sobota, 28 października 2017

Śmierć, powroty zza grobu, strachy i upiory - co czytać w najbliższym tygodniu?

Wielkimi krokami zbliża się okres, w którym wspominamy umarłych. Palimy znicze, składamy wizyty na cmentarzach i rozmyślamy o śmierci. Natomiast za oceanem mieszkańcy Ameryki świętują Halloween, przebierają się i straszą nawzajem. Dlatego dzisiaj stworzyłam listę książek, które mogą się w jakimś stopniu wiązać z tym okresem i po które warto teraz sięgnąć. 

Zacznijmy od pewnych oczywistości. Wydaje mi się, że w tym okresie spokojnie można sięgnąć po książki, w których Śmierć występuje w sensie fizycznym, czyli jest bohaterem powieści. W tym przypadku mam Wam do polecenia dwie książki. Pierwsza to bardzo dobrze znana i jedna z moich ulubionych powieści, Złodziejka książek Marcusa Zusaka. W tym przypadku Śmierć jest narratorem, dzięki czemu cała fabuła staje się jeszcze bardziej oryginalna. Jest to piękna historia młodziutkiej Liesel, akcja  umiejscowiona jest w Niemczech, podczas II wojny światowej. Wydaje mi się, że nie ma sensu wiele zdradzać, ponieważ to książka, po którą każdy powinien sięgnąć. Polecam tylko zaopatrzyć się w paczkę chusteczek. 
Kolejną pozycją, o której warto wspomnieć jest Rozmowa na trzech grabarzy i jedną śmierć Tomasza Kowalskiego. Również w tym przypadku Śmierć jest bohaterem powieści, ale nawet w bardziej namacalnym stopniu niż w Złodziejce książek. Bo tym razem to prawdziwa Kostucha, która wpada czasami na rozmowy z trójką grabarzy w przycmentarnej kaplicy. Wygląda jak typowa Śmierć znana nam z ludowych przekazów - kościotrup w długiej czarnej szacie, koniecznie z kosą. W tym przypadku najciekawiej wypada konfrontacja poglądów Kostuchy z wciąż żyjącymi grabarzami. Powieść do przeczytania w jeden dzień, która może otworzyć nam oczy na niektóre tematy, idealna do czytania na ten okres.

Kolejna kategoria to takie mniej typowe pozycje. Pierwszą będzie Hrabia Monte Christo Aleksandra Dumas. Dlaczego akurat ta? Przede wszystkim, to niezła cegła, a wiadomo, że takie czyta się najprzyjemniej kiedy za oknem szaleją deszcze, a my możemy się zaszyć pod kocykiem i czytać. Na dodatek to powieść niesamowicie wciągająca i jej klimat jest dość mroczny. Przede wszystkim jednak tytułowy hrabia, żeby dokonać swojej zemsty, niejako się uśmierca (a raczej przeprowadza fortel, żeby wrogowie nie zdawali sobie sprawy, że wszystkie nieszczęścia ich spotykające to jego sprawka). Mamy więc grupę ludzi, którzy myślą, że mści się na nich duch człowieka z przeszłości, któremu wyrządzili krzywdę. Powracający zza grobu, żeby dokonać swej zemsty. 
Dla fanów kryminałów i thrillerów, mogę polecić Drogę do piekła Przemysława Piotrowskiego. W jej przypadku mamy do czynienia z Johnem Pilarem, człowiekiem skazanym na śmierć, który po egzekucji budzi się w okropnym miejscu, swoistym piekle, zawierającym najgorsze ludzkie lęki. Spotkamy tam więc potworne demony z rogami i diabelskimi ogonami, będziemy też świadkami okropnych tortur, a wszędzie dookoła ciemno, obskurnie, z towarzyszącym wszechogarniającym zapach siarki. Równocześnie, brat bohatera prowadzi na powierzchni swoje śledztwo, ponieważ jakoś trudno mu uwierzyć w winę Johna. Dla fanów gatunku to chyba najlepszy wybór, szczególnie że rozwiązanie zagadki jest naprawdę ciekawe, a dodatkowo może skłonić czytelnika do wyciagnięcia przykrych wniosków o otaczającej nas rzeczywistości. 

Mam nadzieję, że znajdą się tutaj również fani klasyki literatury. W tym przypadku polecę Wam szybciutko trzy pozycje, o których nie będę się specjalnie rozpisywać, bo pewnie większość z Was je już zna. Przede wszystkim Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa. Przepiękna pod wieloma względami powieść z gatunku realizmu magicznego, w której znajdzie się miejsce dla całej ferajny podejrzanych typów, jak kot Behemot czy szef szefów, Woland. Jeżeli jeszcze nie znacie - nadrabiajcie koniecznie! Kolejna książka, to oczywiście Dziady Adama Mickiewicza. Zapewne większość z Was zna je z liceum, kiedy czytaliśmy je bardziej ze względu na obowiązek, niż dla przyjemności. Warto jednak do nich wrócić i poczuć ten niesamowity klimat ludowych wierzeń, nadprzyrodzonych postaci, a wszystko w pięknej otoczce polskiego romantyzmu. Ostatnią klasyczną książką, o której muszę wspomnieć są Martwe dusze Mikołaja Gogola. Jak widzicie jednak słowiańscy autorzy, w klasycznym podejściu do śmierci i dusz, wciąż rządzą. Jeżeli chcecie wiedzieć dlaczego warto Gogola poczytać odsyłam do swojej opinii (LINK).

Jeżeli mówimy o upiorach, strachach i duchach, to trzeba też pochylić się w stronę gatunku horroru. Dobrze wiecie, że słabo się w tym gatunku odnajduję, ale mam Wam coś do polecenia. Nic innego jak Dom na Wyrębach Stefana Dardy. Historia człowieka, który chce dokonać zmiany w swoim życiu i przeprowadza się na niemal totalne odludzie. Okazuje się, że wpada w sam środek nieprzyjemnej afery z przeszłości, która wciąż oddziałuje na dom, w którym zamieszkał. Będziemy mieć do czynienia z paranormalnymi zjawiskami, trochę się przestraszymy, ale ze strachu nie umrzemy. Wydaje mi się, że na ten okres idealna. 

Zastanawiacie się może za co ja się postanowiłam zabrać? Wybrałam Księgę cmentarną Neila Gaimana. Na razie za mną pierwszy rozdział, ale już widzę, że to był odpowiedni wybór. Akcja dzieje się na cmentarzu, a bohaterami są jego mieszkańcy. Niektórzy nieżyjący już od dwóch tysięcy lat! Ale więcej o niej, dopiero gdy lekturę zakończę.


Czytaliście któryś z tych tytułów? Może macie jakiś do dorzucenia? :)
A w przyszłym roku może pojawi się edycja filmowa tego postu?

poniedziałek, 23 października 2017

Na ile ważna jest jednostka w społeczeństwie - „Różaniec” Rafał Kosik


*Różaniec*
Rafał Kosik

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* science-fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 508
*Wydawnictwo:* Powergraph
 Polityka i moralność nie mogą iść w parze, bo ta druga sprawdza się wyłącznie w małej skali. Jeśli politykę przyrównać do ogólnej teorii względności, to moralność będzie teorią kwantową. Obie są poprawne, ale w innych skalach, stosowane równocześnie, zaprzeczają sobie
*Krótko o fabule:*
Warszawa przyszłości, przyszłości, która – miejmy nadzieję – nigdy nie nadejdzie. Zwykły człowiek w niezwykłym świecie, wmanipulowany w tryby wielkiej polityki, która i tak niewiele znaczy wobec mechanizmów rządzących Różańcem. Nowe podejście do porządku społecznego, w którym pojęcie winy i sprawiedliwości odchodzi w przeszłość. Ludzie zamknięcie w miastach-enklawach, poza którymi niemożliwe jest życie, są kontrolowani przez Nadróz, Prowokację i Eliminację oraz zdani na łaskę wszechmocnej g.A.I.a., o której nie wiadomo, czym naprawdę jest. Ona decyduje o życiu i śmierci jednostek, troszcząc się jedynie o dobro ludzkości. A przynajmniej tak się wszystkim wydaje. Przeciwstawia jej się ojciec, który gotów jest na każde poświęcenie, aby uratować dziecko. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Ostatnio coraz więcej mam styczności z gatunkiem science-fiction, co mnie niezmiernie cieszy. Szczególnie, że z każdą kolejną książką mój podziw dla twórców tylko rośnie. Wymyślenie oryginalnego świata i postaci to jedno, ale naukowe poparcie funkcjonowania danego społeczeństwa, to jest dopiero wyczyn. Dodatkowy atut to oczywiście podawanie tych technicznych niuansów w sposób jasny i przejrzysty. A tak robi to Rafał Kosik w swojej najnowszej książce, Różańcu

Nazwisko autora może być Wam dobrze znane. Przede wszystkim kojarzy się chyba z młodzieżową serią: Felix, Net i Nika, której nie dane mi było czytać. Kosik rzucił studia architektoniczne i założył wraz z żoną agencję reklamową. Oddał się swojej wieloletniej pasji, czyli pisaniu. Różaniec to pierwsza książka dla dorosłych, jaką wydał od czasów Kameleona z 2008 roku. 

Na początku podchodziłam do historii z rezerwą. Czytelnik dostaje mnóstwo elementów układanki, bo narracja prowadzona jest z wielu perspektyw. I to tak prowadzona, że miałam wrażenie, iż za chwilę się pogubię. Jednak ten moment wcale nie nadszedł. To, w jaki sposób autor splatał historie swoich bohaterów, tworząc powoli obraz całości, robi wrażenie dopiero po skończeniu lektury. Wtedy, czytelnik mógł stwierdzić, że w niebywale lekki sposób przechodził poprzez kolejne fragmenty historii. 

To, co robi wrażenie od pierwszych stron do ostatnich, to oczywiście precyzyjnie wykreowany świat przedstawiony. Mam wrażenie, że to jedno z tych książkowych miejsc, których długo nie zapomnę. Autor wykorzystał znaną nam Warszawę, ale przeniósł ją w przyszłość. Taką, w której Ziemia już nie nadaje się do zamieszkania, a poszczególne duże miasta stały się osobnymi tworami, zawieszonymi na wspólnej orbicie, niczym kolejne elementy planetarnego różańca. Ludzie mieszkają w tych enklawach, Warszawie, Monachium czy Wrocławiu, otoczeni tajemniczą Barierą. A władzę nad nimi sprawuje wszechmocna i nieuchwytna g.A.I.a.
źródło
Bohaterów jest wielu, ale ten główny to Harpad. To mężczyzna po rozwodzie, z córką widuje się raz na dwa tygodnie, a na co dzień prowadzi się dość beztrosko. Na życie zarabia w oryginalny sposób - jest nuzzlerem, czyli człowiekiem, odczytującym wartość PZ innych ludzi. Jeżeli ta wartość przekroczy odpowiedni próg, do gry wkracza Eliminacja - człowiek zostaje przez Eliminatorów zabrany i ślad po nim ginie. Jak to bywa z bohaterami, którzy posiadają specjalne umiejętności, Harpad zostaje wplątany w sprawy ogromnej wagi. I jak wiemy, najlepszym narzędziem do zmuszenia kogoś do współpracy jest wmanewrowanie w akcję bliskich, w tym wypadku córki Harpada - Marysi. Muszę przyznać, że większość postaci wydała mi się dość jednowymiarowa i była raczej takimi pionkami, których autor używał do przekazania nam czegoś ważnego, wykraczającego poza problemy jednostki. Jedyni bohaterowie, którzy zrobili na mnie wrażenie to właśnie ta para ojciec-córka. Szczególnie w ostatniej części książki, gdzie ciekawie było oglądać ich przemianę.

Dla mnie czytanie Różańca miało różne etapy. Na początku powolne wdrażanie się w fabułę, następnie dobra zabawa, przy rozwiązywaniu zawiłości pomiędzy poszczególnymi bohaterami, żeby na końcu poczuć się niemal jak podczas czytania Roku 1984 Orwella. Antyutopia w wykonaniu Kosika zrobiła na mnie ogromne wrażenie i właśnie dzięki tej trzeciej części książki mogę przyznać, że Różaniec potrafi pozostawić po sobie coś więcej niż wspomnienie czystej rozrywki. W tym przypadku znowu mamy do czynienia z niewolnikami systemu, którzy nie zdają sobie sprawy z tego jak bardzo są zniewoleni. Najgorsze jednak było to, że to, co stało za wszystkim, było tak nieuchwytne i tajemnicze. Kiedy nie wiesz przeciwko czemu walczysz, to skąd masz wiedzieć jakiej użyć broni? 

Rafał Kosik stawia też ciekawe pytania i hipotezy na temat tego, czego właściwie ludzie potrzebują. Może to nie jest tak, że zostajemy krzywdzeni przez reżimowe systemy, które dedykowane są do pełnej kontroli naszego życia? Może największą efektywność uzyskamy właśnie poprzez uzupełnianie luki w społeczeństwie, do której skieruje nas ktoś z góry, zdecyduje za nas? Bo może się okazać, że kiedy stajemy przed wyborem, czasami łatwiej jest się poddać niż walczyć, szczególnie jeżeli większość społeczeństwa nie stara się iść pod prąd. Dla mnie - przerażająca hipoteza.

Różaniec to książka-hybryda, która łączy wiele gatunków. Wspaniale dopracowany świat przedstawiony, bohaterowie z różnych grup społecznych (od policjantów, poprzez Eliminatorów, po polityków) i dodatek antyutopii pokazują nam przerażający obraz przyszłości, której nie chcielibyśmy doświadczyć. Trochę brakowało mi bardziej wyrazistych postaci, ale i tak była to dobra lektura, którą mogę Wam polecić i która potrafi wywołać wiele emocji. 

Moja ocena: 7+/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Powegraph.

czwartek, 19 października 2017

„En avant, marche!” i „nicht schalfen” na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym DIALOG

Pamiętam, że kilka lat temu marzyłam o tym, żeby wziąć udział w festiwalu DIALOG, czyli Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym we Wrocławiu. Żeby móc zobaczyć te wszystkie głośne sztuki z całego świata. Trochę smutny jest fakt, że udało mi się w końcu wybrać na spektakle, kiedy repertuar prezentuje się dość ubogo (brak niezbędnego dofinansowania zrobił swoje). Nie udało mi się też zdobyć biletów na bardziej kontrowersyjne tytuły, jednak i tak jestem usatysfakcjonowana tym, co widziałam. 

źródło
Pierwszym spektaklem, który obejrzałam był En avant, marche! w reżyserii Alaina Platela i Franka Van Laecke. Szczerze powiedziawszy, nie przygotowałam się do niego specjalnie, więc wszystko było niejaką niespodzianką. To niesamowicie fascynująca historia starzejącego się i schorowanego muzyka, dla którego bycie częścią orkiestry znaczy całe życie. Przez te prawie dwie godziny będziemy obserwować jego frustracje, ambicje, chęć łapania się chwili i parcia do przodu pomimo choroby. Poczujemy, że warto cieszyć się życiem, wypełniając je muzyką naszego serca. W przypadku naszego bohatera ta muzyka płynie z instrumentów dętych, które są częścią orkiestry, robiącej ogromne wrażenie. Artyści występujący na scenie są prawdziwymi wirtuozami i nie chciało się przestawać ich słuchać i na nich patrzeć. Szczególnie w pamięci zapada chwila „sprzątania” sceny, kiedy uwaga widza skupia się na muzyku, grającym pałeczkami na wszystkim wokół (począwszy od krzeseł a skończywszy na swoich współtowarzyszach). Trwa to może minutę, a kiedy się kończy zostajemy z nowym ułożeniem scenografii i poczuciem, że nie mamy pojęcia kiedy to się stało. To tylko pokazuje, że spektakl potrafił złapać uwagę widza i nie puszczać ani na chwilę. 
źródło
Podobało mi się również tempo całości, sceny energiczne i pełne werwy, przeplatane były z emocjonalnymi i melancholijnymi uzewnętrznieniami bohaterów. Jeżeli o nich chodzi, to oczywiście prym wiedzie Wim Opbrouck, który nadaje kierunek całej fabule i właściwie prowadzi specyficzny monolog, mieszając wciąż różne języki. Dzięki temu nie ma problemu ze zrozumieniem treści, ponieważ bohater będzie przeplatał zdania w języku angielskim, niemieckim, francuskim, włoskim, a czasami nawet polskim (miły akcent, doceniamy). Także napisy są właściwie zbędne. Trudno też nie wspomnieć o talencie pana Opboucka, który oprócz niezaprzeczalnych zdolności aktorskich, pokazał gamę innych umiejętności - śpiew operowy czy cała sekwencja taneczna, z figurami baletowymi. W głowie jednak wciąż mam obraz scen, w których Wim nabierał wody do ust, a następnie płucząc gardło wytwarzał niepowtarzalne melodie. A to tylko jedna z takich magicznych scen. 
Także było warto. Wspaniała, dopracowana muzyka na żywo, płynąca z całej orkiestry, ciekawa tematyka, zdecydowanie bliska mojej estetyce, perfekcyjne wykonanie i trzymanie uwagi widza cały spektakl. Świetne przeżycie.

źródło
Po zachwytach nad En avant, marche! zdecydowałam się wybrać na kolejny spektakl reżyserowany przez Alaina Platela, pod tytułem nicht schlafen. Tym razem tematyka zgoła inna - przenosimy się w serce wojny, powstałej w wyobraźni reżysera. Na środku sceny leżą trzy martwe zwierzęta, a wokół nich grupa tancerzy będzie walczyła o przetrwanie, znalezienie swojego miejsca w nowym świecie, będzie przeżywała małe miłości i będzie doświadczała śmierci. Całość przedstawiona jedynie za pomocą ruchu i kilku dźwięków wydawanych przez artystów. 
Od pierwszego wejrzenia uderza różnorodność tancerzy. Reżyser świadomie stworzył taką mieszankę kulturową, a każdemu pozwolił zachować swoją indywidualność. Dzięki temu nawet w scenach ze wspólnym układem tanecznym, wszyscy mają utrzymaną swoją postać, a każdy ruch odbywa się inaczej, mimo wspólnych wytycznych choreograficznych. 
W przypadku tego spektaklu zdarzyły mi się momenty dłużyzn (możliwe, że przedstawienia taneczne nie należą po prostu do moich ulubionych). Reżyser pozwolił sobie na rozciągnięcie poszczególnych scen w czasie - przez pierwsze kilkanaście minut możemy więc oglądać, jak tancerze ze sobą walczą, dosłownie rozdzierając sobie wzajemnie ubrania. Jeżeli miałabym jednak jakąś scenę wyróżnić, to na pewno w pamięci pozostała mi ta, w której jeden z artystów „umiera” - jego wiotkie ciało, niesione przez współtowarzyszy, przekładane z miejsca na miejsce, naprawdę sprawia wrażenie pustego. Niesamowita świadomość ciała. Trudno też zapomnieć o energicznej scenie tańca z dzwonkami na kostkach, która wniosła nową świeżość, w idealnym momencie spektaklu. Finalnie, to przedstawienie bardzo aktualne, skłaniające do refleksji, a zarazem przepiękne wizualnie i dopracowane muzycznie. 
źródło

Ten tekst to oczywiście luźna opinia, a nie żadna recenzja teatralna. Jestem za dużym laikiem, żeby takie pisać. Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że warto się interesować, warto szukać i warto dawać szansę festiwalom teatralnym. Mnie udało się trafić na prawdziwą perełkę, która wciąż siedzi mi w głowie. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie mi dane częściej bywać uczestnikiem takich wydarzeń. 


niedziela, 15 października 2017

Wyrzuty sumienia jako wystarczająca kara? - „I nie było już nikogo” Agatha Christie

Moja pierwsza książka królowej kryminałów. Przeczytana trochę pod wpływem polecenia, trochę pod wpływem nadchodzącej premiery Morderstwa w Orient Ekspressie. Teraz koniecznie muszę sięgnąć po jakąś ekranizację poniższej książki!
*I nie było już nikogo*
Agatha Christie

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* And Then There Were None  
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1939
*Liczba stron:* 216
*Wydawnictwo:* Wydawnictwo Dolnośląskie

 Łatwiej uwierzyć w kłamstwo niż w prawdę. 
*Krótko o fabule:*
Dziesięć osób, każda podejrzana o morderstwo, zostaje zaproszonych przez tajemniczego gospodarza do domu na wyspie. Gdy ginie druga osoba, goście szybko zdają sobie sprawę, że to, co początkowo uważali za nieszczęśliwy wypadek, jest robotą zabójcy. Postanawiają odkryć jego tożsamość, ale okazuje się, że nikt nie ma alibi. Odizolowani od społeczeństwa, niezdolni do opuszczenia miejsca pobytu, umierają jeden po drugim w sposób opisany w dziecięcej rymowance, która wywieszona jest w ich pokojach.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Za książki autorstwa pani Agathy Christie, znanej także jako królowa kryminałów, zabierałam się już od wielu lat. Jej sława zdaje się nie blednąć, a teksty, które napisała wciąż stają się źródłem inspiracji współczesnych twórców. Książki są nadal chętnie ekranizowane i adaptowane (wystarczy wspomnieć nadchodzącą premierę Morderstwa w Orient Ekspresie).  Ja postanowiłam sięgnąć po tytuł I nie było już nikogo, za sprawą pewnego polecenia (dziękuję k-czyta!). Jak przebiegło to pierwsze spotkanie z królową? 

Kilka słów wstępu na temat samej pani Christie. Jest to najlepiej sprzedająca się autorka wszech czasów, wydała ponad 90 powieści i wiele sztuk teatralnych. Była też członkiem, a później prezesem, Klubu Detektywów, który zrzeszał autorów powieści kryminalnych. 

Powieść I nie było już nikogo znana jest również pod pierwotnym tytułem Dziesięciu Murzynków. Oba te tytuły odnoszą się do wierszyka prezentowanego w książce, w jednym tłumaczeniu jego bohaterami są murzynki, a w drugim żołnierzyki. Ja czytałam tę drugą wersję. To właśnie wokół tej krótkiej rymowanki kręci się cała zagadka kryminalna. Poszczególne wersety przedstawiają sposób w jaki znika kolejny z żołnierzyków. Natomiast na tajemniczej wyspie zaczynają umierać goście, a każdy w okolicznościach podobnych do tych z wierszyka. Bohaterowie w swoich pokojach znajdują nad kominkiem wiszący tekst rymowanki, który staje się złowieszczym przypomnieniem o nadchodzącej katastrofie. 


wierszyk, wokół którego uknuta jest intryga, źródło

Zawsze powtarzam, że nie przepadam za kryminałami, jednak te z klasycznym podejściem trafiają do mnie bardziej niż inne. Jakiś czas temu chwaliłam Sherlocka, a teraz muszę przyznać, że kryminał Christie naprawdę przypadł mi do gustu. Przede wszystkim podoba mi się pomysł zamknięcia grupy podejrzanych i ofiar w miejscu, z którego nie mogą uciec. Tym razem jest to wyspa, na którą każdy zostaje zaproszony przez kogoś innego, ale posiadającego takie same inicjały - U.N. Owen (co jest ciekawą grą słów z angielskim „unknown”, czyli „nieznany”). 

Trochę zadziwia mnie fakt, że wiedząc od początku co będzie się działo (w końcu wierszyk po kolei przedstawia śmierć każdego z mieszkańców wyspy) wciąż czytało się książkę z zapartym tchem. Przede wszystkim trybiki w głowie pracowały na pełnych obrotach, przeskakując z podejrzanego na podejrzanego. Miałam ich podczas lektury kilku, ale autorka po kolei się ich pozbywała. Jeżeli więc jesteście dobrzy w wyjaśnianiu zagadek kryminalnych to zmierzcie się z tą książką - mnie zakończenie naprawdę zaskoczyło

Bohaterowie są wykreowani bardzo dobrze. To dość krótka lektura, więc nie poznamy życiorysu każdego z nich, ale z rozdziału na rozdział będziemy się dowiadywać coraz więcej, a przeszłość naszych niewinnych duszyczek zacznie nabierać coraz bardziej mrocznych barw. Trzeba pochwalić zdolność autorki do przedstawiania osób, które w towarzystwie wydawały się uosobieniami dobra i wrażliwości, a dopiero kiedy zostawały same ze swoimi zmorami przeszłości pokazywały prawdziwą twarz. To wtedy unaoczniały się gnębiące ich wyrzuty sumienia. 

I nie było już nikogo to książka, która jest świetnym punktem wyjścia do burzliwych dyskusji. Porusza tematy związane ze zbrodnią i karą, pozostawia czytelnika z zagwozdką na temat tych wszystkich osób, które zostały uniewinnione, chociaż zbrodnię popełniły. Z drugiej strony zastanowimy się czy można usprawiedliwiać ludzi, którzy decydują się na własną rękę wymierzać tamtym karę. I czy wyrzuty sumienia, gnębiące bohaterów nie powinny zostać uznane za już wystarczającą katorgę. Czyli dostajemy rozrywkowy kryminał, który wciąga i zaskakuje, a zarazem niesie pewną wartość. Ja na pewno na tej książce Agathy Christie nie poprzestanę i będę dalej zaznajamiać się z jej twórczością.

Moja ocena: 7+/10


środa, 11 października 2017

Patrzeć na człowieka czy naprawdę go widzieć? - „Zapadła dziura. Bone Gap” Laura Ruby



*Zapadła dziura. Bone Gap*
Laura Ruby

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Bone Gap
*Gatunek:* literatura młodzieżowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 350
*Wydawnictwo:* REBIS 
- Przepraszam - wymamrotał przeprosiny ogólne za wszystko to, czym był i czym nie był, i wszystko to, czego nie potrafił odpuścić. 
*Krótko o fabule:*
Wszyscy wiedzą, że Bone Gap to dziura. Dziura, w którą można wpaść. Dziura, w której można przepaść. I dlatego, kiedy nagle znika piękna Róża, nikogo to właściwie nie dziwi. Ale Finn wie, co się tak naprawdę stało. Wie, że dziewczyna została porwana przez niebezpiecznego mężczyznę, którego twarzy chłopak za nic nie może sobie przypomnieć. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Każdy z nas zna mit o władcy piekieł, Hadesie, który zakochał się w pięknej Persefonie i porwał ją do Krainy Umarłych. Bone Gap to historia, nawiązująca do tego mitu. Autorka używa znanych stamtąd schematów, z których tworzy pomysł na fabułę - powierza istotną rolę otaczającej bohaterów przyrodzie, na czele z szepczącymi polami kukurydzy i serwuje całość z tajemniczym, kryminalnym wątkiem porwania. Na dodatek dorzuca ogromną łyżkę magii. Wynikiem jest ciekawa i warta poznania powieść młodzieżowa.

Laura Ruby wychowała się w New Jersey, a obecnie mieszka w okolicy Chicago. Prowadzi warsztaty, na których uczy pisania książek z gatunku fantastyki. Ma na swoim koncie dziesięć powieści, a za Bone Gap zgarnęła Nagrodę Printz. 

W kwestii książek spod szyldu realizmu magicznego mogę się uważać za świeżynkę. Nie czytałam ani Marqueza ani Cortazara. Mam za sobą i uwielbiam Mistrza i Małgorzatę, ale to pewnie trochę mało, żeby nazwać się znawcą. Tak naprawdę zakochałam się w tym gatunku dzięki Jakubowi Małeckiemu. Dlatego dałam szansę powieści młodzieżowej Bone Gap (chociaż staram się ich ostatnio unikać). Przyciągnął mnie fakt, że na okładce tkwi cytat: „Realizm magiczny w najbardziej magicznym wydaniu”. I muszę przyznać, że to czysta prawda, a ja jestem z lektury zadowolona. 

Należy pamiętać, że książka Bone Gap to wciąż powieść skierowana do nastolatków. Będziemy mieć więc bardziej przystępny język, młodych bohaterów, a poruszane tematy będą po prostu bliższe młodzieżowym sercom. O dziwo, nie pociągało to za sobą lawiny infantylności, którą często w tego typu książkach możemy spotkać. Autorka zgrabnie tka swoją historię, przedstawiając nam perypetie normalnych bohaterów, a później nagle zalewa nas falą magii z postaciami z innego świata. Element zaskoczenia wypada zgrabnie, a czytelnika prawdziwie wciąga historia, na tyle, że trudno odłożyć książkę na bok. Mam jednak pewien problem z tym, że realizm magiczny nie był stosowany konsekwentnie od początku do końca. Chwilami wydawało mi się, że to po prostu powieść młodzieżowa, do której dodano elementy fantastyki. Z tego też względu, powtórzę za innymi opiniami, że Bone Gap idealnie sprawdzi się jako wprowadzenie w gatunek realizmu magicznego. Z tej powieści gładko będzie można przejść w rejony trochę poważniejsze i zawierające więcej głębi w przekazie. 

źródło
Może trochę wbrew moim oczekiwaniom, najlepiej wypadła, moim zdaniem, część obyczajowa. Czytanie o braciach O'Sullivan, ich trudnej przeszłości, problemach z rodzinną komunikacją, zamykaniu się na innych i ciągłym strachu przed utratą kolejnych bliskich osób, zrobiło na mnie spore wrażenie. Trochę mniej podeszły mi wątki miłosne braci, ale to taki mój standard przy powieściach młodzieżowych. W przypadku Bone Gap były powyżej przeciętnej (szczególnie historia Finna i Petey, gdzie momentami naprawdę ich relacja przypadła mi do gustu), ale to wciąż wątki, które zawierają sporo młodzieżowych uniesień, za czym po prostu nie przepadam. 

Za to kreacja samych bohaterów przedstawia się zadowalająco. Duża w tym zasługa Finna, z którym spędzamy najwięcej czasu (i dobrze). To postać, dzięki której zaangażowałam się w tę historię. Podoba mi się pomysł na pokazanie wydarzeń z jego perspektywy, szczególnie że ta jest dość oryginalna (nie chcę zdradzać za dużo, ale pomysł na to, jak on widzi świat, jest moim zdaniem bardzo udany). Oprócz niego, swoje rozdziały dostają też inni bohaterowie, tak żebyśmy mieli wgląd w przeszłość, która determinuje to co dzieje się w ich późniejszym życiu. 

Ciekawostką na pewno będzie fakt, że Laura Ruby jedną z głównych postaci uczyniła Polkę - Różę. To piękne dziewczę, które wyrwało się z jednej z wielu krajowych mieścin i udało się w podróż do Stanów, gdzie w planach było odbyć wymianę studencką. Nie będę oczywiście zdradzać jak się jej losy potoczyły, jak poznała braci O'Sullivanów i jak została porwana - to wszystko znajdziecie w książce. Mogę tylko wspomnieć, że miło było przeczytać jak to lepiła z chłopakami pierogi. A niemiło było przeczytać, że pomimo odbytej podróży nie potrafi po angielsku powiedzieć „kocham Cię”, bo zamiast tego w książce widnieje „ja kochać Ciebie” (ale nie wiem czy to kwestia tłumaczenia czy oryginału, chociaż podejrzewam, że zawinił ten drugi).  

Fabularnie książka ma naprawdę wiele do zaproponowania. Pojawia się tutaj tajemnicze porwanie, które jest osią fabularną całości. Nie jest to jednak typowy wątek kryminalny, ponieważ miejsce śledztwa zajmują raczej przeżycia emocjonalne bohaterów. Następnie te liczne wstawki z przeszłości poszczególnych bohaterów, czyli taka młodzieżowa obyczajówka. Oczywiście będzie też miejsce na wspomniane wcześniej wątki miłosne. I magię, która w tym wydaniu jest naprawdę osobliwa. Moim zdaniem nawet trochę za bardzo - osobiście samo zakończenie nie wywarło na mnie wrażenia, ze względu na jego podane na tacy przesłanie, z magią niczym w bajkach dla dzieci. A może po ciekawym rozwoju akcji po prostu nie byłam przygotowana na taki finał?

Jednak przede wszystkim Bone Gap to historia o akceptacji i miłości, ukazująca, że liczy się wnętrze człowieka, a nie jego fizjonomia. Autorka przekazuje nam tę znaną prawdę, zarazem pokazując, że społeczeństwo wciąż nie potrafi przyjąć jej do zrozumienia. Poznamy więc bohaterów, którzy będą prawdziwie widzieli innych, a nie jedynie na nich patrzyli, ale też takich, którzy przykleją innym łatkę piękności bądź brzyduli. Zobaczymy jak działa małomiasteczkowa społeczność, w której plotki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, a ludzie chętnie przyjmują zdanie innych jako swoje własne. I co najważniejsze, poznamy osoby, które wyłamują się z tego stereotypu, widzą ludzi naprawdę i płyną pod prąd. Może jest im trochę trudniej niż reszcie, ale finalnie mogą zatriumfować i być z siebie dumni. A to ładna lekcja na przyszłość.

Moja ocena: 7/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka