ten i wiele innych tematów. Przede wszystkim przekaże nam swoją ideę, którą zamierzał kierować się w życiu. Jak to jednak bywa z młodym, temperamentnym chłopakiem - wiele z jego planów zostanie zniszczonych przez niespodziewane wypadki. Często będzie również zmieniał zdanie co do poznanych osób, a konflikty będą eskalować i zmieniać swoich bohaterów. Czyli jak to u Dostojewskiego bywa - dramat będzie gonił dramat.

źródło

Fabuła w Młokosie rozrasta się ze strony na stronę, a tym samym ilość wątków może przytłoczyć. Autor nie zamierza się hamować i stawiając Arkadiusza w centrum wydarzeń, pozwala sobie jednak na tworzenie sporych rozgałęzień fabularnych. Kiedy Makary Iwanowicz zaczyna rozmawiać z młodzikiem, wtrącony zostaje cały rozdział, w którym opowie historię ze swojej przeszłości. Oczywiście, w każdym takim wtrąceniu znajdziemy pewien morał - raz pokazanie, że karma wraca, a w innej (krótkiej historii o nieszczęśliwej dziewczynie z sąsiedztwa) jak nieporozumienie potrafi doprowadzić do tragedii. Dlatego trzeba pamiętać, że Dostojewski nie jest lekki i przyjemny do przyswojenia. Ja nie potrafię go czytać w komunikacji miejskiej bądź kiedy toczą się wokół mnie głośne rozmowy. Potrzebuję ciszy i spokoju, wtedy chłonę prozę autora jak spragniona dobrej literatury gąbka.

Największym plusem tej powieści (jak i każdej Dostojewskiego) są bohaterowie. Na początku zostają czytelnikowi przedstawieni w określonym świetle, tak żeby można się połapać kto jest kim i dlaczego. Jednak te pierwsze wrażenie często okazuje się złudne. Postacie, które wydawały się negatywne nabiorą lepszego wrażenia i odwrotnie. Dostojewski stawia przed swoimi bohaterami wyzwania, które zmuszają ich do dokonywania trudnych wyborów, często mających na celu pogrążenie kogoś innego. Pokazuje nam, jak rozpusta i chciwość potrafią doprowadzić do zgorszenia moralnego. Trochę żałuję, że postacie kobiece (po raz kolejny) zostały przedstawione trochę mniej interesująco. Może to się wiąże z czasami, w których żyły, ale brakowało mi tam więcej ikry. Ciekawy jest za to wątek Wiersiłowa, który niejako ma w sobie dwie osobowości i dowiemy się, że nosi ze sobą jakby złego brata bliźniaka. To wręcz szaleństwo ukryte gdzieś głęboko we wnętrzu człowieka.

Młokos jest lekturą przepełnioną przemyśleniami. Podejrzewam, że każde kolejne podejście do czytania sprawi, że odkryjemy następne prawdy, którymi raczył nas Fiodor Dostojewski. Pod pozorem prostej historii o dość skomplikowanej rodzinie, mogliśmy dowiedzieć się wiele o czasach, w których żył autor, ale także o samej naturze człowieka. Dostojewski zawsze miał pewną łatwość w niszczeniu oczekiwań czytelnika co do dalszych losów bohaterów, dlatego przygotujcie się, że również tutaj zostaniecie zaskoczeni podczas lektury. Polecam!

Moja ocena: 8/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

niedziela, 10 grudnia 2017

Szukając wyjścia - „Ciemna strona” Tarryn Fisher


*Ciemna strona*
Tarryn Fisher

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Mud Vein
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* SQN

Każdy z nas ma kogoś, kto mu przypomina, jak potrafi boleć miłość. Bezwarunkowa miłość przeciekająca nam przez palce niczym piasek.

*Krótko o fabule:*
W dniu swoich trzydziestych trzecich urodzin popularna pisarka Senna Richards budzi się uwięziona w obcym domu. Została porwana, ale nie wie przez kogo ani dlaczego. Szybko staje się jasne, że jeśli chce odzyskać wolność, powinna dokładnie przyjrzeć się swojej przeszłości i odczytać pozostawione jej wskazówki. Jednak przeszłość skrywa mroczne tajemnice…
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Ostatnimi czasy nastąpił prawdziwy wysyp miejsc rozrywki zwanych „Escape Roomami”. Gra polega na tym, że zamykają Ciebie z przyjaciółmi w pokoju. W określonym czasie musicie rozwiązać zagadki, ukryte w pomieszczeniu i znaleźć sposób na wyjście. Adrenalina, wspólna praca nad rozwikłaniem problemu, chęć wykazania się logicznym myśleniem - to wszystko sprawia, że Escape Room jest świetnym sposobem na alternatywne spotkanie ze znajomymi. Sprawa ma się zgoła inaczej jeśli zostajemy zamknięci wbrew własnej woli, z osobą, z którą chcieliśmy zerwać wszelki kontakt. A taka sytuacja spotyka główną bohaterkę Ciemnej strony.

O Tarryn Fisher trudno było nie usłyszeć w ciągu ostatnich miesięcy. Początkowo kojarzyła się przede wszystkim z literaturą młodzieżową (napisała trylogię rozpoczynającą się od tytułu Mimo moich win, a razem z Colleen Hoover stworzyły Never, never). Jednak ostatnio zaczęły się pojawiać książki dla trochę starszych czytelników, trzymające w napięciu, napisane z nutką grozy. Mam tutaj na myśli Margo i Bad mommy. W moje ręce pierwsza trafiła nowość wydawnicza, czyli Ciemna strona.

Trudno nie rozpocząć od wyłuszczenia największej zalety tej powieści - ona wciąga. I nie w taki normalny sposób, że człowiek ma ochotę poznać rozwiązanie zagadki i chciałby szybciej dotrzeć do zakończenia. To raczej jest pewne uzależnienie od czytania, ponieważ po prostu nie potrafimy przestać. Normalnie przeplatam sobie różne książki, jedne czytam w domu, drugie w tramwaju. W przypadku Ciemnej strony po prostu musiałam zostawić wszystko inne i skupić się jedynie na tej jednej powieści, powtarzając sobie w nieskończoność „jeszcze tylko jeden rozdział”.
źródło
Podobał mi się sposób prowadzenia narracji. Brak tutaj powolnego rozwoju akcji i wprowadzania w świat przedstawiony. Pierwsze strony rzucają nas w wir wydarzeń, gdzie razem z bohaterką próbujemy rozwikłać w jakim miejscu się znajdujemy i kto nas w nim umieścił. Poznajemy też w domku partnera (a raczej współwięźnia) i od razu możemy domyślić się, że bohaterka skądś go zna, ale autorka niczego nie zdradzi nam od razu. Na początku przyzwyczaimy się do zamknięcia i wpadniemy w pewien rytm życia bohaterów. A kiedy będziemy gotowi zaczniemy odkrywać wydarzenia z przeszłości, które stworzą z teraźniejszością pełen obraz psychologiczny bohaterów.

Także jest ciekawie, akcja naprawdę wciąga od pierwszych stron do ostatnich. Na dodatek postacie są intrygujące. Główną bohaterką jest Senna, poczytna pisarka, której przeszłość maluje się raczej w ciemnych barwach. To kobieta, która przeżyła wiele traumatycznych wydarzeń, takich, które potrafią złamać nawet najsilniejszą osobowość. Możemy wyczuć bijące od niej uczucie odosobnienia, niechęci do zawierania więzi z innymi. Do tego stopnia, że stara się usunąć ze swojego życia osoby i sytuacje, sprawiające jej radość - może ze względu na fakt, że obawia się niesionych z nimi, kolejnych możliwości na odczuwanie bólu?
Jej współwięźniem jest Isaac, dobrze prosperujący lekarz, którego ciało znaczą tatuaże, dotyczące trudnych spraw z lat młodocianych. Oczywiście domyślamy się, że z Senną się znają i łączy ich wspólna przeszłość. W tym wypadku lepiej więcej nie zdradzać, a poznać ich historię z książki.

Na plus działa powolne rozwiązywanie zagadki domku, szczególnie kiedy zaczynamy rozpoznawać znajdujące się w nim wskazówki, dotyczące wydarzeń z życia bohaterów, poznawane dzięki retrospekcjom. Pojawiły się pewne nielogiczności (jeżeli wszystko szło do kominka to jakim sposobem uchował się stół?), ale autorka nadrabiała je wartką akcją. Oprócz tego ciekawym motywem było wplecenie w fabułę elementów muzycznych, które klimatycznie pasowały do odbioru całości.

Ciemna strona to oryginalny thriller psychologiczny, który potrafi niesamowicie wciągnąć. Fisher kreuje depresyjny klimat, powoli odkrywając przyczyny, stojące za nieprzyjemnym charakterem swojej bohaterki. Czy poszukując wyjścia ze swojego więzienia, znajdzie również remedium na swoje problemy i uda jej się wyjść z depresji? Tego dowiecie się czytając tę książkę. Przygotujcie się na sporą dawkę mroku i dramatycznych sytuacji, poznajcie oryginalną historię miłosną i dajcie się zaskoczyć rozwiązaniem zagadki. Warto przeczytać.


Moja ocena: 7+/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

środa, 6 grudnia 2017

Listopadowa micha filmów

W tym miesiącu udało mi się obejrzeć dość sporo filmów. Wciąż nie jest to imponujący wynik, ale patrząc na roczną średnią to źle nie jest.
Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA

Iluzja 2 (2016)

źródło
Pamiętam, że pierwsza część przygód uzdolnionych magików to było takie fajne kino rozrywkowe. Oglądało się przyjemnie, obsada dawała radę - idealnie sprawdzało się kiedy ma się ochotę na coś lekkiego. Niestety, druga część nie spełniła oczekiwań.
Czterej Jeźdźcy po głośnym skoku, pozostawali w ukryciu i czekali na kolejną szansę, żeby pojawić się w świetle reflektorów. Do grupy dołącza nowa osoba, przykrywka Dylana wydaje się coraz bardziej krucha, a na grupę czeka kolejne zadanie do wykonania.
Ten film oglądało mi się po prostu źle. Miałam momenty, w których chciałam go wyłączyć, ale z zasady daję szansę filmom do ostatnich minut. To, co działało w pierwszej części, tutaj zostało zatracone. Sztuczki wcześniej przykuwały wzrok i wzbudzały podziw, natomiast w kontynuacji twórcy chcieli wszystkiego za dużo, przez co możemy oglądać popisy techników komputerowych, a nie magii, którą zazwyczaj prezentują iluzjoniści. Na dodatek bohaterowie, których polubiłam, zostali zmiażdżeni przez słaby scenariusz. Isla Fisher podczas kręcenia sequelu zaszła w ciążę, więc zastąpiono ją Lizzy Caplan, na którą pomysł napisano chyba na szybko, na kolanie. Pojawia się nagle, od razu dołącza do grupy i nawet znajduje się miejsce dla wątku romantycznego z jej udziałem, wziętego z kosmosu (bo na pewno nie z motywacji bohaterów). Niestety, lubiani przeze mnie Eisenberg i Harrelson, są po prostu nijacy. Wątek brata bliźniaka Woody'ego to też moim zdaniem duże nieporozumienie. To nawet nie chodzi o to, że nie bawiło, ale było po prostu żenujące. W filmie najbardziej broni się moim zdaniem Ruffalo (ale mogło mi się wydawać, bo mam do niego słabość). Także odradzam. Pierwsza część dobra dla rozluźnienia, ale kontynuacji nie warto oglądać.

Moja ocena: 3/10

Morderstwo w Orient Ekspressie (2017)

źródło
Chyba najgorszym uczuciem jest to, gdy czekasz na jakiś film, oglądasz wszystkie zwiastuny, fotosy i gdy nareszcie pojawia się w kinie, biegniesz na seans, a tam czeka cię rozczarowanie. Tak miałam z najnowszą ekranizacją książki Agathy Christie.
W jednym z wagonów pociągu ginie człowiek, bogaty biznesman (Johnny Depp). Na szczęście wsród pasażerów jest Hercules Poirot (Kenneth Branagh), znany detektyw. Podejmuje się zadania znalezienia mordercy wśród 13 podejrzanych.
Tak się cieszyłam, że przed seansem nie przeczytałam książki ani nie widziałam wcześniejszych ekranizacji. Wiedziałam, że dzięki temu dodam filmowi punktów za zaskoczenie w postaci rozwiązania zagadki. Niestety, nic to nie pomogło, bo w najnowszym dziele Branagha brak jakichkolwiek śladów suspensu. Już pierwsze sceny pokazują, w którą stronę poszedł reżyser i cóż, nie jest to mój wymarzony kierunek. Zamiast stworzenia gęstej atmosfery i wykorzystania plejady gwiazd na pokładzie, Branagh decyduje się na pokazanie nam bajeczki z tajemnicą do rozwiązania. Wszystko tutaj jest ładne i poprawne, przez co staje się nudne. Reżyser sili się także na momenty komediowe, które są moim zdaniem kompletnie nie trafione (przykład - na początku filmu Poirot niechcący wchodzi w niewiadomego pochodzenia kupę, a że jest wyznawcą symetrii, postanawia zatopić w niej też drugiego buta - powiedziałabym, że bardziej niesmaczne niż zabawne). Aktorsko powinno być idealnie, ale niestety wydaje mi się, iż nastąpił tutaj przesyt gwiazd, które nie do końca mogą wykorzystać swoje umiejętności. Cóż, głównym bohaterem jest Poirot, reszta pojawia się na ekranie dość sporadycznie, nie mają więc dużo miejsca na popisy. Branagh moim zdaniem poradził sobie z postacią dobrze, chociaż kim ja jestem, żeby to oceniać? Ani nie widziałam poprzednika, ani nie znam pierwowzoru z książki! No, ale nie przeszkadzał mi w tej roli, miał na nią jakiś pomysł, chociaż swoją przerysowaną grą przypominał czasami postać z jakiejś kreskówki, a nie człowieka z krwi i kości. Cóż, taką bajkową konwencję sobie wybrał i tak całość prowadził. Rozwiązanie zagadki było zaskoczeniem, ale podanym w taki sposób, że nie wyczułam tam żadnego narastania emocji i oczekiwania. Po prostu nagle Poirot przedstawił widzowi wszystko na tacy i tyle. Brakowało pokazania jakiegoś głębszego procesu dochodzenia do prawdy. Wyszło z tego takie kino familijne i to nie najwyższych lotów. Ot, do obejrzenia przy niedzielnym obiedzie. 
Ale kostiumy i charakteryzacja ładne.

Moja ocena: 5/10

Liga Sprawiedliwości (2017)

źródło
W kinach co jakiś czas pojawia się kolejny film o superbohaterach, a ja niezmiennie wybieram się na te seanse. Najczęściej wywodzą się one spod szyldu Marvela, ale DC się nie poddaje i wciąż walczy. Jak sobie poradziło z najnowszym filmem?
Batman (Ben Affleck) staje przed ciężkim zadaniem - żeby pokonać niszczyciela światów, którego kolejnym celem jest Ziemia, musi zebrać specjalną drużynę superbohaterów. 
Pamiętam, że kiedyś każdy taki film wzbudzał we mnie duże emocje. Uwielbiałam oglądać te postaci w ciasnych rajtach, po raz setny ratujące nasz świat przed zagładą. Wraz z wiekiem przyszło jednak znużenie utartymi schematami. Na szczęście współcześni twórcy zdają sobie z nich sprawę i starają się przełamywać konwenanse i odchodzić od zbędnego patosu. No, może nie w DC. Tutaj nadal mamy poważnych superbohaterów, którzy z zaciętą miną będą bronić każdej jednostki. I za każdym razem kiedy film uderzał w te dobrze znane, superbohaterskie tony, widz zgrzytał zębami. ALE! Okazuje się, że ostatnie sukcesy Marvela czegoś twórców nauczyły. Na całe szczęście obok sztywnych i nudnych: Batmana i Supermana, pojawia się ciekawy drugi plan, który o wiele poprawia jakość oglądanego filmu. Oczywiście najjaśniej błyszczy tutaj Flash, świetnie zagrany przez Ezrę Millera. To postać napisana niemal w całości jako komediowy dodatek i sprawdza się w tej roli bardzo dobrze. Oprócz tego pozytywnie wypada Aquaman, którego może nie jest zbyt dużo, ale grający go Jason Mamoa, ma w sobie tyle naturalnej swady i zadziorności, że gdy już się pojawia to trudno odwrócić od niego wzrok. Tym bardziej szkoda, że najważniejszym bohaterem wydaje się być tutaj Batman, którego stara się odzwierciedlić Ben Affleck. Niestety, kompletnie brakuje mu pomysłu na tę postać. Sama fabuła to oczywiście sztampa - duży i zły niszczyciel uwziął się na naszą planetę. Żadnych głębszych motywacji, żadnego ciekawego sposobu na pozbycie się tego pana. Jednak całość oglądało się dość przyjemnie. Jeżeli w kolejnych filmach będą coraz bardziej rezygnować z tego nadęcia superbohaterskiego, to może być coraz lepiej.
I ja tam chciałabym zobaczyć osobny film o Flashu.

Moja ocena: 6/10

Sing (2016)

źródło
Po zobaczeniu pierwszych zwiastunów jakoś nie byłam ciekawa tej animacji. Jednak kiedy pojawiła się w telewizji postanowiłam dać jej szansę. I dobrze zrobiłam.
Buster Moon tonie w długach, jego wymarzony teatr z każdą kolejną premierą przynosi coraz większe straty. Szukając rozwiązania problemu zaradny koala wpada na pomysł zorganizowania konkursu piosenki, w którym każdy może wziąć udział. 
Wydaje mi się, że Sing sprawdza się bardzo dobrze jako bajka dla dzieci. Jest kolorowa, pełna barwnych i zabawnych postaci, fabuła jest dość prosta i zrozumiała, a na dodatek znajdziemy w niej mnóstwo piosenek. Co prawda tutaj bardziej zadowolone mogą być osoby znające język angielski, bo przy okazji polskiego dubbingu zdecydowano się nie tłumaczyć piosenek i zostawić je w oryginale. Wydaje mi się, że to było dobre posunięcie, ale razi trochę niekonsekwencja - utwór, który na potrzeby konkursu tworzy jedna z bohaterek jest już w języku polskim. Przyznaję, że początek animacji trochę mnie rozczarował, szczególnie że nasuwa się pewne porównanie do świetnego Zwierzogrodu. Tutaj jednak nie skupiano się na detalach i odwzorowaniu jakiegoś obrazu prawdy - po prostu postawiono na rozrywkę. I w tej kwestii Sing daje radę, bo powoli nabiera rozpędu, aż gdzieś pod koniec naprawdę nie chciałam przerywać seansu. Podobał mi się pomysł tworzenia zespołu ze zwykłych, szarych mieszkańców, którzy mogli pokazać swój talent i zabłysnąć przed bliskimi. Temat walki o marzenia też zawsze popieram, a już tym bardziej, że to film skierowany do młodszych, którzy marzeń mają pewnie całą masę. Ale tak naprawdę najbardziej kupiła mnie postać asystentki Moona - panny Crawly. Bardzo bawiła mnie ta jej urocza niezdarność. Wydaje mi się, że warto animację zobaczyć. Nie będzie to jakieś wybitne dzieło, ale powinniście spędzić przy nim miło czas.

Moja ocena: 6/10

Najlepszy (2017)

źródło
O tym filmie nie słyszałam nic, dopóki nie pojawił się w kinie i nie narobił szumu. Wielu znajomych polecało, więc musiałam przekonać się o jego jakości na własnej skórze.
Jerzy Górski (Jakub Gierszał) był niepokornym chłopakiem, pełnym gniewu i szukającym ukojenia w narkotykach i alkoholu. W pewnym momencie postanawia zmienić swoje życie i zaczyna brać udział w  zawodach triatlonowych.
Przede wszystkim ta historia jest oparta na faktach i to na pewno dodaje całości dodatkowych atutów. Oglądając film wydaje się, że droga jaką przebył Górski była niemal niemożliwa do pokonania, a jednak jemu się udało. A my oczywiście lubimy oglądać historie, które pokazują nam, że niemożliwe staje się możliwe, jeżeli tylko włożymy w to serce i poświęcimy odpowiednią ilość pracy. Nowy film Palkowskiego (jego wcześniejszy wart obejrzenia tytuł to Bogowie) jest porządnie opowiedzianą historią, którą starano się podkolorować na tyle, żeby była atrakcyjna dla współczesnego widza. I w sumie to, do czego mogę się przyczepić to właśnie te zagrania, mające ubarwić ekran, a w konsekwencji psujące trochę radość oglądania. Chodzi mi tutaj o przerysowane momenty, przykładowo w scenach z meliny narkomanów - wszystko tam jest takie na siłę złe i patologiczne, aktorzy przecharakteryzowani do bólu, a przez to brakuje prawdy. Oprócz tego było wiele scen jakby podpatrzonych z typowego filmu hollywoodzkiego, na przykład kiedy Górski potyka się kilka metrów przed metą i resztę pokonuje niemal na czworaka, widząc za linią swoich bliskich, do których zmierza. Takie sceny wywoływały we mnie negatywne odczucia, szczególnie że oglądamy film na faktach, a nie kolorową produkcję familijną. Jednak oprócz tego Najlepszego oglądało się naprawdę dobrze. Przede wszystkim świetnie spisuje się scenariusz, który tworzy logiczną całość. Aktorzy radzą sobie dobrze, dla mnie Gierszał zagrał poprawnie (miał ciężką rolę do odegrania), ale całość skradł Jakubik - zagrał naturalnie, ze swoją wrodzoną lekkością i charyzmą. Jest to porządnie zrealizowany film, który wielu osobom przypadnie do gustu. Dla mnie - dobre polskie kino, więc na pewno warto się z nim zapoznać.

Moja ocena: 7/10


Śmietanka towarzyska (2016)

źródło
W kinach właśnie zagościł najnowszy film Woody'ego Allena, Wonder Wheel, a ja nadrobiłam jego poprzedni tytuł. 
Bobby (Jesse Eisenberg) postanawia wyrwać się z Bronxu i pojechać do swojego wujka Phila (Steve Carell), który trzęsie całym Hollywood. Tam poznaje intrygującą asystentkę, Vonnie (Kristen Stewart), która podbija jego serce.
Jeżeli miałabym określić czy bardziej lubię czy nie lubię twórczość Allena to zdecydowanie zagłosowałabym na to pierwsze. Ma na swoim koncie kilka filmów, które są moim zdaniem cudowne (jak Vicky Christina Barcelona bądź O północy w Paryżu), uwielbiam jego cięty humor i niepowtarzalne pomysły na scenariusze. Niestety, ostatnimi czasy ma raczej tendencję spadkową i tworzy w większej mierze zwykłe historie ze specyficznym klimatem niż oryginalne produkcje. Nie mówię, że to źle, ale po prostu trochę rozczarowuje, biorąc pod uwagę jego dobytek. Wciąż, filmy takie jak Śmietanka towarzyska ogląda się nader przyjemnie. Mamy tutaj ekscentrycznego głównego bohatera (kiedyś to Allen grał takich typków w swoich filmach, teraz szuka godnych następców), utrzymanie się w wybranym klimacie (tym razem blichtr minionych czasów Hollywood), a wszystko perfekcyjnie nakręcone, zmontowane i udźwiękowione. Brakuje tylko jej nutki oryginalności, która mogłaby widza w filmie rozkochać. Ten film akurat jest mi bliższy niż poprzednia dwa tytuły, które Allen nakręcił, bo zawsze lubiłam podglądać Hollywood od kuchni. Na dodatek w głównej roli dobrze radzi sobie Jesse Eisenberg, grając postać trochę znerwicowaną i roztrzęsioną, ale uparcie dążącą do celu. Miło się patrzy na Kristen Stewart i Blake Lively, chociaż nie mają jakiegoś dużego pola do popisu. Ogólnie, film ogląda się przyjemnie, może szału nie uświadczymy, ale możemy dobrze spędzić te półtorej godziny.

Moja ocena: 7/10

Thor: Ragnarok (2017)

źródło
Czas na takie wyznanie: nie jarałam się zwiastunem Thor: Ragnarok. Kiedy pojawił się w sieci i wszyscy piali z zachwytu, ja widziałam tam chaos. A z tego chaosu powstało coś pięknego!
Thor (Chris Hemsworth) wraca do Asgardu. Okazuje się, że jego planecie grozi Ragnarok, czyli taka ichniejsza apokalipsa. 
Zacznijmy od tego, że długo nie interesowałam się tą produkcją, więc nie wiedziałam kto zajął się reżyserią nowej części przygód nordyckiego boga. I tutaj takie zaskoczenie - toż to Taika Waititi! Pan od cudownego Co robimy w ukryciu, idealnie wpasowujący się w moje gusta komediowe. Dlatego gdy się o tym dowiedziałam, a później poczytałam pierwsze recenzje (ogólnie opisujące Thora bardziej jako komedię niż kino superbohaterskie) wiedziałam, że muszę jak najszybciej go zobaczyć. I oczywiście się nie zawiodłam. Już pierwsza scena wprawiła mnie w świetny humor, po prostu nie mogłam powstrzymać śmiechu. Może lepiej się stało, że byłam przygotowana na taką komediową jazdę, bo to właśnie dostałam. Faktycznie, zgodzę się, że są zgrzyty. Montaż nie był najwyższych lotów, historia raczej z serii tych naciąganych, zła postać słabo zmotywowana i znowu chcąca po prostu przejąć władzę. A mimo to był to bardzo dobry seans. Na dodatek widać było, że aktorzy bawili się świetnie, przez co radość aż kipiała z ekranu. Cate Blanchett, której przypadła rola „tej złej” emanowała charyzmą i znalazła ciekawy pomysł na przedstawienie swojej postaci. Jednak dla mnie najlepsze były sceny z Lokim i Thorem w rolach głównych. O matulu kochana, to taki wspaniały duet! 
O niedociągnięciach już wspominałam, ale mimo wszystko uważam, że Waititi był bardzo konsekwentny w prowadzeniu filmu. Wszystko było kolorowe, głośne i przerysowane, a zarazem niesamowicie absorbujące uwagę widza. Szczególnie, jeżeli ten typ humoru trafi w jego gusta. To jeden z niewielu ostatnio oglądanych przeze mnie filmów, do których mam ochotę wrócić, bo wiem, że znowu wywoła we mnie salwy śmiechu. 

Moja ocena: 8/10

To wspaniałe życie (1946)

źródło
Klasykę nadrabiam powoli, ale konsekwentnie do przodu! Często spotykałam To wspaniałe życie na listach starych filmów, które trzeba obejrzeć i w końcu mi się to udało.
George Bailey (James Stewart) od dziecka marzył, żeby wyrwać się z małej, rodzinnej mieściny i zwiedzić cały świat. Jednak życie przyszykowało mu zupełnie inny scenariusz.
Film miałam zapisany na dekoderze już od ponad roku, ale czekałam cierpliwie na okres bardziej świąteczny. Wszystko dlatego, że naczytałam się opinii, jakoby To wspaniałe życie było idealnym tytułem na ten czas. I faktycznie, sprawdza się w tej kwestii bardzo dobrze, ale moim zdaniem nie trzeba się ograniczać - to będzie świetny film na każdy okres! Przede wszystkim scenariusz robi wrażenie. To kino familijne, ale nie wpada w tony zbytnio moralizatorskie. Jest raczej lekko, a zarazem intrygująco. Historia George'a może nas wiele nauczyć - za każdym razem gdy jego marzenia są już na wyciągnięcie ręki, życie rzuca mu kolejną kłodę pod nogi. Jednak morał, który płynie z całości jest naprawdę rozczulający. To też dlatego stwierdzono, że to idealny film na święta. W tym okresie lubimy oglądać ogrzewające serce historie zwykłych ludzi, którzy dla niektórych są niezastąpieni i niezbędni do funkcjonowania. Świetnie sprawdza się tutaj wątek romantyczny. Między Jamesem Stewartem a Donną Reed chemia aż kipi, oboje zagrali swoje role perfekcyjnie. Niektórych scen zapewne nigdy nie zapomnę, jak chociażby rozmowa podczas spaceru (z której pochodzi powyższy gif) bądź wspólne korzystanie z telefonu (matulu, jak tam iskrzyło!). Bardzo dobrze sprawdza się też motyw fantastyczny, który wspomniany zostaje już na początku, później długo pozostaje uśpiony, żeby znowu pojawić się pod koniec filmu. Henry Travers, odgrywający w tym wątku główną rolę z miejsca zdobywa serce widza. Bije z niego dziecięca naiwność i wiara w ludzi.
Warto zobaczyć.

Moja ocena: 8/10

Oprócz tego widziałam:

  • Nerve (2016) - jak na młodzieżówkę to nie był to zły film, przede wszystkim poruszał ciekawy współcześnie problem. Końcówka słaba i naciągana. (5/10)
  • Pochowaj me serce w Wounded Knee (2007) - film dotyczy ciekawego rozdziału z historii Stanów Zjednoczonych. Jednak momentami się dłużył. (6/10)
  • Już za tobą tęsknię (2015) - poczytałam opinie o tym filmie i spodziewałam się morza wylanych łez. Okazało się, że był na to za bardzo hollywoodzki, więc nie poruszył mnie tak jak myślałam. (6/10)
  • mother! (2017) - uwielbiam go za wzbudzane kontrowersje. Dzięki temu, że przeczytałam wcześniej, że będą w nim odniesienia biblijne, całość była dla mnie dość jasna do odszyfrowania. Film, o którym będziemy mogli długo dyskutować z przyjaciółmi (sprawdzone!). Jedni docenią, inni nie. Warto sprawdzić. (8/10)



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka