Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na żywo w kinach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na żywo w kinach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 września 2018

Wszyscy mamy równe szanse? - „Dziwny przypadek psa nocną porą” NT Live

Podróż na dworzec w dzisiejszych czasach jest dla nas błahostką - ot, kupujemy bilet w Internecie, przyrządzamy kanapkę na drogę, wsiadamy w odpowiedni tramwaj, znajdujemy swój peron, wskakujemy do naszego przedziału i rozsiadamy się wygodnie w fotelu (albo stajemy w przejściu, znając nasze realia). W każdym razie możemy przyjąć, że podróż pociągiem nie należy do wielkich wyczynów. Dziwny przypadek psa nocną porą pokaże nam, że nie dla wszystkich.
Christopher, główny bohater sztuki, to dość szczególny chłopak. Jak sam wspomina w spektaklu lubi trzy rzeczy: matematykę, kosmos i przebywanie samemu ze sobą. Potrafi błyskawicznie rozwiązać skomplikowane zadanie trygonometryczne, wytłumaczy nam czym jest czarna dziura, ale kompletnie nie potrafi zrozumieć, że uniesienie brwi może oznaczać kilka różnych reakcji w zależności od kontekstu. Wychowuje go samotny ojciec, prosty robotnik, który stara się jak może zrozumieć swojego autystycznego syna i dać mu szansę na najlepsze możliwe życie. Spektakl zaczyna się od sceny, w której Christopher znajduje martwego psa sąsiadki i postanawia dociec kto był sprawcą tej tajemniczej zbrodni.
źródło
Trochę odbiegnę od typowej kolejności i zacznę od wspomnienia o scenografii, która w tym przypadku robi ogromne wrażenie. Jest niesamowicie prosta - niewielka scena otoczona jest ze wszystkich stron widownią, co pozwoliło na wykorzystanie kilku świetnych trików przy użyciu światła i dźwięku. Wiele scen oglądanych z góry pozwala docenić pomysły zaangażowanych osób technicznych. Szczególnie w pamięć zapadła mi scena, w której aktorzy podnoszą Christophera, a wokół niego pojawia się wyświetlany obraz kosmosu - wygląda to jakby unosił się wśród gwiazd. Jednak światła i dźwięk nie są tylko źródłem ładnych obrazków (chociaż takich jest naprawdę sporo - od planu osiedla po podróż ruchomymi schodami). Przede wszystkim wykorzystywane są w taki sposób, żeby pomóc widzowi odczuwać rzeczywistość tak jak robi to Christopher. Kiedy pojawia się na dworcu wszystkie bodźce są podkręcone na pełny regulator, tak że otacza go kakofonia dźwięków. Jego mózg nie filtruje tła, dla niego zapytanie pani przy okienku czy chce bilet ulgowy będzie tak samo ważne jak informacja o przecenionych lodach w pobliskiej budce. Na dodatek w momentach kiedy wiele bodźców dotyka Christophera pojawiają się wizualizacje, które jeszcze podkręcają te nagromadzone odczucia. Jednym zdaniem - wspaniała praca światła i dźwięku.
Sama przestrzeń również została ciekawie wykorzystana. Na scenie pojawia się kilka białych prostopadłościennych pudeł, które odpowiednio ustawione tworzą różne miejsca akcji. Natomiast w podłodze znajdują się ukryte schowki, z których czasami Christopher wyciąga dodatkowe rekwizyty. Tak niewielkie zabiegi pozwoliły całkowicie przenieść widza w świat chłopaka. Oczywiście warto też wspomnieć o pracy aktorów, którzy musieli odpowiednio odnaleźć się w przestrzeni. Sporo było tutaj pracy choreograficznej, a odtwórcy świetnie poradzili sobie z wtopieniem się w scenografię (w głowie wciąż mam scenę, w której grano upływ czasu - małe gesty, które wyglądały na przyspieszone dały cudowny efekt).
źródło
Fabuła sztuki oparta jest na książce Marka Haddona o tym samym tytule, która zagranicą zdobyła sporą sławę. Pierwowzoru nie czytałam, ale po obejrzeniu spektaklu wnioskuję, że to bardzo mądra książka, skierowana może bardziej dla młodzieży. Fakt, że nie wiedziałam jak potoczy się ta historia działał oczywiście na plus. Pierwszy akt przybiera formę zagadkowego kryminału, w którym badamy sprawę zabójstwa psa. Drugi skupia się trochę bardziej na dramacie rodzinnym, próbie poradzenia sobie z taką chorobą jaką jest autyzm. Wspaniale jest wyważony ładunek emocjonalny spektaklu - akcja jest wartka i wciągająca, wzruszenia się pojawiają, ale nie są przepełnione niepotrzebnym patosem i egzaltacją, dodatkowo pojawia się naprawdę sporo sytuacji zabawnych. Dzięki temu wychodząc z teatru (kina) będziemy uzbrojeni w większą świadomość w temacie autyzmu, ale nie będziemy tą wiedzą przygnębieni.
Nie ma co oszukiwać, że ten spektakl nie robiłby takiego wrażenia gdyby nie odtwórca głównej roli. Luke Treadaway jest absolutnie genialny w roli Christophera, a to naprawdę kawał ciężkiej postaci do zagrania - w tej roli można było łatwo przesadzić albo zagrać zbyt jednostajnie. Luke sprawdził się idealnie, nawet kiedy wypluwa z siebie masę tekstu z szybkością karabinu maszynowego to robi to w tak absorbujący sposób, że wręcz spija się słowa z jego ust. Geniusz. Na drugim planie na pewno wybija się jego ojciec, który zagrany jest niejednoznacznie. Czasami mu kibicujemy, czasami kompletnie się z nim nie zgadzamy. Mile też wspominam rolę Uny Stubbs. Przez cały spektakl zastanawiałam się skąd znam tę aktorkę i teraz już wiem - toż to pani Hudson z telewizyjnego Sherlocka!
źródło
Spektakl Dziwny przypadek psa nocną porą nie kusił mnie tak jak inne tytuły retransmitowane w ramach NT Live. Brak tutaj głośnych nazwisk, brak klasycznych dramaturgów, a po zwiastunie można spodziewać się dość kameralnego przedstawienia. Okazał się jednak jednym z najlepszych. Spektakl w rękach reżyserki, Marianne Elliott, przybrał formę ciepłej historii. Marianne podchodzi do każdej z postaci w sposób empatyczny, starając się ją zrozumieć. Rzadko zdarza się w tak prosty i prawdziwy sposób pokazać realia życia bohatera, borykającego się z chorobą autyzmu. Nie brak tu też dobrego budowania akcji dramatycznej, momentów pełnych napięcia i świetnych pomysłów realizacyjnych. Przedstawienie wzrusza, bawi, uczy, angażuje i ... po prostu zachwyca. Nie ma się co dziwić, że zdobyło siedem Oliverów (brytyjskie nagrody teatralne). I chociaż nagranie, które oglądałam zostało zarejestrowane ponad 5 lat temu, to spektakl nie postarzał się ani trochę i jest nadal bardzo aktualny.

Uwierzcie, że warto wybrać się na Dziwny przypadek psa nocną porą do kina. W sieci Multikino będzie jeszcze retransmitowany 11ego grudnia. Polecam zarezerwować bilety, nie pożałujecie!


Moja ocena: 9/10




piątek, 18 maja 2018

Makbet nigdy już nie zaśnie - „Makbet” NT Live

Niedawno odbyło się w Polsce bardzo ciekawe wydarzenie, czyli transmisja Makbeta w reżyserii Rufusa Norrisa, na żywo z Londynu. Oglądałam ją w kinie we Wrocławiu. Jeżeli chodzi o kwestie techniczne, to kilka razy zdarzyło się stracić sygnał, ale trwało to dosłownie kilka sekund, po czym wszystko wracało do porządku. Napisy były bardzo dobrze zsynchronizowane. Jeżeli będziecie mieli kiedyś okazję wybrać się na taką transmisję na żywo to szczerze polecam - w wersji technicznej wszystko dopracowane, a emocje jednak większe, bo to już nie jest tylko kolejne oglądanie nagranego wcześniej przedstawienia.

Rufus Norris postanowił zmierzyć się z najpopularniejszym dziełem Shakespeare'a, czyli z Makbetem. Trzeba przyznać, że to spore wyzwanie, a reżyser musiał być przygotowany, że jego realizacja będzie podlegała całej masie porównań z innymi adaptacjami tego dzieła. Ale najpierw, szybka wzmianka o fabule (tak, tak jakby ktokolwiek nie znał). Makbet (Rory Kinnear) wracając ze zwycięskiej bitwy, na której zdobył uznanie jako wspaniały żołnierz, spotyka trzy wiedźmy. Tajemnicze kobiety przepowiadają mu, że w przyszłości zostanie królem. Po przybyciu do domu, Makbet dzieli się wróżbą ze swoją żoną, Lady Makbet (Anne-Marie Duff), która namawia go, żeby wzięli sprawy w swoje ręce i pomogli przeznaczeniu.

Norris postanowił przenieść akcję dramatu w czasie - to już nie jest opowieść o walkach królów w XI wieku. Makbet w spektaklu jest współczesnym żołnierzem. Nawet może trochę futurystycznym, o czym mogą świadczyć scenografia i kostiumy, przywodzące na myśl postapokaliptyczne wizje świata. To dość śmiałe posunięcie. Kolejnym, będzie spore okrojenie klasycznego tekstu - faktycznie, przez to chwilami brakuje głębi i pewnych filozoficznych dywagacji Shakespeare'a, ale zarazem spektakl nie miał okazji znudzić widza, a akcja dość żwawo zmierzała do tragicznego finału.

Wszelka krytyka tego spektaklu wynika zapewne z ogromnej miłości widzów do oryginalnego tekstu. Widać jednak, że Norris chciał tutaj zagrać na bliskich nam współcześnie obrazkach - dlatego chociażby współpracował z cenionym fotografem wojennym. Za wszelką cenę chciał przedstawić ten brud, makabryzm i trzymanie się jakiejkolwiek iskierki nadziei, które towarzyszą prowadzonym aktualnie wojnom. Wydaje mi się, że sprawdził się w tym założeniu całkiem zgrabnie.
Bardzo podobała mi się ponura, prosta, a zarazem wymowna scenografia. Most, postawiony na środku sceny okazał się świetnie ogranym elementem, raz służąc za las, a kolejnym razem jako przejście do innego wymiaru (gdzie umykały trzy wiedźmy). Kostiumy utrzymane były w tym postapokaliptycznym klimacie. Żołnierze nosili kartonowe zbroje obwiązywane taśmą klejącą, a Lady Makbet pojawiła się na balu w sukni pokrytej cekinami. Widać, że twórcy mieli wspólny cel i spójnie do jego osiągnięcia dążyli.
To, o czym trzeba wspomnieć to kreacje aktorskie dwójki głównych bohaterów - Rory'ego Kinneara jako Makbeta oraz Anne-Marie Duff jako Lady Makbet. Wydawało mi się, że oglądam charakterologicznie zupełnie inne postacie niż zazwyczaj w adaptacjach sztuki Shakespeare'a. Jeszcze nie spotkałam się z Makbetem, który byłby tak bardzo zagubiony i niezdecydowany. Tak, zawsze odbierałam go jako człowieka, który popełnił kilka poważnych błędów, napędzających kolejne. Tutaj jednak miałam wrażenie, że gdyby nie Lady Makbet wciąż wyrzucająca mu brak męskości, to nasz biedny żołnierz nawet palcem by nie ruszył. Podobało mi się takie przedstawienie ich relacji, a aktorzy spisali się wspaniale, oddając ją na scenie. Można było wyczuć tutaj chęć pokazania problemu zespołu stresu pourazowego - zagubiony Makbet popada w kolejne zbrodnie, poprzez podszepty żony i narastające poczucie winy. Kolejna cegiełka do ogólnego pomysłu reżysera.
W drugim akcje zaczęłam mieć większy problem z tymi postaciami, kiedy dochodzi już do napadów szaleństwa obojga, a trochę brakuje logicznego przejścia do tak skrajnych emocji. Wydaje mi się, że tutaj tempo nie było tak ważne, jak przedstawienie ich psychicznej wędrówki. Chociaż jeszcze postać Makbeta jakoś z tego wyszła - pomysł z pojawianiem się duchów zapewne w tym pomógł. Natomiast Lady Makbet raz jest widziana jako pewna swego kobieta, a zaraz potem zupełnie obłąkana bohaterka. Nadal jednak uważam, że Rory i Anne-Marie wykonali kawał świetnej roboty. Na pewno są to dla mnie niezapomniane kreacje tych kultowych postaci.
W tle pojawia się wiele innych bohaterów. Na pewno warto wspomnieć, że niektórzy z aktorów są niepełnosprawni (służąca Lady Makbet ma amputowaną rękę), a żołnierzy grają także kobiety - reżyser wykazał się tutaj otwartym umysłem. Podobały mi się postacie trzech wiedźm, które wspomagane przez dźwiękowców wprowadzały gęstą atmosferę, przypominającą trochę sceny z horrorów. Dźwięki wydawały iście piekielne, a dodając do tego wizualizacje, przykładowo w postaci osób wchodzących na most z przerażającymi maskami z tyłu głowy - mogły pojawić się dreszcze strachu.

Podsumowując, warto przejść się do kina na Makbeta w reżyserii Rufusa Norrisa. To na pewno będzie coś oryginalnego, z ważnym przesłaniem i dobrym aktorstwem. Mnie zapadnie w pamięć na dłużej, a Wy przekonajcie się sami! Listę seansów możecie sprawdzić TUTAJ.


czwartek, 8 marca 2018

Co kryje się pod powierzchnią - „Kotka na gorącym blaszanym dachu” NT Live

Z okazji święta - wszystkim kobietkom sto lat :)
źródło
W zeszły czwartek udało mi się wybrać na retransmisję spektaklu Kotka na gorącym blaszanym dachu do wrocławskiego Multikina. Zaskoczyła mnie duża frekwencja - widać, że coraz więcej osób interesuje się tego typu wydarzeniami. I nie ma w tym nic dziwnego, bo poziom takich spektakli robi naprawdę duże wrażenie.

Jeżeli ktoś interesuje się teatrem to oczywiście będzie znał nazwisko Tennessee Williamsa. To amerykański dramaturg, który tworzył w połowie XX wieku. Jego najbardziej znaną sztuką jest Tramwaj zwany pożądaniem, ale także inne tytuły po dziś dzień cieszą się sporą popularnością i doczekały się wielu adaptacji filmowych i teatralnych. Mówiąc o Kotce na gorącym blaszanym dachu trudno nie wspomnieć świetnej ekranizacji z Elizabeth Taylor i Paulem Newmanem w rolach głównych. Wydawało mi się, że lepiej już być nie może - jednak w tym przypadku nie doceniłam magii teatru.

Kiedy rozsuwa się kurtyna ukazuje nam się przestrzenny pokój Bricka i Maggie, czyli miejsce akcji dramatu. Scenografia jest dość minimalistyczna, z jednej strony mamy łóżko, z drugiej toaletkę, przy której Maggie będzie nakładać kolejne warstwy makijażu, jakby starając się ukryć pod nim dławiące ją problemy. Ważną rolę gra tutaj też „barek”, czyli kilka butelek whiskey poustawianych na brzegu sceny, obok sporego worka z kostkami lodu. Całość jest bardzo elegancka i szykowana, od razu widać, że to dom rodziny, która ma wysoki status społeczny. Na dodatek w tle migocze złota blacha, która nasuwa na myśl porównanie do ludzi zamkniętych w złotej klatce.
źródło
Fabuła zaczyna się od starcia dwóch charakterów. Do pokoju, w którym prysznic bierze Brick (Jack O'Connell) wpada jego żona, Maggie (Sienna Miller) i rozpoczyna długi monolog, przerywany kilkoma wtrąceniami męża, na podstawie którego dowiemy się wszystkiego, co musimy wiedzieć, na temat osób dramatu. Na dole trwa w najlepsze przyjęcie z okazji urodzin Tatuśka (Colm Meaney), gdzie brat Bricka, Gooper (Brian Gleeson) wraz z żoną starają się skupić na sobie i na swoim licznym potomstwie uwagę wszystkich obecnych. Wystarczy chwila monologu Maggie, żebyśmy dowiedzieli się w czym rzecz - otóż przyszły wyniki badań Tatuśka i okazało się, że jest nieuleczalnie chory. Pozostawia po sobie spory majątek, który przypaść może w spadku jednemu z jego synów.

A to będzie tylko jedna strona tego spektaklu. Bo tak, w ogólnym rozrachunku całość kręci się wokół tej walki o atencję Tatuśka. Gooper z żoną starają się przekonać go, że to oni nadadzą się na spadkobierców, bo są odpowiedzialni i mają potomstwo, czyli ród przetrwa. Wciąż wytykają Maggie brak dzieci oraz nałóg alkoholizmu Bricka. Nasza tytułowa kotka stara się odpierać te ataki, ale na pomoc ze strony męża nie ma co liczyć. Dlaczego? Bo Brick musi uporać się ze swoimi demonami, które opuszczają jego głowę dopiero gdy ilość wypitego alkoholu przyniesie upragnione kliknięcie.
źródło
Dzięki przemyślanej reżyserii pana Benedicta Andrewsa (który wcześniej wystawił Tramwaj zwany pożądaniem, czyli do Williamsa ma ewidentną słabość) ze spektaklu zgrabnie wypływają wszystkie sensy. Reżyser przedstawia nam ludzi, którzy chowają głęboko jakieś tajemnice, problemy. I na przestrzeni tego jednego wieczoru, krok po kroku, odkrywają kolejne warstwy i powoli pokazują nam swoje wnętrze. Wydaje mi się, że ta konkretna inscenizacja skupia się przede wszystkim na tym „pokazaniu prawdziwego siebie”, reżyser podkreśla to także dość topornym zabiegiem scenicznym - tak jak w trakcie rozmowy bohaterowie odkrywają coraz więcej swojego wnętrza, tak ubywa im również ubrań i na końcu staną wobec siebie zupełnie nadzy, tak fizycznie, jak i emocjonalnie.

Spektakl Kotka na gorącym blaszanym dachu to przede wszystkim spore wyzwanie dla aktorów. Większość z nich ma do zagrania postać złożoną, która gra inaczej, w zależności od tego z kim rozmawia. Maggie to chyba jedno z największych wyzwań aktorskich w karierze Sienny Miller. Do tej pory kojarzyła mi się z dość mdłymi, drugoplanowymi rolami pięknych kobiet. Tym razem radzi sobie naprawdę dobrze. Jej początkowe monologi są wciągające, a piękne ciało pomaga w kuszeniu nieczułego Bricka. Niestety, nie byłam przekonana do jej akcentu, może i dobrze naśladowany, ale przyczynił się do nadania jej wypowiedziom pewnej powtarzającej się melodii, która chwilami potrafiła wybić człowieka ze skupienia. Natomiast Jack O'Connell to prawdziwe objawienie spektaklu. Jego postać jest zbudowana na solidnym fundamencie, konsekwentnie utrzymuje swój zdystansowany nastrój, zdawkowo odpowiada swojej żonie i jedno spojrzenie na jego twarz może nam powiedzieć, że ten człowiek nie chce znajdować się w tym właśnie miejscu. Po prostu widać tę masę tłamszonych przez niego emocji. Bardzo dobrze partneruje mu Colm Meaney, który gra jego ojca. Ich rozmowa jest w pełni absorbująca i świetnie zagrana. Kiedy pierwszy raz na scenę weszła Mamuśka byłam lekko skołowana, ale wystarczyła chwila, żebym kompletnie przepadła dla jej postaci. Mimo dość komediowego (jak na taki spektakl) zacięcia, potrafiłam uwierzyć w każdą jej kwestię. Gorzej sprawa się miała z Mae, która wydaje się postacią, z której powinniśmy się śmiać. Jednak jej sztuczna postawa i specyficzny sposób wypowiedzi sprawia, że nie chcemy jej słuchać.
źródło
Kotka na gorącym blaszanym dachu to jedna z trzech najważniejszych sztuk w dorobku Tennessee Williamsa. Przeniesienie jej na deski teatru przez Andrewsa wypada bardzo dobrze i jeżeli będziecie mieli okazje zobaczyć retransmisję tego spektaklu, to koniecznie biegnijcie do kina. Emocje i długo skrywane tajemnice, unoszące się gdzieś zaraz pod powierzchnią zaczynają eskalować i wypływać na zewnątrz, a widz ogląda całość z niegasnącym zainteresowaniem. Ja na pewno będę kontynuować swoją przygodę z retransmisjami i Wam też to polecam!

Moja ocena: 7/10


środa, 15 listopada 2017

Marionetki w sidłach fatum - „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją” NT Live

Kiedy pierwszy raz wybrałam się na retransmisję spektaklu do kina z miejsca się zakochałam. To cudowna alternatywa dla osób szukających nowej jakości, bez potrzeby wydawania mnóstwa pieniędzy na podróże i bilety. Dzięki nazywowkinach.pl możemy oglądać światowej sławy opery, balety, spektakle i wystawy nie ruszając się z naszego miasta. Wystarczy wybrać się do kina! Ostatnio zachwycałam się przepiękną wersją Jane Eyre (moje wrażenia TUTAJ), a teraz udało mi się zobaczyć sztukę Rosencrantz i Guildenstern nie żyją.

źródło
Przyznam szczerze, że o sztuce wcześniej nie słyszałam, dlatego całość była tym bardziej zaskakująca. Oczywiście gdy już zdecydowałam się wybrać do kina to przed wyjściem trochę poszperałam i poczytałam (pamiętajcie, że warto to robić przed wizytą w teatrze). Rosencrantz i Guildenstern nie żyją to sztuka autorstwa Toma Stopparda (możecie go kojarzyć jako scenarzystę takich filmów jak Anna Karenina, Imperium Słońca czy Zakochany Szekspir). Tytułowi bohaterowie zostali zapożyczeni od samego Szekspira - Rosencrantz i Guildenstern to poboczne postaci, znane ze sztuki Hamlet. To oni zostali zaproszeni przez Klaudiusza, a ich zadaniem było rozweselenie księcia i wybadanie co jest źródłem jego dziwnego zachowania. Natomiast w zakończeniu dramatu zawozili szalonego księcia na dwór angielski, gdzie miał zostać stracony. Hamlet jednak nie dał się tak łatwo podejść - sfałszował list skierowany do Króla, w skutek czego śmierć go nie dosięgła, a na stryczku kończą jego szkolni przyjaciele, właśnie Rosencrantz i Guildenstern.
Tom Stoppard w historii tych dwóch bohaterów, lekko zarysowanej przez Szekspira, zauważył szansę na rozpisanie znanych wydarzeń z nowej perspektywy, przenosząc na papier inną problematykę i poruszając odmienne treści. Kiedy po raz pierwszy spotykamy Rosencrantza i Guildensterna zauważymy, że obaj znajdują się jakby zawieszeni w przestrzeni, nieświadomi swojego miejsca i celu. Autor scenariusza obdarzył ich amnezją, tak że jedyne co pamiętają, to fakt, że zostali wezwani. W tej oderwanej od rzeczywistości krainie (w której moneta wciąż pokazuje tylko jedną swoją stronę) pozostają, dopóki na ich drodze nie pojawi się trupa teatralna. Oczywiście, to ten sam zespół, który za kilkadziesiąt minut będzie występował przed rodziną królewską, pokazując intymne dzieje aktualnego władcy (wszystko za namową Hamleta, jeżeli dobrze pamiętacie z tekstu dramatu).
źródło
Warstwa scenariuszowa robi w przypadku tego spektaklu spore wrażenie. Stoppard nie ogranicza się jedynie do postaci dwóch tytułowych bohaterów, swobodnie wprowadzając na scenę Hamleta, jego matkę, Ofelię i Klaudiusza. Co prawda będą jedynie przemykać chybcikiem, wypowiadając kilka kwestii, zostawiając Rosencrantza i Guildensterna coraz bardziej skonsternowanych i zagubionych. Od razu mogę wspomnieć tutaj o świetnym pomyśle konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością - przed spotkaniem z Hamletem nasi bohaterowie planują jak go podejść, o co zapytać i co doradzić, a później i tak doświadczają porażki. Wydaje mi się, że to jest kwintesencja całego spektaklu. To, że tytułowi bohaterowie są jedynie marionetkami, nad którymi ciąży fatum, bo przecież już tytuł sztuki zdradza widzowi jak obaj skończą. Bardzo to przewrotne ze strony autora scenariusza. Przecież Szekspir zrywał z zasadą z góry założonego przeznaczenia, pokazywał, że (w odróżnieniu od teatru starogreckiego) to człowiek jest panem własnego losu, a nie jakiś niematerialny byt, który decyduje o przyszłości bohaterów.
Dialog między głównymi postaciami niesamowicie wciąga i zachwyca od pierwszych scen do ostatnich. Trzeba jednak wspomnieć, że wiele tam gierek słownych, które mogą umknąć osobom, nieznającym języka angielskiego. Tłumaczenie nie zawsze potrafi w odpowiedni sposób przekazać ich sens.
źródło
Brawa należą się na pewno odtwórcom głównych ról. Joshua McGuire i Daniel Radcliffe stworzyli bardzo zgrany duet, który oglądało się z prawdziwą przyjemnością. Sceny, w których wymieniali się kwestiami z prędkością światła, były dopracowane co do sekundy. Wymaga to przecież ogromnego skupienia. Tutaj właśnie widać tę nić porozumienia, która między nimi się wytworzyła. Docenić trzeba również to, że każdy z nich nabrał swojego charakteru (a przecież w dramacie Szekspira pamiętamy ich niemal jako jedną osobę, pod nazwą „przyjaciele Hamleta”). Zresztą reżyser sztuki, David Leveaux, świetnie poprowadził wszystkich bohaterów, a dzięki temu otrzymaliśmy tragikomedię, która się nie postarzała.
Jeżeli już mówimy o aktorach, to nie mogę ominąć odtwórcy postaci drugoplanowej, który kradł uwagę widza za każdym razem gdy pojawiał się na scenie. Mowa oczywiście o szefie wędrownej trupy teatralnej, granej przez aktora Davida Haiga. Tego człowieka po prostu chciało się słuchać, szczególnie że był źródłem wielu komediowych momentów w spektaklu.
źródło
Reżyser zastosował mnóstwo ciekawych patentów, a wraz ze współtwórcami bardzo dobrze wykorzystał przestrzeń sceniczną. Powiększając obszar sceny (w materiale wspomina się o usunięciu tylnej kurtyny i dodaniu przednich podestów), stworzono obrazek, który z miejsca mówi nam jak „niewielcy” są bohaterowie (i nie mówię tutaj o niskim wzroście obu aktorów). Scenografia jest minimalistyczna, twórcy korzystają z ciekawych, acz prostych rozwiązań, żeby stworzyć iluzję zmiany miejsca akcji (przykładowo kiedy przenosimy się na dwór królewski, pojawia się bogato zdobiona kotara).
Spektakl Rosencrantz i Guildenstern nie żyją okazał się bardzo dobrą rozrywką, a równocześnie przedstawieniem poruszającym wiele wciąż aktualnych treści. Możemy więc być świadkiem scen, typowo wyreżyserowanych pod wywoływanie salw śmiechu, jak chociażby ta, w której Rosencrantz i Guildenstern, chcąc się schować przed nadchodzącymi, stają tyłem do publiczności, w myśl zasady „stopię się ze ścianą, to nie będzie mnie widać”. Z drugiej strony posłuchamy wielu błyskotliwych wymian zdań, m.in. na temat nieuchronności śmierci (pytanie zadane przez Radcliffe'a na temat tego, kiedy pierwszy raz człowiek staje się świadomy, że kiedyś umrze i bardzo ciekawa do tego konkluzja). Jeżeli więc będziecie mieli okazję, to wybierzcie się na tę retransmisję do kina. Nie pożałujecie.

Człowiek mówiący do rzeczy do siebie nie jest bardziej szalony niźli człowiek mówiący od rzeczy nie do siebie.
- Tom Stoppard, Rosencrantz i Guildenstern nie żyją   

Moja ocena: 8/10


Jeżeli chcecie się dowiedzieć co, gdzie i kiedy grają to zapraszam na stronę http://nazywowkinach.pl

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka