Pokazywanie postów oznaczonych etykietą star wars. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą star wars. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 sierpnia 2018

Micha filmów

Dawno tutaj mnie nie było, a jeszcze dawniej nie było wpisu o filmach. Trochę przez to, że po prostu nie miałam czasu na oglądanie, trochę przez brak chęci do pisania. Dlatego dzisiaj kilka słów o świeższych seansach i w telegraficznym skrócie o wcześniej obejrzanych. Zapraszam.

Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA


Kometa (2014)

źródło
Przypadkowe spotkanie dwójki młodych ludzi prowadzi do burzliwej relacji i trwającego sześć lat związku między Dellem (Justin Long) i Kimberly (Emmy Rossum). 
Wiele razy natknęłam się już na screeny z tego filmu i za każdym razem stwierdzałam, że to może być coś dla mnie. Kiedy w końcu go włączyłam mój zapał jakby się wypalił. Odebrałam go raczej jako zwykłą historię miłosną bez żadnych fajerwerków. Wydawało się jakby reżyser chciał spróbować czegoś mniej oczywistego, ale tych dziwnych elementów było za mało w kontekście całości, a przez to film określić mogę tylko jako niezły. Na pewno na plus działa ciekawe prowadzenie kamery i miła kolorystyka zdjęć. Scenariusz ma kilka bardzo mocnych momentów, ale te w większości można zobaczyć na screenach z cytatami w Internecie. Podobał mi się pomysł z zaburzeniem chronologii, ale trochę się zepsuł kiedy całość zaczęła się składać w jeden obrazek - wolałabym coś bardziej niedopowiedzianego. Aktorsko jest dobrze - główna para charyzmatyczna i charakterystyczna, ale zabrakło tej dodatkowej iskry, która pozwoliłaby nam zapałać do nich większą sympatią. Podsumowując, jest to trochę film, który został zniszczony przez moje oczekiwania co do niego, a szkoda. Może warto do niego podejść z czystą głową, wtedy może zaskoczy? Jak sprawdzicie, to dajcie znać.

Moja ocena: 6/10



Han Solo: Gwiezdne wojny - historie (2018)

źródło

Ten film to taka geneza powstania legendy Hana Solo (Alden Ehrenreich) - zobaczymy gdzie się wychował, jak poznał swoich kompanów, dlaczego postanowił zostać przemytnikiem. 
Najnowszy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen już niemal zniknął z repertuarów kin, ale mnie udało się jeszcze go zobaczyć. W międzyczasie nasłuchałam się wielu narzekań, że odstaje od całej reszty. No i faktycznie, tak jest. Nie zrozumcie mnie źle - ta filmowa opowieść o Hanu Solo jest całkiem niezła, ogląda się dobrze, ale brakuje jej dodatkowej nutki ekscytacji, którą wywoływały inne historie Gwiezdnych Wojen. Wydaje mi się, że wszystko przez obranie dość bezpiecznej drogi i skupienie się na fanach, do tego stopnia, że brakowało w tym jakiejś zabawy. Wręcz wydawało mi się, że na siłę starano się wrzucić w film nawiązania do tego, co znamy, np. fragment rozmowy, w której dowiadujemy się dlaczego Han mówi do kompana Chewie. Całość wypada jako dobry film przygodowy, lekkie kino akcji, bez jakichkolwiek dodatkowych zachwytów. Najbardziej chyba podobał mi się Lando, pokazał charakter, miał ciekawą relację ze swoim robotem, no i jego pelerynki zdecydowanie rządzą. Jeżeli chodzi o Aldena, to chociażby ze skóry wyłaził nie uwierzę w jego Hana Solo (jednak Ford to Ford). Trzeba jednak przyznać, że ten aktor ma w sobie czar i jego uśmiech rozbraja (wciąż, to jednak nie Han Solo).  Emilia Clarke natomiast wypada jakoś sztywno (pomysł na rozwinięcie tej postaci też słabo mi się spodobał). Ogólnie miły film przygodowy na niedzielne popołudnie, ale odstający od innych produkcji z uniwersum Gwiezdnych Wojen

Moja ocena: 6/10


Sin City - Miasto Grzechu (2005)

źródło
Trzy historie, których akcja rozgrywa się w Basin City - Mieście Grzechu - będącym siedliskiem prostytutek, przestępców i skorumpowanych obrońców prawa.
Jeden z filmów, który uważa się już za klasykę kina gatunkowego, a także za najlepiej zrealizowaną ekranizację komiksu. Słyszałam o nim wiele, ale przez długi czas odstraszała mnie wizja brutalności tego świata. Postanowiłam się jednak przemóc i cóż... ten seans to na pewno było oryginalne przeżycie. 
Sama realizacja naprawdę robi wrażenie. Podobno wszystko nagrywane było na greenscreenie, a cały świat powstawał w postprodukcji. Wyszło bardzo ciekawie - wręcz wydaje nam się, że przeglądamy strony komiksu przewracane w odpowiednim tempie. Na pewno trzeba zauważyć, że faktycznie film przeznaczony jest dla widzów dojrzałych - sporo tam nagości, a trupy ścielą się bardzo gęsto. W reżyserię filmu oprócz Roberta Rodrigueza i Franka Millera (autora komiksów) zaangażowany był również Quentin Tarantino, więc ilość przelanej krwi jest, jaka jest. 
Ogólnie, film szczególnie do mnie nie trafił. Miał kilka mocnych momentów, kilka bardzo dobrych ról aktorskich (szczególnie pasował Rourke, ale świetny był del Toro czy Rosario Dawson), fabuła dość intrygująca, bo niby trzy odrębne historie, ale w jakiś sposób ze sobą powiązane. Jednak dla mnie to było trochę za dużo, ta forma przerosła w tym wypadku treść. Doceniam, ale się na pewno nie zakochałam

Moja ocena: 7/10


Egzamin (2016)

źródło
Dla Romea Aldei najważniejsza jest córka, która właśnie zdaje maturę i wybiera się na studia do Wielkiej Brytanii. Tuż przed egzaminami zostaje napadnięta, a ojciec próbuje zrobić wszystko, aby załatwić córce dobry wynik. 
Szybciutko przechodzimy od krwawego, iście hollywoodzkiego mordobicia do cichego rumuńskiego dramatu. Egzamin to zdobywca Złotej Palmy z Cannes za najlepszą reżyserię w 2016 roku. Jest to typowe kino festiwalowe, czyli najważniejsze to poświęcić mu sto procent uwagi i doceniać te specjalnie wydłużane ujęcia, w których możemy poczuć bijące z ekranu emocje. Egzamin skupia się na postaci zagubionego ojca, który uważa kilka swoich życiowych decyzji za błędne i nie chce, żeby takie same popełniła jego córka. Równocześnie, obok tego dramatu rodzinnego obserwujemy kondycję całego społeczeństwa. Ustawianie stołków, łapówkarstwo, koneksje - to wszystko jest tutaj na porządku dziennym. Oglądało się go naprawdę dobrze, spora w tym zasługa bardzo sprawnego prowadzenia narracji w filmie. Moim zdaniem nie było w nich zbędnych dłużyzn, a początkowy napad nadaje całości odpowiedni poziom napięcia. Aktorzy radzą sobie świetnie, trudno tutaj kogoś wyróżnić, bo wszyscy stają na wysokości zadania. To na pewno kino warte zobaczenia, może nie dla każdego, ale dajcie mu szansę.

Moja ocena: 7/10

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (2016)

źródło
Grupa przyjaciół podczas wspólnej kolacji postanawia w ramach niewinnej zabawy upublicznić wszystkie swoje e-maile, rozmowy i wzajemnie skrywane tajemnice. 
Nie potrafię zliczyć ile razy słyszałam, że muszę obejrzeć ten film. Polecali mi go znajomi, czytałam dobre opinie na forach, ten tytuł przewijał się po prostu wszędzie. Kiedy nazbiera się taka ilość oczekiwań to czasami można się srogo zawieść. Nie w tym przypadku. 
Przede wszystkim to świetnie napisany tekst. Rzadko mam tak, że ani chwila filmu mnie nie nuży, a tutaj się udało. Mimo że faktyczna wartka akcja rozkręca się gdzieś za połową, to od początku trudno oderwać wzrok od ekranu. Bohaterowie są precyzyjnie nakreśleni, a fakt wprowadzenia gry sprawia, że na każdego patrzymy nieco bardziej podejrzliwie, zastanawiamy się jakie może skrywać sekrety. To, że jest to grupa przyjaciół podkręca atmosferę, bo wiadomo, że tajemnice ukrywane przed najbliższymi bolą najbardziej. Świetnych było kilka zwrotów akcji, kiedy już miało się coś wydać, a okazywało się, że to tylko fałszywy alarm. Czyli w skrócie: scenariusz, scenariusz, scenariusz - wspaniale napisany i wyreżyserowany, z idealnie budowanym napięciem. Oczywiście wspomnę również zakończenie, które okazało się bardzo dobrą klamrą całości. Aktorzy dobrani perfekcyjnie, trudno wybrać tutaj swojego ulubieńca. Po prostu - tak, wszyscy mają rację i ten film po prostu trzeba obejrzeć!

Moja ocena: 9/10


Zimna wojna (2018)

źródło

Historia wielkiej i trudnej miłości dwojga ludzi (Joanna Kulig i Tomasz Kot), którzy nie potrafią być ze sobą i jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. W tle wydarzenia zimnej wojny lat 50. w Polsce, Berlinie, Jugosławii i Paryżu.
Nasz powód do dumy - za Zimną wojnę Pawlikowski zgarnął nagrodę za reżyserię w Cannes. Oczywiście, gdy tylko trafiła do kin popędziłam na seans. Ida mi się podobała, doceniam reżysera, do tego jego współpraca z Łukaszem Żalem (ponownie odpowiedzialny za zdjęcia) wywołuje u mnie falę podziwu. A Zimna wojna okazała się jeszcze bliższym mi filmem niż poprzedni obraz Pawlikowskiego. Przyznaję, że w takich przypadkach jestem niepoprawną romantyczką i jeżeli zobaczę dobry film o miłości to się rozpływam. Tak było tym razem. Chociaż muszę zauważyć, że sama historia wydaje się bardzo banalna i gdyby ktoś inny miał to samo wyreżyserować to mogłoby wyjść z tego tanie romansidło. Na szczęście tym „kimś” był Pawlikowski, który z prostej historii o miłości zrobił świetny film. Zacznę może od technicznych spraw, ale naprawdę zdjęcia i muzyka znowu sprawiają, że ten film jest tak oryginalny i ciekawy. Nie wiedziałam, że występ polskiej grupy ludowej w czerni i bieli może mieć aż taki impakt, a miał! Scenariusz czasami wydawał się dość ckliwy i banalny, ale oprócz technicznych aspektów, całość poprawia jeszcze jeden ważny element - gra aktorska. Ja szczególnie zakochałam się w Joannie Kulig, która grając Zulę była tak bardzo nieodgadniona, niejednoznaczna, że po prostu fascynowała. Bardzo dobrze partnerował jej Tomasz Kot, tym razem jako rasowy artysta. Na dalszym planie miło było zobaczyć chociażby Agatę Kuleszę, która zręcznie kradnie dla siebie uwagę widza. Podsumowując, dla mnie perełka i na pewno będę czekać na kolejne filmy reżysera!

Moja ocena: 9/10


Oprócz tego widziałam dość sporo filmów, wypiszę może tylko te które polecam. Oto one:

  • Stań przy mnie (1986) - ekranizacja powieści Kinga, świetny dramat o nastoletnich perypetiach czwórki chłopców z małej, amerykańskiej mieściny, którzy wybierają się w intrygującą podróż. (7/10)
  • Deadpool 2 (2018) - kolejna część przygód niepoprawnego supebohatera nie zawodzi. Śmiechu w kinie było mnóstwo, akcja jest wartka i śledzi się ją z przyjemnością. (8/10)
  • Toni Erdmann (2016) - prawie trzygodzinny kandydat do Oscara dla nieanglojęzycznego filmu. Dla mnie dziwnie fascynujący, wspaniale zagrany, ze scenami, które nie potrafią opuścić widza na długo po seansie. (8/10)
  • Wyspa psów (2018) - najnowsza animacja Wesa Andersona to znowu wspaniały obraz. Ja akurat jestem fanką reżysera, więc prawie wszystko przyjmuję z miłością. Chociaż Fantastyczny pan Lis bardziej mi się podobał. (8/10)
  • Ostrożnie, pożądanie (2007) - grupa rebeliantów, próbująca zwalczyć okrutnego polityka w Szanghaju pod japońską okupacją, do tego bardzo specyficzny romans i mnóstwo dalekowschodniej kultury - oglądałam z przyjemnością. (8/10)
  • Avengers: wojna bez granic (2018) - o tym filmie już wszystko zostało powiedziane. Ja dodam, że zakochałam się całym serduszkiem (chociaż wcześniejsi Avengersi nie bardzo mnie porywali). Czekam na dalszy ciąg! (9/10)
  • Rejs (1970) - kultowy polski film, któremu do tej pory jakoś nie było ze mną po drodze. Ostatnio usiadłam, włączyłam i się zakochałam. Większość aktorów to amatorzy, mnóstwo improwizacji i wychodzi świetny obraz społeczeństwa. Trzeba obejrzeć! (9/10)


A Wy, co ostatnio ciekawego obejrzeliście?

piątek, 5 stycznia 2018

Grudniowa micha filmów

Grudzień pod względem filmowym był wręcz bardzo dobry. Obejrzałam sporo rewelacyjnych tytułów, o których więcej możecie przeczytać w tej notce. Zapraszam :)
Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA

Stolik 19 (2017)

źródło
Eloise (Anna Kendrick) przychodzi na wesele swojej najlepszej przyjaciółki. Ze względu na pewne, dość nieprzyjemne wydarzenie, dostaje miejsce przy ostatnim stoliku, gdzie siedzą osoby, uważane za mniej ważne wśród gości. 
Anna Kendrick to taka specyficzna aktorka, która albo przyciąga albo odstręcza. Mnie przekonuje jej osobliwa charyzma, dlatego czasami wyszukuję mniej znane tytuły z jej udziałem. 
Stolik 19 to przykład filmu, który idealnie nadaje się jako lekki umilacz czasu. Mamy grupkę osób, wśród których znajdziemy różne, charakterystyczne postaci. To spora zaleta tego filmu - każdy z siedzących przy stoliku jest sprawnie nakreślony i posiada własny konflikt wewnętrzny, z którym stara sobie poradzić przez te 90 minut. Są to też osoby bardzo zróżnicowane pod względem wieku i pochodzenia. Poznamy więc: podstarzałą nianię panny młodej, która w torebce nosi woreczek marihuany, nastoletniego Hindusa, który marzy o znalezieniu dziewczyny, a także ekscentrycznego kuzyna, który odsiedział wyrok za defraudację. Cała ta zgraja tworzy dość wybuchowy zespół, który z czasem zaczyna się rozumieć. Szczególnie, że każdy z nich jest bohaterem historii, poruszającej społeczne problemy, z którymi mniej lub bardziej możemy się utożsamiać. Dlatego kiedy tworzy się między nimi nić porozumienia i starają się pomagać sobie nawzajem, to kibicujemy im z całych sił. Oczywiście, nie spodziewajmy się fajerwerków - to wciąż dość prosty i skromny film, ale w tym tkwi jego siła. Podobało mi się wprowadzenie humorystycznej postaci byłego kryminalisty, za to żarty związane z marzeniami nastolatka często nie trafiały w sedno. 
Za to trzeba przyznać, że film ładnie schodzi z utartej ścieżki komedii romantycznych i serwuje widzowi zaskoczenie, które jest bardzo wiarygodne i życiowe. 
Całość jest bardzo dobrze zagrana. Oprócz słodkiej Kendrick, pojawiają się także świetne: Lisa Kudrow i June Squibb. Każdy zresztą oddaje swoją postać z pasją i zaangażowaniem. Także, Stolik 19 jako umilacz czasu powinien się sprawdzić.

Moja ocena: 7/10

Vaiana: Skarb Oceanu (2016)

źródło
Vaiana jest prawowitą następczynią tronu. Jednak za sprawą opowieści, które snuje jej babka, rodzi się w dziewczynie chęć przeżycia niesamowitej podróży i znalezienia tajemniczego półboga.
Animacja Disneya miała swoją premierę już ponad rok temu. Zazwyczaj staram się nadrabiać takie filmy jak najprędzej, ale Vaiana jakoś mnie nie kusiła. Trochę ten cały polinezyjski klimat nie zachęcał mnie do oglądania. Jednak gdy w końcu usiadłam do seansu, okazało się, że jest to cudowna bajka.
Przede wszystkim wyczuwałam w niej silne echo animacji z dzieciństwa. Zdecydowanie to tytuł, który sięga do korzeni Disneya, wyciągając z przeszłości to, co najlepsze i dodając do tego współczesnych smaczków. Znowu bohaterce towarzyszy jakiś zwierzak, tym razem dość bierny, ale niosący sporo śmiechu kurczak. A Vaiana to księżniczka, prawda. Różnica jest jednak znacząca, bo  dziewczyna nie będzie ratowana przez księcia (w ogóle warto wspomnieć, że brak tutaj miejsca dla wątku romantycznego). Księżniczka weźmie sprawy we własne ręce i postanowi ratować dom, chociażby kosztowało ją to życie. Vaiana jest świetną bohaterką. Silna, bardzo sympatyczna, a zarazem przechodząca wiele momentów zwątpienia. Dzięki temu zyskuje na wiarygodności, a my możemy jej kibicować. Jej charakter wypada najlepiej w scenach konfrontacji z pyszałkowatym, zapatrzonym w siebie półbogiem, Mauim. Na początku można go dość łatwo zaszufladkować, ale z czasem nauczymy się, że każdy bohater powinien dostać od nas szansę na naprawę swoich błędów.
Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownej pracy animatorów - bajka jest na wskroś kolorowa, a każda z postaci bardzo charakterystyczna. Wydawać by się mogło, że pokazanie morskiej podróży może być nudne, jednak nic bardziej mylnego! Ocean jest przepiękny i skrywa mnóstwo sekretów (dających możliwość popisu technikom animacji). Piosenki pozostają w klimacie całości, łatwo wpadają w ucho i zostają z nami na dłużej. Warto wspomnieć o utworze wykonywanym w polskim dubbingu przez Macieja Maleńczuka, który świetnie sobie poradził z przedstawieniem swingującego kraba. 

Moja ocena: 8/10

Coco (2017)

źródło
Miguel to nastoletni meksykański chłopiec, który marzy o karierze piosenkarza. Niestety na drodze do spełnienia celu staje jego rodzina, która jest przeciwna wszystkiemu co jest związane z muzyką.
Oczywiście, że musiałam zobaczyć Coco. W końcu jest to animacja, która najpewniej zgarnie tegorocznego Oscara dla najlepszego filmu animowanego. Chociaż ja wciąż kibicuję Vincentowi.
Nie można zaprzeczyć, że Coco to bardzo dopracowana animacja, tutaj wszystko się zgadza. Fabuła wciąga od samego początku. Poznajemy dość ekscentryczną rodzinkę, której członkowie starają się wpoić Miguelowi, że najważniejsza jest pamięć o przodkach. I to jest spora siła animacji. Różni się od całej reszty bajek, które uczą nas, że wszystko jest możliwe jeżeli tylko będziemy marzyć. Nie, tego nie znajdziemy w Coco. Twórcy postanowili dość brutalnie pozbawić nas złudzeń - czasami warto zrezygnować ze swoich ambicji, a przyjrzeć się temu, co mamy wokół siebie. Bo ślepo ganiając za marzeniami, możemy stracić coś o wiele ważniejszego niż kariera. I to jest nauka, którą niektórzy w tej historii poznają, niestety, za późno.
Fabuła jest absorbująca i toczy się po dość przewidywalnych torach. Znajdzie się jednak miejsce dla świetnego plot twistu. W momencie zaskoczenia fragmenty układanki bardzo zgrabnie wskakują na odpowiednie miejsce i całość zaczyna nabierać nowych znaczeń. Przyznaję, że sama się nie spodziewałam takiego przebiegu spraw.
Ach, no i oczywiście: skoro jest to historia z odniesieniem do spraw ważnych i ważniejszych w naszym życiu to naturalnie mnóstwo miejsca zajmują wzruszenia. Nie wiem jak Wy, ale ja w takich momentach nie potrafię powstrzymać płaczu. A tutaj było tego całkiem sporo, zostawiłam w kinie całą masę łez. Przepraszam dzieciaki!
W warstwie wizualnej to arcydzieło. Nieważne czy widzimy wioskę Miguela czy zaświaty - każdy z tych światów przyciąga wzrok i robi ogromne wrażenie. Świetnym dodatkiem jest tutaj postać niezdarnego, acz uroczego psiaka, który staje się towarzyszem Miguela. Jeżeli mogłabym się do czegoś przyczepić, to ścieżka dźwiękowa jest w porządku, ale nie zapadła mi szczególnie w pamięci.
No i pomysł z przechodzeniem do świata zmarłych w Dio Muertos z motywem kogoś grającego na gitarze nie powalił mnie oryginalnością, bo to już było w Księdze życia. Dlatego ocena nie jest wyższa. (Oczywiście to różne animacje, ale chodzi o sam moment zaskoczenia pomysłem, który w przypadku  oglądania Coco był dla mnie nieosiągalny).

Moja ocena: 8/10

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (2017)

źródło
Losy Rey (Daisy Ridley) i Finna (John Boyega) się rozchodzą. Dziewczyna jest gotowa na szkolenie kontrolowania Mocy, a chłopak wplątuje się w starcie między Imperium a Rebelią.
Kiedy film pojawił się w kinach huczało od bardzo skrajnych opinii. Wielu fanów kręciło nosem na Ostatniego Jedi, twierdząc że był nudny, nie rozwinął charakterów postaci, a wspomnienie starych i lubianych bohaterów nawet trochę zniszczył. Długo wybierałam się do kina, bo przed świętami oczywiście mnóstwo spraw było do załatwienia. Dziwił mnie brak spoilerów (po pierwszej części wypłynęły do sieci niemal od razu), ale to było akurat miłe zaskoczenie, bo idąc w końcu do kina nie wiedziałam o fabule zupełnie nic (no, może tyle co zobaczyłam w zwiastunie). 
I muszę powiedzieć, że bawiłam się świetnie. Przede wszystkim - nie czułam znużenia, o którym opowiada wielu moich znajomych. Prawdą jest, że niektóre wątki są ciekawsze od innych, a najsłabiej wypada historia dotycząca Finna, ale dla mnie nie było to nieporozumienie. Raczej taki spowalniacz akcji, ale na swój sposób absorbujący. Najmniej przypadła mi do gustu sekwencja z kasyna (ja chyba po prostu nie lubię tego typu chwalenia się technikami CGI), no i scena z lewitującą Leią (moment typu WTF, który zadziałał na minus). Ale poza tym? Mamy genialny wątek nowych Jedi, a oboje są bardzo intrygujący. Pomysł na to połączenie między nimi okazał się strzałem w dziesiątkę - mogliśmy zobaczyć jak wiele mają ze sobą wspólnego. To tacy niejednoznaczni bohaterowie, zagubieni w świecie i wciąż poszukujący własnej ścieżki. I każdy na swój sposób chce wprowadzić porządek w swoim otoczeniu (chociaż różnymi sposobami). Powrót Luke'a (i jeszcze jednej postaci z przeszłości <3) również uważam za pozytywny, moim zdaniem jego zachowanie było podyktowane realistycznymi pobudkami i zupełnie rozumiałam jego wybory. Ciekawym posunięciem było zdecydowanie się na sporo elementów komediowych w scenach Rey-Luke. To jeden z wątków, na którego rozwinięcie najbardziej czekałam podczas seansu. Sceny z udziałem pilota Poe również mnie zadowoliły. Podobało mi się pokazanie drogi od szalonego bohatera, gotowego na wszelkie poświęcenia do analitycznego przywódcy, dbającego o swoich ludzi. Bardzo wiarygodnie poprowadzony. 
Chyba nikogo nie zaskoczę, że w warstwie technicznej to cudeńko - szczególnie sceny walki na planecie Crait! Muzycznie znowu jest bardzo dobrze, a nowe zwierzaki są słodkie, czyli bez zmian. 
Aktorzy radzą sobie świetnie, miło było zobaczyć Hamilla w roli z przeszłości, ale to Adam Driver i Daisy Ridley kradną dla siebie ekran. I to ze względu na nich nie mogę się doczekać kontynuacji.

Moja ocena: 8/10

Cicha noc (2017)
źródło

Adam (Dawid Ogrodnik) na co dzień pracuje za granicą. Na święta Bożego Narodzenia, niespodziewanie dla jego rodziny, wraca do domu. Okazuje się, że za sprawą pewnego ważnego wydarzenia musi rozmówić się z ojcem i rodzeństwem. 
Przyznaję, że po zwiastunie nie byłam przekonana do tego filmu. Trochę bałam się, że twórcy uderzą w znane nam tony i znowu będziemy oglądać bardzo przewidywalny film o polskich przywarach. Zostałam jednak miło zaskoczona. 
No, może to nie było takie do końca zaskoczenie - w końcu Cicha noc zgarnęła nagrody na festiwalu w Gdyni, a tym werdyktom zazwyczaj możemy zaufać. Ogromna siła filmu wynika z talentu reżysera do obserwacji (co w tym zawodzie w ogóle jest chyba najważniejsze). Co chwilę możemy zobaczyć sceny, znane z naszego życia i to tego najbliższego, rodzinnego. Brak tutaj typowych sztucznych rozmów między rodzeństwem czy rodzicami. Wszystko wypada naturalnie i jest widzowi bardzo bliskie. Chyba każdy z nas widział w bohaterach kogoś ze swojego otoczenia. Każdy ma tego wujka, który przynosi na święta wódkę, którą później mama stara się schować. Na dodatek całość wypada bardzo naturalnie i tak właśnie „życiowo”. Duża w tym zasługa świetnie wykonanej pracy aktorskiej. Dawid Ogrodnik, który jest takim naszym przewodnikiem, wypada bardzo dobrze. Kamera nie opuszcza go ani na chwilę, a on nie pozwala sobie na jakiekolwiek błędy. Na szczęście cały drugi plan wypada równie dobrze. Na szczególne wyróżnienie zasługuje moim zdaniem grająca matkę, Agnieszka Suchora. W prostym spojrzeniu mogliśmy u niej zobaczyć całe morze tłamszonych gdzieś w środku emocji. Jest jednak coś, do czego mogłabym się w przypadku Cichej nocy przyczepić. Otóż, moim zdaniem nagromadzenie problemów, z jakimi borykają się bohaterowie było trochę nieprawdopodobne. Reżyser chciał pokazać jakiś obraz społeczeństwa upychając wszystko do jednej rodziny. Mamy więc problemy z alkoholem, wyjazd dzieci za granicę w celach zarobkowych, przemoc w rodzinie, dyskusje na temat podziału spadku, a nawet hodowlę marihuany. Toteż rozumiecie, dla mnie trochę za dużo. Nie przeszkadza to jednak w rozkoszowaniu się tym gorzkim obrazem naszego kraju. Polecam.

Moja ocena: 8/10

The Florida Project (2017)

źródło
Moonee (Brooklynn Prince) to sześciolatka, która mieszka wraz z matką w hostelu, położonym blisko parku rozrywki Disneyland.
The Florida Project to taki film, który polecałam znajomym jeszcze zanim go obejrzałam. Już pierwsze recenzje, fotosy i zwiastun przekonały mnie, że to będzie dla mnie dobry wybór.
Reżyser filmu, Sean Baker, narobił szumu w świecie filmu Mandarynką z 2015 roku (która wciąż przede mną). I patrząc na The Florida Project, można stwierdzić, że to nazwisko godne zapamiętania i dalszego śledzenia. Twórca, który lubi eksplorować codzienne życie, a zarazem pokazywać nam coś innowacyjnego, czego w kinie jeszcze nie było. Tym razem na warsztat wziął postacie dzieciaków z przedmieść, pochodzące z rodzin patologicznych. I Moonee, i jej kolega Scooty wychowują się bez ojca, a ich matki łapią się dorywczych prac, za rozrywkę mając nocne wyjście w miasto i spalenie kolejnego jointa. Baker postanowił przyjrzeć się jak dorastanie w takim otoczeniu wpływa na te dzieciaki i jego wnioski są wnikliwe, ale również przerażające. Prawda, że Moonee i Scooty dobrze się bawią, można uznać, że są szczęśliwi i beztroscy. Kiedy jednak słuchamy wulgarnego języka, jakim się posługują bądź jesteśmy świadkami aktów wandalizmu, dokonywanych przez te kilkulatki, zaczynamy się zastanawiać jaka czeka ich przyszłość. Bo nie ma co się oszukiwać, ale miejsce i ludzie, przy których się wychowujemy mają ogromny wpływ na to, jak potoczy się nasze życie. 
Rozumiecie więc, że film porusza mnóstwo ciekawych i życiowych tematów. Jednocześnie nie ma w sobie nic z melodramatyzmu i przerysowanych sytuacji. Ot, oglądamy codzienność tych ludzi, która wciąga nas w swoją specyfikę. Trzeba oddać reżyserowi, że podjął się trudnej próby, na której polegają najlepsi twórcy - w centrum wydarzeń postawił dzieci. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że wywiązał się z reżyserowania ich obronną ręką. Naturalność jaka wydobywa się z każdego bohatera poraża. Do partnerowania małej Moonee ściągnął z Instagrama panią Bria Vinaite, która dzięki swojej oryginalności również wpasowała się w tę historię. Można powiedzieć, że jedynym doświadczonym członkiem zespołu był Willem Dafoe. Aktor, który zagrał drugoplanową rolę kierownika hostelu. Jednak to, co zrobił w tych kilku scenach, w których się pojawił zdecydowanie jest godne Oscara. Starając się spełniać żądania właścicieli przybytku dba o porządek, naprawia zepsute pralki, maluje budynek, pilnuje przestrzegania regulaminu i stara się okiełznać bandę biegających po przybytku dzieci. To, w jaki sposób to robi, jest nie do opisania - to po prostu trzeba zobaczyć. 
The Florida Project to kino niezależne, które zdobywa coraz większą popularność. Ten fakt cieszy niezmiernie i pozostaje mi tylko kibicować takim twórcom i czekać na więcej.

Moja ocena: 9/10


Miłość i śmierć (1975)

źródło
Borys Grushenko (Woody Allen) to taki wyrzutek rodziny. Tchórzliwy, zakochany w literaturze, rozmyślający o śmierci pacyfista. Pacyfista, którego wysyłają na kampanię przeciwko Napoleonowi...
Wspominałam już o tym, że Allen ma tendencję spadkową. Na szczęście zostawiłam sobie sporo jego starszych filmów do nadrobienia, a Miłość i śmierć ląduje wśród ścisłego grona moich ulubieńców.
Wiecie jak to jest, gdy film nas bawi? Często mi się to zdarza, że uśmiecham się pod nosem albo czuję, że poprawia mi się nastrój, dzięki temu co oglądam. A jednak z Miłością i śmiercią jest troszkę inaczej. Tym razem trudno było powstrzymać głośne wybuchy śmiechu! Jeżeli wciąż nie potraficie zrozumieć fenomenu Allena, to koniecznie włączcie sobie ten film. Ten scenariusz to prawdziwy majstersztyk komediowy, a dodatkowo bardzo abstrakcyjny humor idealnie trafia w moje gusta. Rozmowy z Kostuchą (którą gra człowiek obleczony białym prześcieradłem i z kosą w dłoni), z nieistniejącymi zjawami czy umarłymi znajomymi będzie tutaj normalną scenką. Jednak abstrahując od wszystkiego innego - najlepsze jest to, że film odwołuje się do rosyjskiej klasyki. Czyli jeżeli znacie powieści Dostojewskiego i Tołstoja, to będziecie bawić się jeszcze lepiej. Już pomijając wszystkie dosłowne porównania (jak rozmowa z Nataszą, która opowiada o „kółku miłości” czy wspominanie morderstwa dokonanego przez Raskolnikowa, o którym donieśli bracia Karamazov), całość po prostu jest na wskroś rosyjska. Podobno są tutaj również nawiązania do twórczości Bergmana, którą wciąż znam w dość śladowej ilości. Oczywiście całość jest tak łatwo przyswajalna również ze względu na obsadę. Allen gra typowego dla swojej twórczości bohatera i trzeba przyznać, że pasuje mu to jak ulał. Do tego tworzy świetny duet z Diane Keaton, która przez długi czas była również jego partnerką w życiu. Widać, że aktorka dobrze się bawiła podczas pracy nad filmem. Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio tak często śmiałam się w głos. Polecam !

Moja ocena: 9/10



Trochę się rozpisałam o powyższych, więc o reszcie w telegraficznym skrócie:

  • Balerina (2016) - po tej animacji nie spodziewałam się niczego dobrego. Jednak okazała się przyjemną bajką o marzeniach. Oczywiście daleko jej do innych animacji, ale z dzieckiem można obejrzeć (5/10)
  • Początek (2014) - myślałam, że to taki zwykły film, aż do TEGO momentu. Nie będę spoilerować, ale kto widział ten wie. Tę jedną scenę wciąż mam przed oczami, po prostu przerażająca. A sam film oglądało się dobrze. (7/10)
  • Projektantka (2015) - ten film bardzo kusił zwiastunem. I miejscami był cudowny, miał naprawdę zadatki na coś wspaniałego, ale niestety był też bardzo nierówny. Wyglądało to, jakby część reżyserowała jedna osoba, a resztę ktoś zupełnie inny. Ale wciąż warto zobaczyć, trochę oderwany od rzeczywistości, ze świetną Kate Winslet. (7/10)
  • Zwierzęta nocy (2016) - ostatni film obejrzany w 2017 roku zrobił ogromne wrażenie. Poruszający temat zemsty, zaskakujący, nakręcony z klasą, którą mógł stworzyć tylko Tom Ford, wątki świetnie poprzeplatane, trzymający w napięciu, genialnie zagrany (pierwszy plan był cudowny, a drugi jeszcze lepszy!) i zakończenie w punkt! (9/10)



środa, 23 grudnia 2015

#63 - Jak to jest z tym fenomenem 'Gwiezdnych wojen'?

Święta już za rogiem, a ja siedzę w domu i nareszcie odpoczywam. Biorę głęboki oddech, bo wiem ile jeszcze czeka mnie pracy w ciągu tej przerwy na studiach. Jednak dzisiaj odrzucam troski na bok i przychodzę do Was z postem, który obiecałam jakiś czas temu. Postanowiłam poczekać i ubarwić go opinią na temat nowej części Gwiezdnych wojen. Więc dzisiaj ogólnie - jak to jest z tym filmowym fenomenem? 
Wspominałam o tych filmach w podsumowaniu października - to w tamtym miesiącu obejrzałam wszystkie sześć części. Wcześniej o Gwiezdnych wojnach oczywiście dużo słyszałam, a nawet znałam niektóre sceny, muzykę czy postaci. Obracając się wśród osób zajaranych popkulturą trudno nie znać Luke'a Skywalkera czy księżniczki Lei. No, ale jakoś nie ciągnęło mnie do oglądania. Bo za dzieciaka widziałam urywki i jakoś mnie nie porwał. Zresztą - ja nie lubię science-fiction. Jednak w związku z premierą nowej części poszłam po rozum do głowy i urządziłam sobie z Lubym maraton. Chronologiczny względem części, nie lat powstania. Krótko na temat każdej z nich:
Mroczne widmo (1999)
Moje pierwsze podejście. Okazało się, że wyobrażałam je sobie całkiem inaczej. A było dobrze - historia mnie wciągnęła, zaczęłam rozumieć pojęcie "mocy", Luby tłumaczył zawirowania polityczne. Porównując z resztą filmów początek zrobili bardziej cukierkowy, ale na pierwsze zderzenie mi to nie przeszkadzało. Wciąż nie mogłabym zrozumieć fenomenu, ale uniwersum mi się spodobało i nie mogłam doczekać się dalszych części. 
Atak klonów (2002)
Nadzieje na coś lepszego szybko runęły w gruzach za sprawą okropnego poziomu aktorskiego zaprezentowanego przez Haydena Christensena i Natalie Portman. Zresztą tutaj o wiele więcej rzeczy leżało - od braku budowania napięcia po sztywno prowadzone postacie, które nabrały papierowego wyglądu. Miałam nadzieję, że po prostu umrą. W sumie podobała mi się może jedna scena z całości. Za to muzyka Johna Williamsa w tej części to moja miłość!
Zemsta Sithów (2005)
No, tutaj było już o wiele lepiej. Wątek miłosny zszedł na drugi plan, Hayden był ciut lepszy (naprawdę trudno zrobić dobry film, kiedy jeden z głównych bohaterów wciąż denerwuje). Zresztą tutaj już historia zaczęła się rozkręcać, a końcówka napawała mnie lękiem. I w ogóle świetnie było poznać genezę jednej z najważniejszych postaci w popkulturze!
Nowa nadzieja (1977)
Wiele słyszałam o tym, że nowa trylogia jest o wiele gorsza od starej, ale wciąż się bałam. Bo niby jak w latach siedemdziesiątych dadzą sobie radę z efektami filmu s-fi? Okazuje się jednak, że mając dobrą fabułę nie trzeba skupiać się na dodatkowych bajerach. Wprowadzając postać Hana Solo (cudowny Harrison Ford) z Chewbaccą ten obraz wiele zyskał. Ogólnie ta część mnie nie powaliła, ale zdecydowanie historia jest ciekawie prowadzona.
Imperium kontratakuje (1980)
Tutaj zostałam naprawdę zaskoczona. Dawno nie oglądałam filmu z takim zainteresowaniem. Wszystko było na swoim miejscu, a każdy wątek intryguje. Luke przechodzi szkolenie pod okiem Yody, Han Solo stara się nie mieszać, a jednak wciąż znajduje się w centrum wydarzeń, no i genialny Vader. Część zdecydowanie najlepsza ze wszystkich!
Powrót Jedi (1983)
Bardzo dobre zwieńczenie starej trylogii. Muszę przyznać, że całym sercem pokochałam niektóre z postaci. Największym uczuciem oczywiście obdarzyłam Hana Solo i R2D2. Tak, R2D2, tego robota. Nigdy nie spodziewałam się, że nieludzka postać może wzbudzać takie emocje. A jego po prostu nie da się nie kochać.

Przebudzenie mocy (2015)
I przechodzimy do grudniowej premiery. Oczekiwania były duże, zwiastuny mnie zniechęcały, ale jak udało się już zdobyć bilety to byłam tylko podekscytowana. Jak krótko opisać wrażenia? Na pewno byłam zadowolona. Przede wszystkim seans jest bardzo ciekawy, postacie barwne, sytuacje nasycone humorem na dobrym poziomie. To co denerwuje to nawiązania do starej trylogii. I nie przeszkadza mi to, że jedna z bohaterek mieszka we wraku robota, którego kojarzę ze starszych filmów ani znalezienie Sokoła Millenium. Bardziej to, że cała fabuła przypomina tę z Nowej nadziei. Ale jest to taki mały szkopuł, który mam nadzieję zniknie w kolejnych częściach. 
Za to tyle było cudowności! Nowy robot, BB8, na którego punkcie już oszalał Internet jest po prostu genialny. To na pewno godny zastępca R2D2, a nawet ma trochę więcej zabawy w sobie. Bohaterowie również mnie kupili - Rey to taka zaradna dziewczyna, z ciekawą przeszłością, Finn śmieszy swoją strachliwością, a zarazem jest odważny kiedy trzeba. No i Poe, którego może trochę mniej poznajemy, ale w każdej jego scenie spisuje się na medal. Nie wiem co jeszcze myśleć o nowym złym. Na razie wydaje mi się takim rozwydrzonym dzieciakiem, który sam nie wie czego chce - przekonamy się gdzie to wszystko podąży. 
Podsumowując, fani starej trylogii powinni być zadowoleni. Zresztą, wszyscy powinni być zadowoleni, bo to przede wszystkim kawał interesującego kina przygodowego/science-fiction

Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji oglądać Gwiezdnych Wojen, to koniecznie to nadróbcie. Zawsze warto spróbować, jeżeli Wam się nie spodoba - tak też bywa. Jednak może się okazać, że omija Was świetna przygoda, którą dzięki nowej trylogii możecie przeżywać wraz z całym światem i oczekiwać na kolejne części i czyhać na bilety kinowe i wzdychać do cudownych robotów. Naprawdę Wam to polecam, ja, do niedawna osoba, która nie znała tej historii, a teraz wie, że to jeden z cyklów, które wzbudzają największe emocje!

Znacie, nie znacie? Dzielcie się opiniami, na temat starych filmów i najnowszej premiery!

A może święta będą dobrym momentem na poznanie tej serii? Ja polecam!

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka