Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zimna wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zimna wojna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lutego 2019

Komu dałabym Oscara? (edycja 2019)

Minął kolejny rok, a mi ponownie udało się obejrzeć wszystkie filmy nominowane w głównej kategorii. Gdybym miała ogólnie podsumować ten rok to był dla mnie bardziej rozczarowujący od zeszłego. Może dlatego, że wśród nominowanych do Oscarów 2018 sporo było filmów, które zdawały się być zrobione idealnie pode mnie - nastoletni dramat w ciekawej formie, baśniowa historia o miłości i odmienności czy hipnotyzujący związek pomiędzy znanym, cenionym krawcem a dziewczyną z prowincji. W tym roku z plusów mogę wymienić nominacje dla Polski (Zimna Wojna walczy aż o 3 statuetki) i pojawienie się w głównej kategorii filmów z kompletnie innych gatunków, bo do wora dołożono nawet film superbohaterski. Całościowo jednak jest słabiej niż w zeszłym roku, ale nie znaczy to, że zabrakło jakichś perełek. Zaczynajmy więc!


Najlepszy film

Przyznaję, że kiedy pojawiły się nominacje to byłam trochę zaskoczona. Czarna Pantera była naprawdę dobrym filmem superbohaterskim, ale żeby od razu nominacja do Oscara za najlepszy film? Cieszy to, że Akademia pozwala sobie na poszerzenie horyzontów i doceniła ten gatunek, który kasowo ma się nadal bardzo dobrze (żeby nie powiedzieć, że coraz lepiej). Jednak wciąż, jak dla mnie nie była to żadna rewelacja. To samo miałam w przypadku BlacKkKlansman, który widziałam w kinie i jakoś tak nie zrobił większego wrażenia (chociaż Adam Driver był cudowny). O Narodzinach gwiazdy trochę tutaj już pisałam. Mnie się podobał, ale ja lubię ckliwe historie miłosne. Nie jest to jednak materiał na statuetkę dla najlepszego filmu. Vice to taki typowy tytuł oscarowy, temat polityczny, ciekawe kreacje aktorskie, tym razem interesująca także reżyseria, ale to nie jest film, który zostanie mi na długo w pamięci. Także te cztery tytuły skreśliłabym od razu. Przechodząc do tych, które mają większą szansę na statuetkę, to mam jedną prośbę. Oby nie było to Bohemian Rhapsody. Naprawdę nie rozumiem zachwytów nad tym filmem. Świetna historia, wspaniały dźwięk i muzyka. A wszystko to zasługa zespołu Queen. Sam pomysł na montaż, ugrzecznienie filmu, charakteryzacja i w ogóle ubranie tego w zwyczajny film biograficzny sprawiają, że wyszłam z kina rozczarowana. Ludzie jednak takie filmy lubią i cóż, szansę na nagrodę ma, ale trzymam kciuki, żeby ekipa BR wyszła bez niej. Jeżeli chodzi o Green Book to był to taki miły i przyjemny obraz, że aż się zdziwiłam. Dawno nie było wśród nominowanych takiego feel good movie, który mówi o problemach, ale przede wszystkim ogląda go się z czystą przyjemnością, Nie jest może jakiś odkrywczy, ale radość z oglądania nie słabnie od pierwszych minut do ostatnich. Przechodząc do moich faworytów, to mam dwa, a właściwie dwie, bo Romę i Faworytę. Roma zrobiła na mnie ogromne wrażenie, sponiewierała, napełniła emocjami, zahipnotyzowała obrazem i klimatem. Nie mogłam oderwać wzroku, pokochałam historię, pokochałam te kobiety, które musiały sobie radzić w świecie, w którym mężczyźni zniknęli, zostawiając miejsce na stworzenie nowej rodziny, zbudowanej na pięknych relacjach. Z drugiej strony mam Faworytę, czyli tytuł Lanthimosa, który w końcu wyskoczył z kina niszowego. To może być najbardziej strawny i najmniej dziwny film tego reżysera, ale nadal nie traci na wieloznaczności, specyficznym humorze i osobliwym klimacie. Co zrobi Akademia? Wydaje mi się, że Faworytę sobie odpuszczą, Roma ma szansę, a jeżeli wybierać z pozostałych to już wolę Green Book od Bohemian Rhapsody.

Oscar dla najlepszego filmu może powędruje do Romy, ewentualnie do filmów Green Book/Bohemian Rhapsody.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

Z nominowanych nie udało mi się obejrzeć Van Gogh. U bram wieczności chociaż nie wątpię, że Dafoe poradził sobie koncertowo, w końcu to piekielnie zdolny aktor. Największe szanse ma oczywiście Rami Malek za rolę Freddiego Mercury'ego. Po pierwsze Hollywood lubi nagradzać aktorów, którzy grają prawdziwe osoby, a Malek naprawdę dał radę, nie było wstydu. Szczególnie w scenach koncertowych oddawał energię muzyka. Co nie zmienia faktu, że ja skłaniałabym się bardziej ku Viggo Mortensenowi, który przekonał mnie do postaci włoskiego Tony'ego. Zagrał to lekko, ale wykreował pełnokrwistą postać. Oprócz tego bardzo dobry również był Bale, ale ja nie przepadam kiedy aktor schowany jest za taką masą charakteryzacji. Kawał dobrego aktorstwa pokazał też Cooper, ale jednak Oscara bym za tę kreację nie wręczyła.

Oscar dla najlepszego aktora pierwszoplanowego najpewniej powędruje do Rami Maleka za rolę Freddiego Mercury'ego w Bohemian Rhapsody.

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Nie widziałam Mellisy McCarthy w Can you ever forgive me?. Reszta pań zrobiła na mnie spore wrażenie. Debiutująca Yalitza, dzięki której Roma miała tyle uroku i prawdy w sobie. Poradziła sobie świetnie, chociaż po jednym filmie trudno powiedzieć ile tam talentu aktorskiego, a ile pracy reżysera i odpowiedniego doboru kobiety do granej przez nią postaci. Lady Gaga chyba wszystkich zaskoczyła, że potrafiła być tak naturalna. To jedna z najjaśniejszych stron Narodzin gwiazdy i warto o tym mówić, ale Oscara bym jej raczej nie przyznała. Największe szanse ma chyba Glenn Close. To jej siódma nominacja, wciąż bez statuetki, a aktorką jest bardzo utalentowaną. W Żonie dała świetny popis zdolności - nie taki wybuchany i efekciarski, ale realistyczny i ujmujący. Bardzo bym się cieszyła, gdyby nagroda powędrowała do niej, ale przyznaję, że na mnie największe wrażenie zrobiła Colman. To, co ona miała do zagrania i w jaki sposób to zrobiła przerasta moje wyobrażenia o czyichkolwiek zdolnościach. Po prostu fascynująca.

Oscar dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej najpewniej powędruje do Glenn Close za rolę Joan Castleman w Żonie.

Najlepszy reżyser

W tym momencie możemy trochę puchnąć z dumy. Za granicą po ogłoszeniu nominacji zaczął się raban, że: jak to, nie ma Bradley'a Coopera? Skandal! A tymczasem jego miejsce zajął Paweł Pawlikowski. Bardzo mnie to cieszy, bo siła Zimnej wojny bije w ogromnej części od zdolności i zamysłu reżyserskiego. Na wygraną raczej nie ma co liczyć, ale dumny z nominacji być może. Spike Lee i Adam McKay odwalili kawał dobrej roboty, ale tematyka ich filmów nie trafiła w mój gust, toteż automatycznie nie mogłam docenić ich pracy bardziej niż dwóch pozostałych tytułów. Moim zdaniem Yorgos Lanthimos to wspaniały reżyser, który ma swój pomysł na robienie kina, bawi się nim, ekspetymentuje i wciąż nas zaskakuje. Oczywiście nie obrażę się za statuetkę dla Alfonso Cuarona, który jest ojcem tegorocznego czarnego konia, widać że czerpał przy produkcji ze swojego dzieciństwa i stworzył obraz niesamowity. Chociaż dzieli ludzi na bardzo skrajne obozy.

Oscar dla najlepszego reżysera najpewniej powędruje do Alfonso Cuarona za film Roma.


Najlepszy aktor drugoplanowy

Tutaj sprawa jest dla mnie dość jasna. Najlepszym w tym roku aktorem drugoplanowym był Mahershala Ali w filmie Green Book. Z początku taki wycofany, zamknięty w sobie, zdystansowany, powoli dał nam poznać swoje wnętrze, a jego kreacja była idealnie wyważona. Sam Elliot był w porządku (scena w samochodzie to naprawdę perełka), a Sam Rockwell raczej bez szału jako Bush. Jak już wspominałam, nie widziałam Can you ever forgive me?, toteż Granta nie ocenię. Adam Driver był cudowny, ale jednak w tym roku Ali zmiótł konkurencję.

Oscar dla najlepszego aktora drugoplanowego najpewniej powędruje do Mahersala Ali za rolę Dr Dona Shirley w Green Book.

Najlepsza aktorka drugoplanowa

Tutaj pojawił mi się pierwszy problem, bo nie widziałam Gdyby ulica Beale umiała mówić, a największe szanse na Oscara (patrząc na rozdania nagród z innych tegorocznych festiwali) ma Regina King. Nie wiem czy zasłużenie, ale na pewno się jeszcze przekonam. Po filmie Vice byłam zachwycona Amy Adams, jednak kiedy zobaczyłam Faworytę to obie aktorki drugoplanowe z filmu Lanthimosa wydawały mi się bardziej odpowiednimi kandydatkami. Emma Stone była świetna, nie spodziewałam się, że tak dobrze odnajdzie się w takim specyficznym kinie. Jednak ciut lepsza była w tym przypadku Rachel Weisz i gdyby King nie była nominowana to najpewniej stawiałabym właśnie na Weisz. Co do Mariny to była w Romie bardzo dobra, ale akurat w tej kategorii skłaniałabym się jednak do amerykańskich aktorek.

Oscar dla najlepszej aktorki drugoplanowej może powędruje do Reginy King za rolę w Gdyby ulica Beale umiała mówić, a może do Rachel Weisz za Faworytę.

Najlepszy scenariusz oryginalny

Tutaj jest tyle dobroci, że trudno mi wybrać, naprawdę. Nie widziałam Pierwszego reformowanego (chociaż słyszałam sporo superlatyw). Co do reszty, to odrzuciłabym Vice, ale trzy pozostałe są na tyle wspaniałe, że trudno mi między nimi wybrać. W Romie sporą robotę wykonały jednak zdjęcia, a w Faworycie cała warstwa techniczna, więc taka nagroda za czysty scenariusz oryginalny powinna trafić chyba do Green Book.

Oscar dla najlepszego scenariusza oryginalnego najpewniej powędruje do Green Book / Faworyty.

Najlepszy scenariusz adaptowany

Tutaj mam inny problem, bo z tych które widziałam, raczej żaden mnie nie porwał. Narodziny gwiazdy zaczęły się dobrze, ale im dalej tym więcej ze scenariuszem było problemów. BlacKkKlansman mnie jakoś nie przekonał, chociaż ten wątek kryminalny był całkiem zgrabnie poprowadzony. Z tych, które oglądałam najbardziej podobał mi się scenariusz, a właściwie adaptacja kilku opowieści w Balladzie o Busterze Scruggsie braci Coen. Jednak nie widziałam Gdyby ulica Beale umiała mówić i wydaje mi się, że to właśnie on zgarnie statuetkę.

Oscar dla najlepszego scenariusza adaptowanego najpewniej powędruje do Gdyby ulica Beale umiała mówić / BlacKkKlansman.


Szybka przebieżka przez resztę kategorii:
Najlepszy film nieanglojęzyczny: Roma, ale jeżeli zgarnie główną nagrodę to jest szansa dla Zimnej Wojny!
Najlepsza charakteryzacjaVice (reszty nie widziałam)
Najlepsza muzyka oryginalna: Alexandre Desplat za Wyspę psów? W sumie jakoś w tym roku się nie przysłuchiwałam, ale na pewno podobały mi się ścieżki z BlacKkKlansman i Czarnej Pantery.
Najlepsza piosenka: „Shallow” Lady Gaga i Bradley Cooper, Narodziny gwiazdy, tutaj nie może być inaczej!
Najlepsza scenografiaFaworyta
Najlepsze efekty specjalneAvengers? Sporo tutaj nie widziałam
Najlepsze kostiumyFaworyta / Czarna Pantera
Najlepsze zdjęcia: Roma
Najlepszy dźwięk/Najlepszy montaż dźwiękuBohemian Rhapsody / A star is born
Najlepszy długometrażowy film animowany: Spider-Man Uniwersum !


Jak tam Wasze typy?

niedziela, 12 sierpnia 2018

Micha filmów

Dawno tutaj mnie nie było, a jeszcze dawniej nie było wpisu o filmach. Trochę przez to, że po prostu nie miałam czasu na oglądanie, trochę przez brak chęci do pisania. Dlatego dzisiaj kilka słów o świeższych seansach i w telegraficznym skrócie o wcześniej obejrzanych. Zapraszam.

Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA


Kometa (2014)

źródło
Przypadkowe spotkanie dwójki młodych ludzi prowadzi do burzliwej relacji i trwającego sześć lat związku między Dellem (Justin Long) i Kimberly (Emmy Rossum). 
Wiele razy natknęłam się już na screeny z tego filmu i za każdym razem stwierdzałam, że to może być coś dla mnie. Kiedy w końcu go włączyłam mój zapał jakby się wypalił. Odebrałam go raczej jako zwykłą historię miłosną bez żadnych fajerwerków. Wydawało się jakby reżyser chciał spróbować czegoś mniej oczywistego, ale tych dziwnych elementów było za mało w kontekście całości, a przez to film określić mogę tylko jako niezły. Na pewno na plus działa ciekawe prowadzenie kamery i miła kolorystyka zdjęć. Scenariusz ma kilka bardzo mocnych momentów, ale te w większości można zobaczyć na screenach z cytatami w Internecie. Podobał mi się pomysł z zaburzeniem chronologii, ale trochę się zepsuł kiedy całość zaczęła się składać w jeden obrazek - wolałabym coś bardziej niedopowiedzianego. Aktorsko jest dobrze - główna para charyzmatyczna i charakterystyczna, ale zabrakło tej dodatkowej iskry, która pozwoliłaby nam zapałać do nich większą sympatią. Podsumowując, jest to trochę film, który został zniszczony przez moje oczekiwania co do niego, a szkoda. Może warto do niego podejść z czystą głową, wtedy może zaskoczy? Jak sprawdzicie, to dajcie znać.

Moja ocena: 6/10



Han Solo: Gwiezdne wojny - historie (2018)

źródło

Ten film to taka geneza powstania legendy Hana Solo (Alden Ehrenreich) - zobaczymy gdzie się wychował, jak poznał swoich kompanów, dlaczego postanowił zostać przemytnikiem. 
Najnowszy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen już niemal zniknął z repertuarów kin, ale mnie udało się jeszcze go zobaczyć. W międzyczasie nasłuchałam się wielu narzekań, że odstaje od całej reszty. No i faktycznie, tak jest. Nie zrozumcie mnie źle - ta filmowa opowieść o Hanu Solo jest całkiem niezła, ogląda się dobrze, ale brakuje jej dodatkowej nutki ekscytacji, którą wywoływały inne historie Gwiezdnych Wojen. Wydaje mi się, że wszystko przez obranie dość bezpiecznej drogi i skupienie się na fanach, do tego stopnia, że brakowało w tym jakiejś zabawy. Wręcz wydawało mi się, że na siłę starano się wrzucić w film nawiązania do tego, co znamy, np. fragment rozmowy, w której dowiadujemy się dlaczego Han mówi do kompana Chewie. Całość wypada jako dobry film przygodowy, lekkie kino akcji, bez jakichkolwiek dodatkowych zachwytów. Najbardziej chyba podobał mi się Lando, pokazał charakter, miał ciekawą relację ze swoim robotem, no i jego pelerynki zdecydowanie rządzą. Jeżeli chodzi o Aldena, to chociażby ze skóry wyłaził nie uwierzę w jego Hana Solo (jednak Ford to Ford). Trzeba jednak przyznać, że ten aktor ma w sobie czar i jego uśmiech rozbraja (wciąż, to jednak nie Han Solo).  Emilia Clarke natomiast wypada jakoś sztywno (pomysł na rozwinięcie tej postaci też słabo mi się spodobał). Ogólnie miły film przygodowy na niedzielne popołudnie, ale odstający od innych produkcji z uniwersum Gwiezdnych Wojen

Moja ocena: 6/10


Sin City - Miasto Grzechu (2005)

źródło
Trzy historie, których akcja rozgrywa się w Basin City - Mieście Grzechu - będącym siedliskiem prostytutek, przestępców i skorumpowanych obrońców prawa.
Jeden z filmów, który uważa się już za klasykę kina gatunkowego, a także za najlepiej zrealizowaną ekranizację komiksu. Słyszałam o nim wiele, ale przez długi czas odstraszała mnie wizja brutalności tego świata. Postanowiłam się jednak przemóc i cóż... ten seans to na pewno było oryginalne przeżycie. 
Sama realizacja naprawdę robi wrażenie. Podobno wszystko nagrywane było na greenscreenie, a cały świat powstawał w postprodukcji. Wyszło bardzo ciekawie - wręcz wydaje nam się, że przeglądamy strony komiksu przewracane w odpowiednim tempie. Na pewno trzeba zauważyć, że faktycznie film przeznaczony jest dla widzów dojrzałych - sporo tam nagości, a trupy ścielą się bardzo gęsto. W reżyserię filmu oprócz Roberta Rodrigueza i Franka Millera (autora komiksów) zaangażowany był również Quentin Tarantino, więc ilość przelanej krwi jest, jaka jest. 
Ogólnie, film szczególnie do mnie nie trafił. Miał kilka mocnych momentów, kilka bardzo dobrych ról aktorskich (szczególnie pasował Rourke, ale świetny był del Toro czy Rosario Dawson), fabuła dość intrygująca, bo niby trzy odrębne historie, ale w jakiś sposób ze sobą powiązane. Jednak dla mnie to było trochę za dużo, ta forma przerosła w tym wypadku treść. Doceniam, ale się na pewno nie zakochałam

Moja ocena: 7/10


Egzamin (2016)

źródło
Dla Romea Aldei najważniejsza jest córka, która właśnie zdaje maturę i wybiera się na studia do Wielkiej Brytanii. Tuż przed egzaminami zostaje napadnięta, a ojciec próbuje zrobić wszystko, aby załatwić córce dobry wynik. 
Szybciutko przechodzimy od krwawego, iście hollywoodzkiego mordobicia do cichego rumuńskiego dramatu. Egzamin to zdobywca Złotej Palmy z Cannes za najlepszą reżyserię w 2016 roku. Jest to typowe kino festiwalowe, czyli najważniejsze to poświęcić mu sto procent uwagi i doceniać te specjalnie wydłużane ujęcia, w których możemy poczuć bijące z ekranu emocje. Egzamin skupia się na postaci zagubionego ojca, który uważa kilka swoich życiowych decyzji za błędne i nie chce, żeby takie same popełniła jego córka. Równocześnie, obok tego dramatu rodzinnego obserwujemy kondycję całego społeczeństwa. Ustawianie stołków, łapówkarstwo, koneksje - to wszystko jest tutaj na porządku dziennym. Oglądało się go naprawdę dobrze, spora w tym zasługa bardzo sprawnego prowadzenia narracji w filmie. Moim zdaniem nie było w nich zbędnych dłużyzn, a początkowy napad nadaje całości odpowiedni poziom napięcia. Aktorzy radzą sobie świetnie, trudno tutaj kogoś wyróżnić, bo wszyscy stają na wysokości zadania. To na pewno kino warte zobaczenia, może nie dla każdego, ale dajcie mu szansę.

Moja ocena: 7/10

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (2016)

źródło
Grupa przyjaciół podczas wspólnej kolacji postanawia w ramach niewinnej zabawy upublicznić wszystkie swoje e-maile, rozmowy i wzajemnie skrywane tajemnice. 
Nie potrafię zliczyć ile razy słyszałam, że muszę obejrzeć ten film. Polecali mi go znajomi, czytałam dobre opinie na forach, ten tytuł przewijał się po prostu wszędzie. Kiedy nazbiera się taka ilość oczekiwań to czasami można się srogo zawieść. Nie w tym przypadku. 
Przede wszystkim to świetnie napisany tekst. Rzadko mam tak, że ani chwila filmu mnie nie nuży, a tutaj się udało. Mimo że faktyczna wartka akcja rozkręca się gdzieś za połową, to od początku trudno oderwać wzrok od ekranu. Bohaterowie są precyzyjnie nakreśleni, a fakt wprowadzenia gry sprawia, że na każdego patrzymy nieco bardziej podejrzliwie, zastanawiamy się jakie może skrywać sekrety. To, że jest to grupa przyjaciół podkręca atmosferę, bo wiadomo, że tajemnice ukrywane przed najbliższymi bolą najbardziej. Świetnych było kilka zwrotów akcji, kiedy już miało się coś wydać, a okazywało się, że to tylko fałszywy alarm. Czyli w skrócie: scenariusz, scenariusz, scenariusz - wspaniale napisany i wyreżyserowany, z idealnie budowanym napięciem. Oczywiście wspomnę również zakończenie, które okazało się bardzo dobrą klamrą całości. Aktorzy dobrani perfekcyjnie, trudno wybrać tutaj swojego ulubieńca. Po prostu - tak, wszyscy mają rację i ten film po prostu trzeba obejrzeć!

Moja ocena: 9/10


Zimna wojna (2018)

źródło

Historia wielkiej i trudnej miłości dwojga ludzi (Joanna Kulig i Tomasz Kot), którzy nie potrafią być ze sobą i jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. W tle wydarzenia zimnej wojny lat 50. w Polsce, Berlinie, Jugosławii i Paryżu.
Nasz powód do dumy - za Zimną wojnę Pawlikowski zgarnął nagrodę za reżyserię w Cannes. Oczywiście, gdy tylko trafiła do kin popędziłam na seans. Ida mi się podobała, doceniam reżysera, do tego jego współpraca z Łukaszem Żalem (ponownie odpowiedzialny za zdjęcia) wywołuje u mnie falę podziwu. A Zimna wojna okazała się jeszcze bliższym mi filmem niż poprzedni obraz Pawlikowskiego. Przyznaję, że w takich przypadkach jestem niepoprawną romantyczką i jeżeli zobaczę dobry film o miłości to się rozpływam. Tak było tym razem. Chociaż muszę zauważyć, że sama historia wydaje się bardzo banalna i gdyby ktoś inny miał to samo wyreżyserować to mogłoby wyjść z tego tanie romansidło. Na szczęście tym „kimś” był Pawlikowski, który z prostej historii o miłości zrobił świetny film. Zacznę może od technicznych spraw, ale naprawdę zdjęcia i muzyka znowu sprawiają, że ten film jest tak oryginalny i ciekawy. Nie wiedziałam, że występ polskiej grupy ludowej w czerni i bieli może mieć aż taki impakt, a miał! Scenariusz czasami wydawał się dość ckliwy i banalny, ale oprócz technicznych aspektów, całość poprawia jeszcze jeden ważny element - gra aktorska. Ja szczególnie zakochałam się w Joannie Kulig, która grając Zulę była tak bardzo nieodgadniona, niejednoznaczna, że po prostu fascynowała. Bardzo dobrze partnerował jej Tomasz Kot, tym razem jako rasowy artysta. Na dalszym planie miło było zobaczyć chociażby Agatę Kuleszę, która zręcznie kradnie dla siebie uwagę widza. Podsumowując, dla mnie perełka i na pewno będę czekać na kolejne filmy reżysera!

Moja ocena: 9/10


Oprócz tego widziałam dość sporo filmów, wypiszę może tylko te które polecam. Oto one:

  • Stań przy mnie (1986) - ekranizacja powieści Kinga, świetny dramat o nastoletnich perypetiach czwórki chłopców z małej, amerykańskiej mieściny, którzy wybierają się w intrygującą podróż. (7/10)
  • Deadpool 2 (2018) - kolejna część przygód niepoprawnego supebohatera nie zawodzi. Śmiechu w kinie było mnóstwo, akcja jest wartka i śledzi się ją z przyjemnością. (8/10)
  • Toni Erdmann (2016) - prawie trzygodzinny kandydat do Oscara dla nieanglojęzycznego filmu. Dla mnie dziwnie fascynujący, wspaniale zagrany, ze scenami, które nie potrafią opuścić widza na długo po seansie. (8/10)
  • Wyspa psów (2018) - najnowsza animacja Wesa Andersona to znowu wspaniały obraz. Ja akurat jestem fanką reżysera, więc prawie wszystko przyjmuję z miłością. Chociaż Fantastyczny pan Lis bardziej mi się podobał. (8/10)
  • Ostrożnie, pożądanie (2007) - grupa rebeliantów, próbująca zwalczyć okrutnego polityka w Szanghaju pod japońską okupacją, do tego bardzo specyficzny romans i mnóstwo dalekowschodniej kultury - oglądałam z przyjemnością. (8/10)
  • Avengers: wojna bez granic (2018) - o tym filmie już wszystko zostało powiedziane. Ja dodam, że zakochałam się całym serduszkiem (chociaż wcześniejsi Avengersi nie bardzo mnie porywali). Czekam na dalszy ciąg! (9/10)
  • Rejs (1970) - kultowy polski film, któremu do tej pory jakoś nie było ze mną po drodze. Ostatnio usiadłam, włączyłam i się zakochałam. Większość aktorów to amatorzy, mnóstwo improwizacji i wychodzi świetny obraz społeczeństwa. Trzeba obejrzeć! (9/10)


A Wy, co ostatnio ciekawego obejrzeliście?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka