poniedziałek, 11 lipca 2016

Niedokończony poemat, czyli 'Martwe dusze' Mikołaj Gogol

BookAThon się zakończył, a ja jestem z siebie bardzo dumna. Co prawda nie przeczytałam jednej z książek (Jo Nesbo, wybacz!), ale reszta książek sprawiła mi wiele przyjemności ;) Dziś o jednej z nich.

*Martwe dusze*
Mikołaj Gogol

*Język oryginalny:* rosyjski
*Tytuł oryginału:* Мёртвые души
*Gatunek:* literatura zagraniczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1842
*Liczba stron:* 477
*Wydawnictwo:* Znak
"Podobało mu się nie to, o czym czytał, lecz raczej samo czytanie, ściślej sam proces czytania, że oto z liter ciągle wychodzi jakieś słowo, które czasami diabli wiedzą co znaczy."
*Krótko o fabule:*
W mieście określonym przez autora tajemniczą nazwą "N." zjawia się Paweł Iwanowicz Cziczikow. To mężczyzna dobrze wychowany, który szybko zaskarbia sobie sympatię mieszkańców. Po jakimś czasie wychodzi na jaw cel jego wizyty - pan Cziczikow odwiedza kolejne majątki ziemskie wykupując martwe dusze.

*Moja ocena:*
 Co jakiś czas staram się sięgać po któryś z klasyków. To, że literatura fantastyczna sprawia mi dużą frajdę nie znaczy, że czasami nie mam ochoty na coś zupełnie innego. A Martwe dusze okazały się czymś bardzo innym. 
Przyznam się, że mam jakąś słabość do rosyjskich autorów. Nie wiem czy to dozwolone tak wrzucać ich do jednego wora, ale jakoś pojawiła się taka zależność. I tutaj zazwyczaj nie chodzi o fabułę czy bohaterów, a sam sposób pisania. Człowiek czuje się jakby słuchał cudownej opowieści, którą snuje piekielnie inteligentny bajarz. 
Mikołaj Gogol jest znany przede wszystkim jako twórca komedii obyczajowych. Rewizor i Ożenek to utwory wciąż chętnie wystawiane przez liczne teatry w Polsce. Martwe dusze miały być jego największym dziełem. Ukończył jedynie pierwszy tom, rękopisy rozdziałów kolejnego często były przez niego niszczone, dlatego zachowały się tylko we fragmentach. Zmarł w wieku 43 lat. Do tej pory krążą spekulacje czy autora nie pochowano żywcem - po odkopaniu ciało przewrócone było twarzą w dół. 
Martwe dusze złapały mnie w swoje sidła od pierwszych stron. Nie spodziewałam się takiej frajdy przy lekturze klasyka! Okazało się, że Gogol, posługując się niebywale sprawnym językiem, przedstawił Rosję z jej bolączkami i wyśmiał naturę mieszkających w niej ludzi. A trzeba pamiętać, że zrobił to pod nosem samego cara!
źródło
Ciekawą sprawą jest tutaj kreacja bohaterów. W pierwszym tomie poznajemy mnóstwo różnych charakterów, które mają jednak ze sobą wiele wspólnego - przede wszystkim dążą do zdobywania zysku za wszelką cenę. Jestem pod wrażeniem wnikliwości autora. W prostych dialogach wymalował postaci z krwi i kości, na wskroś rosyjskie, typowe słowiańskie dusze. Na dodatek przelał w wielu z nich masę humoru, często absurdalnego, który tak cenię. Główna postać przez długi czas pozostaje dla czytelnika zagadką. Ot, miły dżentelmen, który nie wiadomo z jakiego powodu, skupuje martwe dusze. Pięknie było czytać jakie reakcje wywoływała ta informacja wśród mieszkańców miasteczka N. Sama historia Cziczikowa przedstawiona była dość późno i idealnie uzupełniła wyobrażenie o nim czytelnika.
 Podobno Gogol miał w zamyśle stworzyć poemat na miarę Boskiej komedii Dantego. To dlatego przedstawia nam świat, widziany oczami Cziczikowa, który zwiedza coraz to nowe zakamarki miasta poszukując martwych dusz do sprzedaży. Z każdą wizytą autor pokazuje nam coraz więcej Rosji, a trzeba przyznać, że opisy u Gogola są bardzo barwne i dokładne. Do tego często zwraca się on bezpośrednio do czytelnika, co sprawia że czytanie staje się tak naprawdę monologiem, przez który autor nawiązuje z nami więź. 
Problem pojawia się kiedy wkracza drugi tom, niestety bardzo okrojony. Często rozdziały czy zdania kończą się przypisem, w którym zostajemy poinformowani, że dalszej części po prostu nie ma. Przyznam, że ten fakt sprawił, że o wiele trudniej było mi przez tom przebrnąć. Bo kiedy historia urywa się w środku ciekawej sceny, żeby przejść do kolejnego dnia czytelnik się gubi. I mimo że styl autora nadal zachwyca to sama warstwa fabularna zaczyna kuleć. Na dodatek czułam się trochę tak, jakby Gogol zaczął usprawiedliwiać mieszkańców Rosji, przedstawiać ich z lepszej strony (jako idealnych gospodarzy) trochę na siłę. Może taki był zamysł, może dalsze części miały to wyjaśnić - tego już się niestety nie dowiemy.
Mimo że Martwe dusze są niedokończonym poematem, zdecydowanie warto po nie sięgnąć. To obraz Rosji opisany z pomysłem, masą inteligencji i hektolitrami absurdalnego humoru, który kryje za sobą melancholijny wyraz autora na temat narodowych niedoskonałości. Lektura może nie lekka, ale zdecydowanie przyjemna.

Moja ocena: 8/10 (za pierwszy tom byłaby dziesiąteczka, no ale...)
I mała próbka humoru Gogola:
"Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia. "
Wyzwania:
http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html


 

czwartek, 7 lipca 2016

'Awkward', czyli młodzieżowy umilacz czasu

Wciąż zmagam się z wyzwaniami BookAThonowymi, a odwiedziła mnie dawno nie widziana znajoma, więc wybaczcie małą aktywność ;)
Dzisiaj krótko będzie mowa o serialu, którego emisja (uwaga!) została już zakończona. To pierwsza taka notka na blogu, do tej pory pisałam o tych, które wciąż powstają. Przed Wami Awkward, czy jeśli ktoś woli po polsku - Inna.
Serial zaczyna się kiedy Jenna Hamilton (Ashley Rickards) jest na początku swojej edukacji w liceum. Po jednym, nieszczęsnym wypadku pod prysznicem cała szkoła zaczyna plotkować na temat jej "nieudanej próby samobójczej".
Opis jak wiadomo dotyczy tylko pierwszego odcinka, a całość składa się z pięciu sezonów po ponad 20 odcinków. Na pocieszenie powiem Wam, że każdy z nich trwa niecałe 20 minut, a czas naprawdę ucieka w przyjemnym nastroju. 
Nie wiem za bardzo co trzymało mnie przy nim do końca. Zgoda, kiedy zaczęłam go oglądać byłam jeszcze w liceum i lubiłam tego typu seriale (na topie była Plotkara i szukałam jakiegoś zamiennika). Ale, że wytrzymałam z nim te pięć lat, trochę mnie dziwi. Zastanawiam się więc nad powodem.
Wydaje mi się, że na początku kupił mnie scenariusz. Wiadomo, całość była przerysowana, ale ta forma mi się spodobała (zresztą to serial MTV, więc trzeba było spodziewać się czegoś lżejszego). Niby wszystko sztampowe - zwykła szara myszka, w której zakochuje się przystojniak. Na szczęście twórcy nie trzymali się kurczowo tego pomysłu przez cały czas i wrzucali bohaterów w coraz to nowe sytuacje. 
A zostałam z nim do końca, bo po kilku sezonach jakoś przywiązałam się do bohaterów. To naturalne, że byłam ciekawa jak to się wszystko potoczy, szczególnie że pod koniec sezonu zawsze zostawały jakieś skomplikowane sprawy, które oczekiwały na rozwiązanie. Zresztą, odcinki są tak krótkie, że umiliły mi wiele szybkich posiłków. Serial skierowany jest przede wszystkim do nastolatków, ale starsze osoby też mogą dać mu szansę. Przekonać Was może to, że oprócz mnie w domu oglądał go też współlokator (student, na trzecim roku).
Podobała mi się więź między matką a córką - Jenna była typową "wpadką" i jej rodzice wciąż są bardzo młodzi. Często to jej matka wpadała na bardziej szalone pomysły i Jenna musiała ją hamować. Tak naprawdę główna postać może czasami irytować swoimi wyborami i popełnianymi błędami, ale mi to nie przeszkadzało - dzięki temu wciąż trzeba było wychodzić cało z opresji :)
Muszę przyznać, że początkowo oglądałam go dla scenariusza i zabawy, ale z czasem zaczęłam kibicować głównej parze. Przeżyli wiele różnych perypetii, ale uważam, że naprawdę do siebie pasują i było czuć między nimi tę chemię. 
Problem polega na tym, że trzy pierwsze sezony były o wiele lepsze niż dwa kolejne, jak to często z serialami bywa. Na szczęście twórcy nie ciągnęli przygód dalej, tylko przestali na piątym sezonie. Muszę przyznać, że samo zakończenie mi się podobało. Dość otwarte, bez wymuszonych scen. Takie życiowe i prawdziwe.
 Podsumowując, jeżeli szukacie czegoś niezobowiązującego, lekkiego i krótkiego, Inna może Wam się spodobać. Nie ma co oczekiwać po tym serialu wysokiej rozrywki, ale dla nastolatek na pewno ma jakieś przesłanie. A starsi mogą poczuć się trochę młodsi przy oglądaniu!

Ocena serialu: 7-/10


poniedziałek, 4 lipca 2016

BookAThon 2016: edycja letnia

Brałam już udział w BookAThonie edycji zimowej 2015 (LINK). Bardzo podoba mi się ta inicjatywa, szczególnie, że nic nie jest tak naprawdę narzucone. Bierze się udział tylko dla siebie, żeby zmotywować się do czytania, a jeżeli nie wypełnisz tych zadań to przecież nic się nie stało - ważne, że spróbowałeś. 

Wiem, że wiele osób nie bierze udziału ze względu na wyzwania. Przyznam, że mi też początkowo wydały się trudne do zrealizowania i pewnie nie wzięłabym udziału gdyby nie moja ostatnia zdobycz z biblioteki, książka autora o moich inicjałach! Stwierdziłam, że skoro tak mi się z nią udało, to resztę już jakoś dopasuję. Przed Wami moje plany!

poniedziałek, 04.07.2016
WAKACJE Z DUCHAMI
Do tego wyzwania wybrałam Martwe dusze Mikołaja Gogola. Co prawda książkę już kończę (zaczęłam czytanie jakoś w styczniu, później miałam przerwę), ale liczę tylko strony, które mi zostały. No i do martwych dusz, kupowanych przez Cziczikowa można chyba dopasować te duchy, naciągane, ale działa! 
Stron: zostało mi 100 do końca. 

wtorek, 05.07.2016
DOKOŃCZENIE LUB ZAKOŃCZENIE SERII

Brawo ja! Zamiast skończyć którąś z serii ja oczywiście wybieram rozpoczęcie kolejnej. Cóż, taka już moja przypadłość. Wybór padł na Z mgły zrodzonego Brandona Sandersona, chociaż Czas żniw był bardzo blisko. Sandersona jednak kocham mocno, więc mam nadzieję, że z tą cegiełką sobie poradzę jakoś.
Stron: 670

środa, 06.07.2016
AUTOR O TWOIM IMIENIU LUB INICJAŁACH

To wyzwanie jest akurat bardzo trudne. Jakoś zawsze trudno mi było znaleźć autora o inicjałach M.H., a moje imię niestety również nie jest zbyt popularne. Przy okazji ostatniej wizyty w bibliotece rzuciła mi się w oczy Uległość Michaela Houellebecqa, którą bardzo polecał mi znajomy. Wzięłam do domu, a później okazało się, że idealnie wpasowała się w to wyzwanie!
Stron: 285

czwartek, 07.07.2016
LATO Z KRYMINAŁEM

Tutaj miałam niemałą zagwozdkę. Oczywiście na półkach znalazłam niewiele tego gatunku (Mroza mam dalej tylko Zaginięcie, czyli drugą część ;( ). Na szczęście mój Luby jak już czyta, to często właśnie kryminały/thrillery, więc w końcu rozpocznę przygodę z Jo Nesbo, ciekawe jak mi się spodoba!
Stron: 375

piątek, 08.07.2016
KSIĄŻKA Z TWOIM ZAWODEM

Kolejne wyzwanie wymagające chwili pomyślenia. Na szczęście z pomocą przyszła mi siostra - podobno w Nomen Omen Marty Kisiel są studenci Politechniki. I to nawet we Wrocławiu, więc wszystko się zgadza. Dawno chciałam się za tę książkę wziąć, bo już nie mogę się doczekać Dożywocia 2 !
Stron: 331

sobota, 09.07.2016
WAKACYJNA MIŁOŚĆ

Mam nadzieję, że w którejś z powyższych książek znajdę jakąś swoją wakacyjną miłość (najpewniej w Z mgły zrodzonym, mam słabość do bohaterów w fantastyce).


niedziela, 09.07.2016
PRZECZYTAJ 1500 STRON
 100+670+285+375+331 = 1761 stron


A Wy bierzecie udział w BookAThonie? Jakie książki wybraliście?
 

piątek, 1 lipca 2016

Zabawa formą i treścią, czyli 'Drażliwe tematy' Neil Gaiman

 W poniedziałek powinna pojawić się notka na temat letniej edycji Bookathonu, w której mam zamiar wziąć udział. Mam nadzieję, że uda mi się coś napisać na temat ostatniej wizyty w teatrze. Tymczasem wrzucam moją opinię na temat zbioru opowiadań Gaimana, miłej lektury!
*Drażliwe tematy. Krótkie formy i punkty zapalne*
Neil Gaiman

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Trigger Warning: Short Fictions and Disturbances
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* zbiór opowiadań/nowel
*Rok pierwszego wydania:* 2015
*Liczba stron:* 392
*Wydawnictwo:* MAG

"Zawsze jest warto spróbować, nawet jeśli się nie uda, nawet jeśli już zawsze będziesz spadać jak meteor. Lepiej rozbłysnąć w ciemności, stać się natchnieniem dla innych, żyć, niż siedzieć w mroku i przeklinać ludzi, którzy pożyczyli i nie oddali ci świec."
*Krótko o fabule:*
Zbiór opowiadań Neila Gaimana

*Moja ocena:*
 To dziwne, że jeszcze nic o Gaimanie Wam nie opowiadałam, bo to jeden z moich ulubionych autorów. Zaczęło się niewinnie od Nigdziebądź, później przeszło przez Gwiezdny Pył, zbiory opowiadań, a Amerykańscy bogowie przemówili do mnie już w stu procentach. Za każdym razem jak widzę jego nazwisko mam ochotę wziąć książkę w łapki i pożreć ją wzrokiem. Dlatego nie mogłam oprzeć się Drażliwym tematom, szczególnie że okładka po prostu olśniewa swoim pięknem!
Początkowo miałam plan, żeby przeplatać czytanie z innymi książkami. W takim sensie, że kiedy nie mam ochoty dalej czytać tego, co aktualnie jest na tapecie, sięgnę po jakąś krótką formę od Gaimana. Niestety pomysł spalił na panewce, kiedy tylko otworzyłam tę książkę. Mówisz sobie "jeszcze tylko jedno krótkie opowiadanie", a zaraz później przewracasz ostatnią stronę i sprawdzasz czy nie ma więcej. 
Najpiękniejsze w tym zbiorze jest to, że autor bawi się nie tylko treścią, ale też formą. Oprócz pełnowymiarowych opowiadań spotkamy się tutaj z kilkoma wierszami, a nawet odpowiedziami ankietowymi! Tym sposobem ciężko porównywać do siebie niektóre z zamieszczonych w zbiorze utworów, bo są tak od siebie różne. To, co jest bolączką antologii - ten fakt, że jedno opowiadanie jest genialne, a inne bardzo słabe, tutaj nie ma miejsca. Natomiast zdarzają się opowiadania, które zostaną w pamięci na dłużej i te, które szybciej wylecą z głowy - nie zmienia to faktu, że każde z nich jest miłym przeżyciem. 
Świetnym pomysłem było umieszczenie na początku krótkich wyjaśnień do każdego z opowiadań. W pewnych przypadkach nadawało to trochę innego podejścia do przeczytanej historii. Można zacząć od tekstu "O zawartości tej książki", ja jednak najpierw czytałam opowiadanie, a dopiero później jego genezę i było mi z tym bardzo dobrze. Jednak wybór należy do czytelnika.
 Przejdźmy do tego, które formy mi najbardziej się spodobały. Numerem jeden zostanie chyba retelling połączonych baśni "Królewny Śnieżki" i "Śpiącej królewny". Uwielbiam to, że Neil Gaiman nie boi się wziąć wszystkim znanych historii i przedstawić je w kompletnie innym świetle. Z jego poprzedniego tomu opowiadań (Dym i lustra), do tej pory pamiętam opowiadanie "Śnieg, szkło i jabłka", a z tego na pewno zapamiętam "Śpiącą i wrzeciono"! Cudowny zwrot akcji, silne kobiece postaci i takie inne zakończenie. Z podobnych względów podobało mi się opowiadanie "Prawda to jaskinia w czarnych górach", o poszukiwaniu zemsty, ludzkiej chciwości i wyrzutach sumienia, a wszystko to w baśniowych, magicznych klimatach. "Pomarańcz" natomiast zaskakuje formą (odpowiedzi w ankiecie) i przez to naprawdę zyskuje w oczach czytelnika. 
Gaiman oprócz baśni wziął na warsztat też fanficki znanych seriali - Sherlocka i Doctora Who! Przyznam, że jestem dopiero w trakcie oglądania tego pierwszego, a drugiego widziałam kilka odcinków, wiem jednak o co chodzi. I trochę ważne, żeby znać ogólny schemat, wtedy lepiej się czyta i nie trzeba się zastanawiać czym jest TARDIS np. Przyznam, że bardziej podobało mi się właśnie fanfiction Doctora Who, ale oba są godne polecenia.
Miłym puszczeniem oka był tekst "Żeńskie końcówki". Już podczas czytania myślałam, że to dotyczy Polski, ale trudno mi było w to uwierzyć. Dopiero w wyjaśnieniach wyczytałam, że faktycznie Gaiman miał na myśli ludzki posąg w Krakowie! Od razu się człowiekowi robi miło, że w takiej książce wspomniana jest jego ojczyzna.
Najgorsze jest to, że tak wiele tutaj świetnych opowiadań, że nie da się wspomnieć o wszystkich. Wymienię tylko, że zachwyciły mnie też "Problem z Cassandrą", "Przygoda", "Kalendarz opowieści", "Klik-Klak Grzechotka", "Brylanty i perły: baśń", "Powrót Chudego Białego Księcia". No i trudno nie uśmiechnąć się na ostatnie opowiadanie w tomiku - "Czarny pies", które jest nawiązaniem do Amerykańskich bogów. Wiersze Gaimana niestety najmniej zapadły w pamięć, ale również miło się je czytało.
Podobało mi się również ułożenie wszystkich tekstów w antologii, pomysł widać szczególnie kiedy wkracza tekst "Przestrzegać formalności" o tym, jak nie zaproszono Czarownicy na urodziny Aurory, a później od razu czytamy "Śpiącą i wrzeciono". I w ogóle całość jest bardzo wyważona, tak, że nie mamy opcji się nudzić. 
Co ja Wam mogę napisać, po prostu uwielbiam Neila Gaimana i cieszę się, że wiele jego książek wciąż przede mną. Klimat, który tworzy jest cudowny. Do tego zawsze kiedy czytam wszelkie wstępy, dedykacje to od razu się uśmiecham - czuję się jakby mówił personalnie do mnie. Inteligentny facet, który tworzy niezwykłe historie. Nic, tylko czytać!

Moja ocena: 9/10

Wyzwania:

http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Czerwcowy magiel filmowy

Narzekam na brak czasu w kwestiach pisania pracy magisterskiej. Później analizuję liczbę przeczytanych stron i obejrzanych filmów/seriali i już się domyślam gdzie ten czas się zgubił. To był dobry miesiąc pod względem filmów, zapraszam do krótkiego podsumowania.

Coś za mną chodzi (2014)
Z reguły nie oglądam horrorów. Na palcach jednej ręki mogę chyba wymienić te, na które jednak się zdecydowałam. Ten zapowiadał się na coś innego, polecany przez ludzi typu Urszula Antoniak, reżyserka ze świeżym podejściem do kina. Więc podjęłam się obejrzenia.
Jay (Maika Monroe) zaczyna być prześladowana przez Coś, co zostało przekazane jej za pomocą odbytego stosunku płciowego. Zjawa będzie za nią podążać i próbować ją zabić, chyba że Jay przekaże tę klątwę kolejnej osobie. 
Sam opis filmu mnie odpychał, obsada wyglądała raczej na nieznaną i taką z horroru niższej klasy. A okazało się, że to był świetny, niezależny film. Niektóre zdjęcia powalały, muzyka budowała ogromne napięcie i w połączeniu z tymi długimi ujęciami, najazdami kamery na dłonie sprawiała, że miałam gęsią skórkę. Były momenty kiedy nie mogłam patrzeć, bo się bałam. Nigdy nie zrozumiem fenomenu horrorów, ja się męczę tym strachem i spać później nie mogę, ale wiem, że dużo osób to lubi. Film ma niską ocenę na filmwebie, podejrzewam, że powodem jest rozczarowanie fanów gatunku. To jednak horror niezależny, który pod powłoką strachu ma zmusić do myślenia. My z Lubym wpadliśmy na porównanie całej klątwy do AIDS, ale czytałam jeszcze ciekawsze interpretacje tego filmu. Warto zobaczyć.

Moja ocena : 7/10
Z dala od zgiełku (2015)
Zawsze sobie obiecuję, że zacznę od czytania pierwowzorów, a później będę oglądać ich ekranizacje. Niestety, do tej pory to nie działa. Filmy za bardzo mnie kuszą, co nie znaczy, że nie przeczytam oryginału, bo to klasyk, który jest na mojej liście od dawna.
Bathsheba (Carey Mulligan) zostaje właścicielką dużego majątku ziemskiego. Jako przedstawicielka płci pięknej będzie musiała stawić czoła wielu przeciwnościom i krzywym spojrzeniom sąsiadów. Z czasem o jej uczucia starać się będzie trzech mężczyzn.
Jeżeli chodzi o filmy kostiumowe to zazwyczaj kupują mnie od początku. Wystarczy, że zobaczę piękne kostiumy, delikatną kobiecą urodę i postawnego mężczyznę, a już oglądam z wypiekami na twarzy. Fabuły Z dala od zgiełku nie znałam, więc tym bardziej wciągnęłam się w wir zdarzeń. Ludzie często narzekają, że filmy tego gatunku są nudne, ja jednak zadowalam się małymi rzeczami, spojrzeniami, dotykiem dłoni i jestem usatysfakcjonowana. Taka już ze mnie niepoprawna romantyczka. Dlatego możecie się nie zgadzać, ale mi film bardzo się podobał. Zdjęcia cudowne, postaci ciekawe, każda bardzo inna, do tego świetnie zagrana. Carey jest tak piękna, że nie mogłam od niej oderwać wzroku! Fanom filmów kostiumowych będzie się podobał.

Moja ocena: 8/10
Amy (2015)
Filmy dokumentalne oglądam raczej rzadko. Muszą być mi polecone, bądź dotyczyć zdarzeń lub osób, które skądś kojarzę. Amy to film, który łączy te dwa powody - dostał Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny, a panią Winehouse bardzo lubię słuchać. 
Obraz ten przedstawia życie gwiazdy, Amy Winehouse, która zmarła na skutek zatrucia alkoholowego. Zdobywała światową sławę, jednak przez nałóg straciła życie w wieku 27 lat. 
Przyznam, że jakieś trzy lata temu zainteresowałam się bardziej życiem artystki. Oglądałam materiały na YouTube, z koncertów, na których ledwo udawało jej się zaśpiewać. Pod wpływem alkoholu, narkotyków, wydawała się nieszczęśliwa będąc na scenie. Miło było uzupełnić sobie jej życiorys dzięki temu filmowi. Reżyser zdobył naprawdę wiele materiałów z jej życia, zdjęć, nagrań, wypowiedzi znajomych. Uważam, że wykonał bardzo rzetelną pracę. Całość była zgrabnie zmontowana, przebijanie jej piosenkami pozwalało przypomnieć sobie dlaczego była tak uwielbiana przez fanów. I po seansie można tylko stwierdzić, że szkoda takiego talentu. Dobrze, że możemy wrócić do jej piosenek dzięki wydanym płytom.

Moja ocena: 8/10
Niewinni czarodzieje (1960)
W moim filmowym wyzwaniu znalazł się podpunkt z filmem wyreżyserowanym przez Andrzeja Wajdę. Myślałam, że padnie na Wałęsa. Człowiek z nadziei, jednak niechcący zdecydowałam się na Niewinnych czarodziejów (dzięki niezawodnemu TVP Kultura). 
Bazyli (Tadeusz Łomnicki) za namową swojego przyjaciela, Edmunda (Zbigniew Cybulski) zagaduje w lokalu intrygującą Pelagię (Krystyna Stypułkowska). Spędzają ze sobą całą noc, rozgrywając miłosną grę pozorów. 
Doceniam nowe filmy pana Wajdy, dotyczące ważnych wydarzeń z historii Polski. Jednak wciąż zaskakują mnie jego starsze produkcje. Tak jak pokochałam Kroniki wypadków miłosnych i Panny z Wilka, tak przepadłam dla Niewinnych Czarodziejów. Można się przyczepić do niesłyszalnych dialogów w porównaniu do podkładów muzycznych czy montażu, ale scenariusz jest po prostu cudowny. A cały ciężar filmu spoczywa na barkach dwóch głównych aktorów, którzy spisali się na medal. Pierwszy raz widzę w filmie młodego Łomnickiego i od razu zdobył moje serce. Młodzi grają ze sobą, chowają się za wymyślonymi postaciami, obawiają się naprawdę zbliżyć. Prowadzą długie inteligentne rozmowy, żeby za chwilę grać w podrzucanie paczki zapałek. Grać z uporem godnym osła. Całość jest przyswajalna niemal jak sztuka teatralna. Trzeba to zobaczyć!
Moja ocena: 8/10
 Lśnienie (1980)
Oprócz oglądania nowości, uzupełniania wyzwania filmowego, nadrabiam też światowe klasyki. Mam wiele docenianych filmów, których (wstyd!) wciąż nie widziałam. Wiadomo, czas ograniczony, a oglądam zazwyczaj to, co mogę znaleźć w telewizji. Na szczęście Lśnienie dość często jest emitowane, więc udało mi się nadrobić!
Jack (Jack Nicholson) podejmuje się pracy stróża hotelu, który jest zamykany na okres zimowy. Przeprowadza się do ogromnego domu wraz z żoną i synem. Odizolowanie negatywnie wpływa na ich życie, nie pomaga również makabryczna historia związana z hotelem. 
Znowu nie czytałam pierwowzoru. Wybaczcie, książkoholicy, ale tak już mam, że nie przywiązuję wagi, co będzie pierwsze. Na temat filmu trochę słyszałam, przede wszystkim tekst "Here's, Johnny" często był wymieniany wśród najbardziej znanych w kinematografii. Mimo wszystko nie wiedziałam czego się spodziewać. Tym lepiej się oglądało. Klimatyczny, z tajemnicą w tle, paranormalnymi zjawiskami i podłożem psychologicznym horror. Jednak największe brawa należą się Jackowi Nicholsonowi! Kupa dobrej roboty, był przerażający, wszystko co mógł wlał w tę rolę! Do tego mnóstwo świetnych kadrów, jak wylewająca się krew w pokoju, mały Danny jeżdżący na rowerku po korytarzach hotelu. Podobało mi się też budowanie napięcia - od początku spodziewamy się w którą stronę wszystko się potoczy i obgryzamy paznokcie w oczekiwaniu na najgorsze. Świetny film, teraz pozostaje nadrobić książkę!

Moja ocena: 8/10
Dziewczyna Piętaszek (1940)
W różnych zestawieniach filmowych Dziewczyna Piętaszek jest określana mianem jednego z najlepszych starszych filmów. Na dodatek scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej, co idealnie wpisało się w moje wyzwanie filmowe.
Hildy Johnson (Rosalind Russell) postanawia odejść z pracy i rozpocząć nowe życie z wybrankiem. Okazuje się to nie być tak proste, ponieważ jej szefem jest jej były mąż - Walter (Cary Grant), który nie zamierza pozwolić jej łatwo odejść, jako partnerce i jako najlepszej reporterce. 
Przyznam, że czaiłam się na ten film od dłuższego czasu, a kiedy przeczytałam, że to jeden z dziesięciu ulubionych filmów Quentina Tarantino tym bardziej ostrzyłam na niego zęby. Dla mnie to przede wszystkim świetna komedia, która ma zawrotne tempo, szczególnie na tamte czasy. Nie ma chwili na nudę, wciąż pojawiają się zaskakujące wydarzenia, mnóstwo cudownych dialogów, a ponadto całość zagrana idealnie. Cary Grant wypadł cudownie w tej komediowej roli, oddałam mu serce od pierwszych minut. Rosalind wcale nie odstawała, szczególnie że jej rola bardzo mi się spodobała, to była taka pewna siebie kobieta, o wielu talentach. Dla mnie bomba i nie rozumiem narzekania wielu oglądających na chaos - o to w całości chodziło, żeby tempo nie siadało! Polecam, szczególnie fanom starego kina.

Moja ocena: 8/10
Sekrety morza (2014)
Mam nadzieję, że nie tylko ja jestem takim bzikiem na punkcie animacji. Naprawdę próbuję się powstrzymywać, ale nie ma chyba miesiąca, w którym nie obejrzałabym jakiejś bajki. I dobrze mi z tym!
Sirsza wraz z bratem udają się w magiczną podróż, podczas której dowiedzą się wielu faktów z przeszłości, dotyczących ich mamy.
Czy ja muszę mówić, że płakałam niemal od początku? Wielka ze mnie beksa, a do tego animacjom zawsze łatwiej wywołać u mnie łzy. A ta była naprawdę wyjątkowa. Miło zobaczyć, że są twórcy, którzy wciąż kombinują z kreską, nie idą na łatwiznę, nie korzystają z technik 3D, a tworzą coś tak pięknego jak Sekrety morza. Na dodatek w filmie poruszane są ważne kwestie rodzinne, więź między rodzeństwem, radzenie sobie z tragedią straty bliskiej osoby. Byłam zachwycona wszystkimi opowiadanymi historiami, postaciami znanymi z folkloru. Utrzymane to było w specyficznym klimacie, do którego idealnie pasowała przepiękna muzyka. Po prostu czuć tam Irlandię, ojczyznę reżysera. Tym bardziej mi wstyd, że wciąż nie nadrobiłam wcześniejszej animacji Tomma Moore'a Sekretu księgi z Kells, wiem że kreskę ma podobną.

Moja ocena: 9/10
Mustang (2015)
Ostatnio koleżanka chciała mnie wyciągnąć do kina na film bardziej niezależny. Odrzuciliśmy wszystko co grają w multikinach i wybraliśmy wrocławskie Nowe Horyzonty. Gdy tylko spojrzałam na repertuar od razu wiedziałam - chcę zobaczyć Mustanga!
Mała nadmorska miejscowość w Turcji. Pięć sióstr wychowuje babcia, podległa starym obyczajom i tradycjom. Kiedy pojawiają się plotki o nadmiernej frywolności dziewcząt, babcia i wuj postanawiają zmienić sposób ich wychowywania.
Spodziewałam się filmu skupionego na dojrzewaniu, takiego dość typowego coming of age movie. I początek taki trochę był. Jednak im dalej tym więcej otrzymywaliśmy zaskoczeń. Trudno sobie wyobrazić, że takie sytuacje nadal mogą mieć miejsce, że w Turcji wciąż spotkać można tak konserwatywne podejście. Wydawało mi się, że kiedy nic gorszego nie mogło się stać, reżyserka dorzucała kolejne kłody, leżące pod nogami dziewcząt. Ten film naprawdę trafia do człowieka, tym bardziej do kobiet. Nie potrafię sobie wyobrazić przedstawicielki płci pięknej, która nie będzie współczuła głównym bohaterkom. Szczególnie, że każda z nich wydaje się bardzo realna, za sprawą świetnego, bardzo naturalnego aktorstwa. Naprawdę wszystkie dziewczyny zagrały cudownie i przekonująco. Dodając do tego bardzo dobre zdjęcia, podbijające uczucia płynące ze scen (tak jak dmuchanie w celu zaparowania szyby niosące ze sobą piękną dawkę erotyzmu) muszę powiedzieć, że trochę szkoda, że ten film nie zgarnął jednak Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Ja bym na niego zagłosowała!
Jeżeli wciąż nie jesteście przekonani to dorzucę ciekawostkę, że reżyserka czerpała inspirację z filmu Przekleństwa niewinności. Oglądajcie, bo warto.

Moja ocena: 9/10


Oprócz tego obejrzałam:
  • Minionki (2015) - mam taką teorię, że im więcej części animacji tym gorzej i cóż, zazwyczaj się ona sprawdza. Minionki to słodkie stworzonka, w filmie było kilka zabawnych sytuacji, ale całość nie dorasta do pięt pierwszej części. (5/10)
  • Hotel Transylwania 2 (2015) - chciałoby się napisać "patrz punkt powyżej". Znowu kontynuacja, w której było wiele niedociągnięć. Oglądało się ją jednak przyjemniej, dzięki temu, że postacie były ciekawe (zielony żelek mnie kupił). No i mały Dennis to taki słodki dzieciak. Szkoda, że fabularnie siadło. (6/10)
  • Wiek Adeline (2015) - przyznam, że spodziewałam się czegoś więcej. Przyjemne filmidło, bez większych emocji. Najbardziej podobał mi się chyba Harrison, który wciąż zaskakuje aparycją :D Blake zagrała dobre, scenariusz był w porządku, a i tak całość mnie nie porwała. (6/10)
  • Świat według T.S. Spiveta (2013) - obejrzałam dla nazwiska Heleny Bonham-Carter w obsadzie i Jeunet'a jako reżysera (to ten pan, który stoi za cudowną Amelią). Wyczuwa się ten klimat tworzenia filmu jak w Amelii, ale to po prostu kino familijne. Przyjemne w oglądaniu, ale nie zrobiło na mnie dużego wrażenia. Na pewno niesie ciekawe przesłanie na temat radzenia sobie ze stratą. (7/10)
  • Spartakus (1960) - a jego chciałam zobaczyć przez film biograficzny - Trumbo, o scenarzyście. Do tego za kamerą stanął Stanley Kubrick. Naprawdę film zrobiony z rozmachem, szczególnie jak na tamte czasy. Nie obyło się bez momentów nużących, ale całość oglądało się naprawdę dobrze. No i dziura w podbródku Kirka wygrywa wszystko! (7/10)
  • Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (2016) - brakowało mi wizyty w multipleksach, więc postawiłam na nowego Kapitana Amerykę. I dobrze mi z tym. Kawał dobrego kina o superbohaterach, oglądało się z zaciekawieniem (nawet mimo tego że nie znaliśmy drugiej części Avengersów). (8/10)
To był naprawdę dobry miesiąc filmowy. A Wy, co ostatnio obejrzeliście?

Aktualizacja mojego wyzwania (możecie dołączyć do wydarzenia na Facebooku TUTAJ):

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka