poniedziałek, 22 listopada 2021

„Książka o przyjaźni” Maciej Marcisz – ewolucja pewnej przyjaźni

Książka o przyjaźni
Maciej Marcisz

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: W.A.B.

- To przecież będzie pogrzeb przyjaźni – odpowiedziała i uśmiechnęła się jak jakieś zwariowane zwierzątko.
 

Opis wydawcy

Kasia, Michał i Dorota znają się od zawsze. Ich przyjaźń przetrwała kilkanaście lat, przeprowadzki do odległych miast, a nawet coraz bardziej rozjeżdżające się życiowe drogi. Gdy jednak skrzętnie skrywana tajemnica wycieka na grupowym czacie, los relacji zaczyna wisieć na włosku. Czy należy walczyć o marniejącą przyjaźń przez wzgląd na stare dobre czasy? A może pewnym rzeczom należy pozwolić umrzeć? Czy nasi rodzice mieli rację mówiąc, że w pewnym wieku prawdziwych przyjaciół policzymy na palcach jednej ręki?


Moja recenzja

Przyjaźń to temat, który często pojawia się w powieściach gdzieś na drugim planie, wydaje się, że w wielu przypadkach traktowany jest po macoszemu. Natomiast na co dzień to nieodłączny punkt naszego życia – czujemy potrzebę otaczania się ludźmi, którzy nas zrozumieją i na których możemy liczyć w trudnych chwilach. Maciej Marcisz postanowił swoją najnowszą powieść napisać właśnie na ten temat. Wielu czytelników czekało na tę książkę po przeczytaniu debiutu autora, czyli Taśm rodzinnych, które zebrały bardzo dobre opinie. Ja poprzedniego tytułu nie czytałam, więc Książka o przyjaźni jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością Marcisza.

Początek książki przedstawia trójkę głównych bohaterów w dość trudnym momencie ich życia, co zwięźle sygnalizuje nam, jak będzie wyglądać przyszłość ich relacji. W kolejnym rozdziale cofamy się już w czasie i będziemy obserwować początki przyjaźni – Kasia, Michał i Dorota poznają się w liceum, a ich znajomość rodzi się niespodziewanie, szczególnie że na pierwszy rzut oka wydaje się, iż niewiele te postaci łączy. Ich więzi się rozwijają i utrwalają przez lata nauki w szkole średniej. Czytelnicy są świadkami ich rozmów o literaturze, urywania się ze szkoły, a także momentów, w których mogą na sobie wzajemnie polegać, mogą się podzielić przemyśleniami i bolączkami.

Pomysł na rozpoczęcie powieści od sytuacji konfliktowej dobrze się sprawdził – obserwujemy spięcie, a później wracamy do korzeni, momentu, w którym przyjaźń zaczęła się formować. Przez to, że znamy już punkt kulminacyjny to obserwowanie tej historii nabiera rumieńców i czytelnik trochę poszukuje różnic między bohaterami, potencjalnych punktów zapalnych. Same sylwetki bohaterów są bardzo dobrze nakreślone, Marcisz zdecydowanie ma pióro lekkie, a jego talent do obserwacji codzienności robi wrażenie. Potrafił sprawnie nakreślić tło dla każdego poznanego bohatera, co pomogło zrozumieć ich motywacje i cele.

Książka o przyjaźni przyniesie czytelnikowi uczucie nostalgii, pozwoli przypomnieć sobie czasy kiedy to zawiązywaliśmy pierwsze znajomości, próbując znaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Pokaże nam także, że jako ludzie wciąż ewoluujemy i się uczymy czegoś więcej o sobie samym, o tym, czego w naszym życiu potrzeba, a co jest nam zbędne. Dlatego lista osób, którymi się otaczamy ulega zmianie na przestrzeni lat. Są jednak takie znajomości, które przetrwają próbę czasu. I chociaż wiele jest w tej powieści ciekawych obserwacji, dobrze oddany jest duch przeszłych czasów, to przyznaję, że mojego serca czytelniczego pan Marcisz nie podbił. Miałam wrażenie, że wydarzenia płyną trochę obok czytelnika, a z bohaterami nie potrafiłam złapać wspólnego rytmu. Po prostu gdzieś się emocjonalnie rozjechaliśmy. Nie zmienia to faktu, że chętnie sięgnę po poprzednią książkę autora.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.

piątek, 12 listopada 2021

„Obsesja piękna” Renee Engeln – książka, którą każda kobieta powinna przeczytać

Obsesja piękna
dr Renee Engeln

Gatunek: poradnik
Rok pierwszego wydania: 2018
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: W.A.B.

Życie kobiet wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby wykorzystały energię i troskę, jakie poświęcają swemu wyglądowi, aby uczynić świat lepszym. 
 

Opis wydawcy

Obrazy szczupłych kobiet o doskonałej cerze i lśniących włosach towarzyszą nam od najmłodszych lat. Bywa, że nawet pięcioletnie dziewczynki świadomie kontrolują swoją wagę. Renee Engeln w swojej przełomowej książce „Obsesja piękna” wyjaśnia, jak ciągłe monitorowanie własnego wyglądu – tak powszechne w czasach Facebooka i Instagrama – negatywnie wpływa na życie kobiet i podkopuje ich zdrowie, dobre samopoczucie i finanse. Podprogowe nękanie doskonałym wizerunkiem powoduje u kobiet depresję, redukuje ich ambicje, obniża zdolności poznawcze, wywołuje lęk przed naturalnym procesem starzenia się, a także zaburzenia w odżywianiu. Walka z potęgą mediów jest z założenia nierówna. Nie jesteśmy jednak całkiem bezradni. Dzięki tej książce nauczymy się, jak porzucić krzywdzące schematy myślenia, zmienić sposób postrzegania swojego ciała, odwrócić się od lustra i zamiast się w nim przeglądać – zacząć działać.  


Moja recenzja

Zdarzyło Wam się rozważać czy warto wyjść na imprezę/spotkanie z przyjaciółmi, bo pojawił się nowy wyprysk na twarzy bądź fałdka na ciele, przez co czułyście się nieatrakcyjnie? Czy widząc zdjęcia w mediach społecznościowych bądź oglądając reklamy porównujecie się do widzianych postaci? Dużo czasu i pieniędzy poświęcacie na kwestie związane z wyglądem? Jeżeli na jakiekolwiek pytanie odpowiedź brzmi: tak, to nie jesteście same. Większość kobiet zostaje dotknięta obsesją piękna, nawet jeżeli nie jest tego świadoma, a poradnik doktor Engeln pokaże nam, że we współczesnych czasach to zjawisko nadal ma się świetnie.

Muszę przyznać, że sama wiele z opisanych w książce sytuacji znałam ze swojego życia, przykładowo to katowanie się zdjęciami innych, porównywanie się i wstyd przez to, że tak daleko się ma do ideału urody. W ostatnich latach staram się nad tym trochę pracować, zauważam, że wiele z moich czarnych myśli nie prowadzi do niczego dobrego, a po prostu mocno psuje mi samopoczucie. Zatem warto te siły spędzane na męczeniu się skierować w inne miejsce. Po przeczytaniu Obsesji piękna widzę jednak, że jeszcze długa droga przede mną, ale jedno jest pewne – czuję się zmotywowana, żeby z tymi przeklętymi głosami w głowie walczyć.

Doktor Renee Engeln w swoim poradniku spełni główne założenie gatunku, czyli przekaże czytelniczkom kilka rad jak w świecie ogarniętym obsesją piękna z tymi szkodliwymi przekonaniami walczyć. W treści książki zostaną przedstawione wyniki wielu przeprowadzonych badań, które pomogą nam otworzyć oczy na mechanizmy współczesnego świata. Na początku dowiemy się, że już wśród najmłodszych dziewczynek największą obelgą jest „jesteś gruba i brzydka”, tak jakby to od urody był uzależniony cel naszego życia. I w ten sposób, cały czas słuchając o tym czy jesteśmy wystarczająco szczupłe, czy mamy filigranowe noski, czy nieskazitelną cerę ta obsesja zaczyna wpływać na nasze życie.

Osobiście nigdy nie myślałam, że mam jakiś większy problem z myśleniem o swojej urodzie, ale podczas lektury mogłam sobie przypomnieć przynajmniej kilka sytuacji, gdzie wygląd determinował moje zachowanie bądź nastrój w danym momencie. Przede wszystkim byłam zaskoczona, że tyle czasu poświęcamy kwestiom wizerunkowym, zamiast skupiać się na ważniejszych sprawach. Oczywiście, to nie jest nasza wina, wszystko wokół mówi nam, że powinniśmy zawsze wyglądać dobrze, niezależnie od sytuacji – w bikini na plaży bądź na ważnej prezentacji w pracy. Ale uderza to porównanie o ile mniejszą wagę do wyglądu przykładają mężczyźni, a co za tym idzie – o ile więcej czasu mają na samorozwój.

Możecie zatem zauważyć, że książka Obsesja piękna to bardzo potrzebna lektura, która wielu osobom pomoże pewne rzeczy zauważyć, innym utrwalić i pokazać drogę w przyszłość. Oprócz wyników licznych badań w książce poznamy punkt widzenia różnych bohaterek, które zgłosiły się do wywiadu z Renee Engeln. Uważam, że to zestawienie statystyki z rzeczywistymi odczuciami współczesnych kobiet sprawdziło się bardzo dobrze. Jedyne, do czego można się przyczepić, to że niektóre rzeczy wydawały się dość oczywiste bądź powtarzalne. Biorąc jednak pod uwagę, że książka powinna być również skierowana do osób zupełnie nieświadomych problemu, można ten mankament wybaczyć. Mnie Obsesja piękna otworzyła oczy na wiele spraw i liczę na to, że dzięki radom Renee Engeln będę mogła umniejszyć znaczenia tej obsesji w swoim otoczeniu. Już wiem, że będzie to trudna przeprawa, ale będę walczyć.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 1 listopada 2021

„Sielanki” George Saunders – satyrycznie o życiowych nieudacznikach



Sielanki

George Saunders

Gatunek: zbiór opowiadań
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 236
Wydawnictwo: Znak

'Jedni mają wszystko, a ja nie miałam nic. Dlaczego? Czemu tak wyszło?' Za każdym razem odpowiadam, że nie wiem. No bo nie wiem. 
 

Opis wydawcy

Tancerz erotyczny nawiedzany przez ducha zmarłej ze strachu ciotki, podejrzany coach udzielający światłych rad swoim wyznawcom, czy para neandertalczyków, zmuszanych do przejścia na wegetarianizm – na pozór zabawne opowieści pełne są wieloznaczności, niedopowiedzeń i zwrotów akcji.


Moja recenzja

Alternatywne rzeczywistości, powroty zza grobu, dziwaczne profesje, a przede wszystkim historie o ludziach, którzy utknęli w beznadziejnej sytuacji – to właśnie rzeczy, które możemy znaleźć w prozie George'a Saundersa. Pisarza, którego sama poznałam przy okazji lektury Lincoln w Bardo i bardzo chciałam przeczytać coś więcej. Padło na Sielanki, czyli zbiór jego wczesnych opowiadań, pierwszy raz wydanych dwadzieścia lat temu, ponieważ takie spojrzenie na początki zmagań pisarskich Saundersa wydał mi się niesamowicie kuszący.

W książce znajdziemy sześć opowiadań. Tytułowe Sielanki to najbardziej rozbudowane z nich, które przedstawia parę bohaterów, pracujących w osobliwym parku rozrywki – przez cały dzień grają postaci jaskiniowców, nie mogą odzywać się po angielsku, jedynie chrząkają, udają, że jedzą robaki, pilnują rozpalonego ogniska, a w ramach rozrywki tworzą malunki ścienne. Dostajemy również wgląd w ich życie prywatne, kiedy park się zamyka, a oni kontaktują się ze swoimi rodzinami za pomocą faksu. Ich codzienne problemy, przykładowo związane z chorobą w rodzinie, wpłynęły na przymus pracy właśnie w takich warunkach, gdzie firma wyzyskuje pracowników, płacąc im ochłapy, a nawet momentami głodząc zatrudnionych, żeby wymusić na nich pewne zachowania. Ciekawie tutaj wypada zestawienie tekstów, które są taką korpo-gadką (skupiającą się na powtarzaniu utartych frazesów) z niewyszukanymi przemyśleniami jaskiniowców. Finalnie, to gorzka historia o przetrwaniu i o tym, że nawet dobrzy ludzie, mogą zboczyć na mroczną ścieżkę w walce o rodzinę. 

źródło

Saunders najmocniejszy wydaje się kiedy miesza ze sobą świat rzeczywisty z wyimaginowanym, zahaczając o gatunek fantastyki, czyli dokładnie tak, jak to zrobił w nagrodzonym Nagrodą Bookera Lincolnie w Bardo. Dlatego moim zdaniem najlepszym opowiadaniem jest Morszczyn, w którym to rodzina tancerza erotycznego musi sobie radzić z powracającą zza grobu ciotką. Plan kobiety to wyciągnąć familię z beznadziejnej sytuacji finansowej. Sprawia to, że przez jakiś czas mamy wrażenie, że to taki anioł stróż, który przy użyciu magicznego pstryknięcia odmieni okropną egzystencję rodziny. Jak to się kończy, przekonać musicie się sami.

Z resztą opowiadań bywa różnie, niektóre były raczej skazane na szybkie zapomnienie, niektóre cenię za pomysł (poprowadzenie ostatniego tekstu o tytule Wodospad, kojarzył mi się ze strumieniem świadomości, jak w Ulisses Joyce'a), ale raczej niezbyt ze mną rezonowały. Co jednak muszę docenić to kunszt pisarski Saundersa, bo jego styl potrafi naprawdę zaskoczyć, szczególnie w przypadku tytułowych Sielanek, gdzie pozwala sobie na najwięcej, pokazując przykładowo jak bohaterowie nie radzą sobie z zasadami gramatyki.

Bardzo dobrze sprawdza się temat wspólny opowiadań z antologii. Każdy z bohaterów przedstawiony jest jako przegrany, nieudacznik, który jakoś próbuje poprawić swój stan. Postaci przyjmują kolejne ciosy od życia jakby było to coś normalnego, tak przyzwyczajone są do otaczającej ich beznadziei, że nie zaskakują ich abstrakcyjnie okropne sytuacje. Są wykorzystywani przez szefów, raz po raz rozczarowywani przez swoich bliskich, wykonują zawody, o których nie pomyślelibyśmy, że są nawet możliwe. I teraz, kiedy to zapisuję myślę sobie, że wszystkie te dziwne sytuacje są tak naprawdę bliskie współczesnym czasom. Zatem jeżeli jesteście chętni przeczytać ten zbiór opowiadań, ale w życiu akurat Wam się nie układa to może lepiej poczekać na lepsze dni, bo nawet jeżeli sytuacje bohaterów wydają się momentami tak abstrakcyjne, że aż zabawne, to wciąż jest to raczej śmiech przez łzy.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

środa, 27 października 2021

„Pewnego razu w Hollywood” Quentin Tarantino – jak reżyser sprawdził się jako powieściopisarz?

Pewnego razu w Hollywood
Quentin Tarantino

Gatunek: powieść
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Marginesy

Cliff nigdy nie zastanawiał się nad tym, jak postąpiłaby Ameryka w przypadku wrogiego najazdu Rosjan, hitlerowców, Japończyków, Meksykanów, wikingów albo armii Aleksandra Wielkiego. Wiedział, jak zachowaliby się Amerykanie. Zesraliby się w gacie i zadzwonili po pieprzone gliny. A widząc, że policja nie tylko nie zamierza im pomóc, lecz wręcz wspiera okupantów, po krótkiej rozpaczy by się podporządkowali.

Opis wydawcy

Długo oczekiwane pierwsze dzieło fabularne Quentina Tarantino – jednocześnie zabawne, smakowite i brutalne – to nieustannie zaskakująca, czasem szokująca adaptacja jego nagrodzonego Oscarem filmu.


Moja recenzja

Quentin Tarantino to reżyser filmowy, którego nazwisko dobrze znają wszyscy fani kina, oczekujący z niecierpliwością na kolejne jego twórcze eksperymenty. To również człowiek, który najpierw był entuzjastą kinematografii, a dopiero później postanowił wiedzę o tej sztuce przekuć we własne tytuły. I zrobił to bardzo dobrze, łącząc różne nurty i pomysły, żeby finalnie stworzyć własny, niepowtarzalny styl, w którym trup ściele się gęsto, postaci często pokazują nam swoją mroczną stronę, a całość ogląda się z niegasnącą uwagą.

W zeszłym roku na ekranach kin zagościł dziewiąty film reżysera, Pewnego razu... w Hollywood, który przez niektórych został okrzyknięty arcydziełem, a niektórych rozczarował. Zapowiedzi wskazywały, że ważne miejsce w tej opowieści odegra historia grupy Mansona i ich ataku na dom Polańskiego. U Tarantino nic jednak nie jest takie oczywiste. Reżyser przez większość filmu pozwalał nam zaglądać do ówczesnego świata Hollywood, przede wszystkim skupiając się na postaciach dwóch kumpli: aktora westernów i jego kaskadera. Dla mnie tematyka okołofilmowa sprawdziła się w tym przypadku wspaniale, a Pewnego razu... w Hollywood zdecydowanie mnie zaczarowało. Kiedy dowiedziałam się, że reżyser wydaje tę historię w postaci książki to oczywiście chciałam ją przeczytać i dowiedzieć się jak Tarantino poradził sobie w nowym medium.

Zastanawiam się nad zasadnością napisania takiej powieści. W założeniu ma ona sens jeśli chcemy nadać historii pewnego kontekstu, rozwinąć jakieś wątki i rozbudować element, którego nie udało się przenieść na ekran kinowy. Jednak już po początkowych rozdziałach, jedna myśl boleśnie tłukła mi się po głowie – czytanie tej książki to jakby czytanie scenariusza przepisanego w formie powieści z notatkami reżyserskimi. Co, jako pewne doświadczenie obcowania z głową reżysera było dla mnie naprawdę ciekawe. Wręcz wyobrażałam sobie, że podczas reżyserowania danej sceny Tarantino rzucał Pittowi szerszy kontekst w postaci historii z przeszłości jego bohatera albo to, co powinno mu przechodzić przez myśl w danej chwili, tak żeby aktor w pełni mógł oddać sprawiedliwość granej postaci. Czy to jednak wystarczy na uzasadnienie powstania tej książki? Chyba nie.

Tarantino też w wielu miejscach rozpisuje się o świecie Hollywood, wymieniając nazwiska i tytuły, w których łatwo można się pogubić. Zapewne dlatego, że przeciętnemu czytelnikowi trudno jest ustalić które z nich istniały w rzeczywistości, a które są wymysłem autora w celu rozbudowania jego fikcyjnych postaci. Jednak trzeba przyznać, że sam klimat panujący wówczas w świecie twórców filmowych oddany był akuratnie, a wiele wstawek wypadło merytorycznie i interesująco. Przykładowo przedstawienie dorobku Polańskiego w wykonaniu Tarantino czytało się naprawdę dobrze.

Pewnego razu w Hollywood w wersji książkowej jest typową gratką dla super fanów reżysera, ale nie jest to coś, co wniesie nam powiew świeżości do znanej z filmu historii. Faktycznie, więcej dowiemy się o przeszłości bohaterów i okolicznościach, w jakich pracują, jednak nie jest to nic, czego byśmy potrzebowali po seansie filmu. Mnie osobiście niektóre momenty popsuły trochę wizerunek Tarantino, bo czytanie zdań, które mieli w głowie bohaterowie podczas poszczególnych scen często wzbudzały niesmak. Tak naprawdę już w filmach mamy tego zalążek, gdzie chociażby widać fascynację brutalnością czy wiele obliczy fetyszy reżysera, ale dopiero na kartach książki te opisy potrafiły odpychać. 

Autor posługuje się prostym stylem i finalnie wypada bardziej jako taki „opowiadacz historii” niż pisarz. Z tego wynika akurat jeden duży plus – książkę czyta się ekspresowo i ona naprawdę wciąga. Mimo tego, że już wcześniej znałam wydarzenia to wciąż oddawanie się lekturze było przyjemną odskocznią, która pozwoliła mi trochę oderwać się od codziennych obowiązków. Wydaje mi się, że w takiej rozrywkowej formie może się wielu osobom spodobać. Ja jednak bardziej polecam powrót do filmowego pierwowzoru.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Marginesy.

sobota, 23 października 2021

IV Opolski Maraton Teatralny, czyli jak miło spędzić kilka dni w teatrze

Macie czasami tak, że chętnie wybralibyście się do teatru w innym mieście, ale długa wyprawa na jeden spektakl wydaje się sporym przedsięwzięciem? Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu znalazł na to rozwiązanie. Organizując Maraton Teatralny, pozwolono widzom w cztery dni zobaczyć sześć spektakli, a wśród nich nowości repertuarowe. Dodatkowo, w ofercie biletowej znalazły się również karnety, dzięki czemu przy chęci zobaczenia kilku tytułów, widzowie otrzymali odpowiednią zniżkę. Aż żal z takiej okazji nie skorzystać.

Podjeżdżając pod budynek teatru trudno nie westchnąć z podziwu. Po przebudowie miejsce robi spore wrażenie, poczynając od zewnętrznego dziedzińca, a na ozdobionym neonami wnętrzu kończąc. Wydaje się, że to idealne spełnienie definicji miejsca insta-friendly. Jednak największym plusem wydaje się coś innego. Prawdziwą umiejętnością jest stworzyć kulturalne miejsce, które przyciągnie mieszkańców. Wygląda na to, że ekipa teatru robi dobrą robotę – w repertuarze sporo tytułów klasycznych (mamy Króla Leara, ale też Moralność pani Dulskiej), a dodatkowo twórcy często angażują mieszkańców Opola, dzięki czemu można mieć wrażenie, że mają oni faktyczny wpływ na działanie placówki. Już nie wspominając o tym, że we foyer teatru znajdziemy bar z pysznymi przekąskami i kawką – uwierzcie mi na słowo, że w tak pięknym wnętrzu można przesiadywać godzinami.

Z oferty Maratonu udało mi się wybrać na cztery z sześciu spektakli. Nie przedłużając, napiszę kilka słów o każdym z nich.


Kim jestem i kim chciałbym być? – „Amator 2020”, reż. Norbert Rakowski

Patrząc na tytuł pierwszego spektaklu automatycznie nasuwa nam się skojarzenie z filmem w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego. I bardzo słusznie, bo na scenie będziemy oglądać właśnie przedłużenie fabuły Amatora, gdzie głównym bohaterem jest syn Filipa Mosza. W warstwie fabularnej sporo mamy też podobieństw do filmu, w którym Jerzy Stuhr zagrał rolę zapalonego filmowca-amatora. Jego syn ma stałą pracę, w której otrzymuje propozycję nakręcenia filmu, mającego być peanem na temat firmy i atmosfery w niej panującej. Bohater nie zgadza się na taki obrót rzeczy, decyduje się postawić w swoim dziele na prawdę i umieszcza na taśmie szarą rzeczywistość pracowników. Wciąż walczy z tym co się od niego oczekuje, a co uważa za słuszne. I ta jego walka świetnie jest zagrana przez Dariusza Chojnackiego.

Obserwujemy zatem, że wraz z zabytkową kamerą Filipa Mosza, przekazuje ojciec synowi fatum człowieka-artysty, który nie godzi się na półśrodki i szuka sposobu na pokazanie prawdy. Podczas natchnionego zgłębiania tematu i kwestionowania zasadności tworzonej sztuki, jego życiu rodzinnemu dostaje się rykoszetem. Te podobieństwa do produkcji Kieślowskiego sprawiły, że spektakl stracił trochę na oryginalności, szczególnie że człowiek automatycznie porównuje te dwa tytuły, a wiadomo  – Kieślowski to Kieślowski, więc tłumaczyć nie ma potrzeby, który tytuł takie porównanie wygrywa.

Spektakl w reżyserii Norberta Rakowskiego zdecydowanie triumfuje w momentach połączenia teatru ze sztuką filmową. Jeszcze przed pojawieniem się na scenie aktorów, na ekranach oglądamy wywiady przeprowadzone z mieszkańcami miasta, w których odpowiadają na niewygodne pytania o to kim są i kim chcieliby być. Bije z tych monologów autentyczność, całość została umiejętnie zmontowana, a wybranie osób z różnych grup wiekowych pozwoliło otrzymać szerszą perspektywę. Jednak to nie koniec jeżeli chodzi o wideo wykorzystane w Amatorze 2020 – w czasie trwania spektaklu otrzymamy przebitki na takie mini wywiady z poszczególnymi bohaterami i są to momenty, w których aktorzy naprawdę błyszczą. Dzięki tym mimowolnie wypowiadanym zdaniom, możemy się dowiedzieć więcej o postaciach i ich życiu, niż podczas oglądania ich na żywo na scenie. Zabieg ciekawy, ale przede wszystkim idealnie korespondujący z treścią.

Amator 2020 to dobry tytuł w repertuarze opolskiego teatru, który dość prosto mówi o marzeniach, o tym, żeby nie czekać i nie bać się ich spełniać, ale też o tym, że wszystko ma swoją cenę. Żałuję, że temat sztuczności we współczesnym świecie nie został mocniej eksplorowany, bo wydaje się, że tutaj tkwi prawdziwa kopalnia pomysłów. Trochę miała to symbolizować firma, w której pracuje główny bohater, ale ta wydaje się oderwana od rzeczywistości. Jest za to w Amatorze 2020 kilka mocnych dialogów, ciekawych pomysłów, a towarzyszenie Dariuszowi Chojnackiemu w jego podróży po prostu sprawia przyjemność.


Posłuchać drugiego człowieka – „bez tytułu 09/21”, reż. Anna Karasińska

Spektakl bez tytułu 09/21 był dla mnie największą niewiadomą festiwalu. Jest to praca warsztatowa, którą zdecydowano się przenieść na deski teatru, co wydaje się odważnym przedsięwzięciem, które może mieć bardzo różny finał. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać i przypuszczalnie dlatego odbieranie tego spektaklu okazało się najciekawszym doświadczeniem Maratonu.

Na scenę wchodzi szóstka osób, z czego dwie są etatowymi aktorami teatru, a cztery pozostałe zgłosiły się do udziału w warsztatowej pracy z reżyserką. Jedna z dziewczyn trzyma kartkę, z której po kolei występujący będą czytać swoje krótkie monologi. Gdyby ktoś opowiedział mi o formie, w której mam oglądać ludzi czytających z kartki, to zapewne stwierdziłabym, że to nie może zadziałać na scenie. Anna Karasińska udowodniła mi, że się mylę.

Jedną rzecz trzeba ustalić od początku – to pewnie nie będzie spektakl dla każdego. Ten tytuł mocno widzów podzieli i wszystko rozbija się o to, po której stronie akurat Ty się znajdziesz. Dla mnie było to zdecydowanie magiczne doświadczenie, może dlatego, że sama w jakichś tam warsztatach teatralnych miałam przyjemność brać udział. Reżyserce udało się stworzyć na scenie atmosferę sympatii, wzajemnego wsparcia i wspólnoty. To, w jaki sposób aktorzy na siebie patrzyli, jak razem parli do przodu, przy akompaniamencie uśmiechu, a nawet wspierającego dotyku, było niesamowite. Może jedynie fakt powtarzalności zadania aktorskiego jest w stanie trochę zmęczyć, ale to raczej mała cena za takie przeżycie.

I to właśnie bez tytułu 09/21 muszę uznać za zaskoczenie Maratonu, bo ta prawda na scenie potrafi człowieka zwalić z nóg. Poszczególne teksty świetnie się balansują, momentami są mocno wzruszające (jak fragment o niedomagającym sercu), a później zabawne (adekwatne porównanie świnek z bajki o Peppie do suszarek). Najmocniej jednak zostaje z widzem to uczucie wsparcia, każdy z aktorów powtarzał po partnerze tekst z pełnym zrozumieniem i miłością. Dlatego zapewne reżyserka wspomina o inspiracji postacią matki, po której dziecko powtarza czynności, zapatrzone w nią jako swoją prekursorkę. Sprawdza się to na scenie, szczególnie autentycznie wybrzmiewa ze względu na zaangażowanie amatorów i jest to warsztat, który będę długo wspominać.

źródło


Kobiety przejmują Szekspira – „Król Lear”, reż. Anna Augustynowicz

Kiedy w repertuarze teatru pojawia się tytuł sztuki Szekspira, zawsze budzi ona zainteresowanie. Wybór takiej klasyki ciągnie za sobą również spore oczekiwania – jako że adaptacji powstało już całe mnóstwo, to nadal mamy nadzieję, że zobaczymy świeże spojrzenie i mimowolnie zastanawiamy się, co nas może jeszcze zaskoczyć. Wydaje mi się, że w kwestii nowego podejścia do tego tekstu Anna Augustynowicz spisała się bardzo dobrze.

Przyznaję, że sama miałam z tym spektaklem dziwną relację. Aktorzy wygłaszali swoje kwestie w stronę widowni, która przez większość czasu była podświetlona, niejako będąc częścią przedstawienia. Widzowie zatem mogą się poczuć trochę jak sędziowie oceniający zachowania poszczególnych postaci, które tłumaczą się ze swoich czynów i chwalą niecnymi pomysłami. W momencie kiedy Zbrojewicz (tytułowy Lear) schodzi ze sceny, to również nie znika za kulisami, a siada blisko widzów, niemal stając się obserwatorem teatru kobiet. Jednak to kierowanie tekstu Szekspira w kierunku widowni miało dla mnie problematyczny efekt uboczny – trudniej było mi zaangażować się w to, co działo się na scenie, słabiej zarysowane były relacje miedzy bohaterami, brakowało mi znaczących spojrzeń i kontaktu między nimi. To niemal marionetki, które chcą nas przekonać o swojej racji, a nie ludzie, którzy próbują rozwiązać sprawy rozmawiając ze sobą.

Pomysł obsadzenia kobiet we wszystkich rolach, oprócz tytułowego Leara, okazał się udany. Zaczynając od bardzo prozaicznej strony – statystycznie zainteresowanie teatrem częściej wykazują kobiety (chociażby patrząc na listę osób chętnych na dostanie się do szkół teatralnych), a jednak w tekstach dramatycznych częściej zobaczymy role męskie. W spektaklu wiele znaczeń mi zapewne umknęło, ale samo patrzenie na świetne kreacje aktorskie było pysznym doświadczeniem. W tym męskim, szekspirowskim świecie panie radzą sobie równie dobrze co panowie, knując, mordując i dążąc do władzy. Szczególnie intryguje moment, w którym dochodzi do kulminacyjnych wydarzeń, a siostry Goneryla i Regana zaczynają zapamiętale sprzeczać się o serce mężczyzny – nagle z zimnych i bezwzględnych zawodniczek przeobrażają się w bohaterki farsy, przesadnie walczące o miłość. W tym mrocznym świecie autor zdecydował się zniszczyć siłę bohaterek, poprzez uczuciowe zaangażowanie, które tutaj zostaje dosłownie wyśmiane.

Król Lear to na pewno tytuł, który dobrze poradzi sobie w repertuarze teatru. Klasyczny tekst w przekładzie Barańczaka, w adaptacji Anny Augustynowicz sprawdzi się i jako sposób na spędzenie jesiennego wieczora, i jako punkt zapalny do dyskusji na temat patriarchatu. Chociaż niektórym, tak jak i mnie, zabraknie zaangażowania się w historię bohaterów. Obsada za to robi spore wrażenie i tutaj szczególnie wyróżnić muszę Weronikę Krystek w roli Błazna i Judytę Paradzińską w roli Gloucestera, bo to prawdziwie hipnotyzujące kreacje. Prosta scenografia, świetne kostiumy i przemyślana gama kolorystyczna tworzą mroczny klimat, gdzie nawet krew ma czarny kolor. Fani Szekspira nie powinni być zawiedzeni tym nowym spojrzeniem na klasykę.


Trzydziestolatkowie poszukują – „Coś pomiędzy”, reż. Tomasz Cymerman

W ostatni dzień Maratonu widzowie zostali zaproszeni na salę nazywaną w opolskim teatrze Bunkrem. Przestrzeń, która wspaniale zostaje wypełniona przez twórców spektaklu Coś pomiędzy. Na środku krucha konstrukcja ze starych mebli ułożonych aż po sufit, za łóżko służą dwa niedbale rzucone w kącie materace, wokół kilka kamer, monitorów, mikrofonów i instrumentów, a po trzech stronach sceny ustawione miejsca dla widowni. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że źle wybrane krzesło będzie skutkować trudnością w oglądaniu akcji spektaklu, jednak szybko się przekonujemy w jaki sposób artyści sobie z tym poradzili – łącząc teatr z wyświetlanymi na małych ekranach wideo relacjami.

W momencie kiedy widzowie zajęci są zajmowaniem miejsc po scenie spaceruje Jan, chłopak z gitarą, który szuka inspiracji i śpiewa improwizowaną piosenkę. Po chwili pojawia się też jego partnera, An, wracająca z kolejnej nieudanej wizyty w urzędzie pracy. Widzowie będą mogli podejrzeć siedem dni z codzienności tej dwójki, która spala się twórczo nad filmem, mającym być czymś odkrywczym, oryginalnym, po prostu dziełem ich wspólnego życia.

Tematycznie jest to chyba najciekawszy dla mnie spektakl, w której dwójka trzydziestolatków miota się po scenie swojego życia, szukając jakiegoś sensu, omijając tematy trudne, skupiających się na sztuce i zrobieniu czegoś dużego, równocześnie zapominając o jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ich codzienność zbudowana jest na tak samo kruchych fundamentach, jak scenografia, wydaje się, że wyciagnięcie jednego fragmentu sprawi, że całość runie. Bohaterowie unikają obowiązków i olewają oczekiwania społeczeństwa, chowają się pod ogromną, bezpieczną kołdrą przed czyhającą gdzieś za rogiem rzeczywistością.

Spektakl ma świetną oprawę dźwiękową, to częściowo musical, w którym dla sporej ilości gatunków muzycznych znajdzie się miejsce. Aktorzy natomiast bardzo dobrze radzą sobie z wokalami, a i graniem na instrumentach. Oprócz tego często obsługują rozstawione strategicznie kamery, tworząc dla nas ciekawe obrazy, korespondujące z wydarzeniami na scenie. W ogóle nie przeszkadza, że czasami musimy zerknąć na monitor, żeby zobaczyć co dzieje się z drugiej strony scenografii. Co natomiast mi przeszkadzało w odbiorze całości, to osoby siedzące obok mnie, które cały spektakl rozmawiały, przez co nie udało mi się w pełni oddać uwagi artystom na scenie. Uważam też, że było w Coś pomiędzy ciut za dużo zabawy, a za mało zderzenia z rzeczywistością. Wydaje się, że taki właśnie był zamysł, żeby w momencie w którym spadają maski „artysty poszukującego” prace nad sztuką zakończyć, ale osobiście wolałabym dłuższe rozwiązanie akcji. Wciąż, jest to tytuł, który na pewno warto zobaczyć!




Kończąc, mogę tylko powiedzieć, że każdemu polecam wybranie się na taki Maraton Teatralny. To dobry sposób na nadrobienie spektakli, a przy okazji zwiedzenie tego niesamowitego miejsca i spędzenie kilku wieczorów na miłych pogawędkach o sztuce, za które dziękuję dziewczynom: Anna Fit, kulturalniecom, Kulturalna Pyra. Ja na pewno chętnie do Opola wrócę!

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka