niedziela, 5 stycznia 2020

Kiedy masz tylko pół godzinki, czyli polecam seriale z krótkimi odcinkami


Za każdym razem nadejście nowego roku mnie zaskakuje - przecież niemożliwe, że 12 miesięcy minęło w tak błyskawicznym tempie. Świat coraz szybciej pędzi, a nam coraz ciężej znaleźć dłuższą chwilę czasu na spędzenie jej z ulubionymi, serialowymi bohaterami. Często mam w ciągu dnia dosłownie moment, zazwyczaj podczas wcinania kolacji, który mogę poświęcić na włączenie telewizora. Miło jest, kiedy mogę obejrzeć cały odcinek, a nie szatkować film bądź być skazanym na to, co akurat w programie tego dnia wyświetlają. Twórcy jednak wychodzą naprzeciw zabieganemu społeczeństwu - mamy coraz więcej wartych uwagi krótkich seriali. Kilka pozycji, które szczerze polecam znajdziecie poniżej.

1. New Girl, 7 sezonów (2011-2018)

Na pewnym etapie życia był to mój ukochany umilacz czasu. Perypetie ekscentrycznej Jess, która wprowadza się do loftu, w którym mieszka już trójka męskich lokatorów. Ogromny plus to fakt, że każdy z nich jest trochę dziwakiem, nieradzącym sobie w dorosłym życiu, a dodatkowo te wszystkie postaci można określić mianem takich dużych dzieci. Wspaniale się ogląda trzydziestolatków, którzy dalej potrafią zrobić z siebie idiotę, zapomnieć o zasadach narzuconych przez społeczeństwo, żeby dobrze się bawić z przyjaciółmi. Odcinki przepełnione wspaniałym humorem, każdy z bohaterów pełen charyzmy i dopełniający resztę obsady. Czysta przyjemność z oglądania, a chemia między postaciami niesamowita, czy to przyjaźń, czy to miłość (podobno Nick i Jess w ogóle nie byli planowani jako serialowa para, ale po nakręceniu kilku odcinków nie dało się zaprzeczyć tej ekranowej chemii). Minusy? Im dalej w las tym gorzej, ostatni sezon można sobie w ogóle odpuścić. Ale wszystko, co wcześniej - złoto!

2. Galavant, 2 sezony (2015-2016)

Największe nieporozumienie w świecie telewizji ostatnich lat - jak Galavant może mieć TYLKO dwa sezony? To zdecydowanie perełka wśród seriali absurdu, czarna groteska pełną gębą, z ostrym, czasami rynsztokowym humorem i genialnymi występami komediowymi. Dokładając do tego gara gatunek fantastyki i mieszając go z musicalem zyskał sobie w mojej osobie fana numer jeden. Fabuła? Okrutny król Richard porywa ukochaną mężnego rycerza Galavanta. Kiedy mężczyzna przybywa do zamku odbić swą oblubienicę (podśpiewując pod nosem hymn wychwalający swoją odwagę) napotyka na pewną przeszkodę - kobieta stwierdza, że złoto jest dla niej ważniejsze niż prawdziwa miłość. To oczywiście dopiero początek przygód tych bohaterów, którzy przemierzą wiele kilometrów i stoczą liczne pojedynki, zawsze z piosenką na ustach i tańcem w bioderkach. To jest jakiś niesamowity twór, który podbija serce i bawi jednocześnie. Świetnie poprowadzone wątki, połamanie schematów i odważne podejście do scenariusza zdecydowanie się opłaciły - przerażający i bezwzględny król koniec końców zyskuje największą sympatię i to jego chciałoby się przytulić za każdym razem jak się pojawia. Jeżeli jeszcze nie widzieliście, a jesteście fanami absurdu, fantastyki bądź musicalu - to Wam zazdroszczę tej uczty!

3. The End of the F***ing World, 2 sezony (2017-2019)

Żeby nie było tylko lekko i zabawnie skręcimy w ciemniejszy rejon. Nastolatkowie z The End of the F***king World są niezrozumiali, mają problemy, z którymi nie do końca chcą sobie poradzić, które raczej traktują jako część siebie i starają się z nimi żyć. James w pierwszym odcinku mówi, że jest psychopatą i w najbliższej przyszłości ma w planach morderstwo. Alyssa czuje się odrzucona przez matkę, która ponownie wychodzi za mąż i w ogóle na starszą córkę nie zwraca uwagi. Ta dwójka się spotyka, a ich relacja jest prawdziwie osobliwa. Niewiele rozmawiają, a jeżeli już to są to wygłaszane zdania bez cienia emocji. Kiedy jednak wyruszają we wspólną podróż wszystko się zmienia, odnajdują swoją wrażliwość i zaczynają przed sobą ściągać kolejne warstwy. Pierwszy sezon to prawdziwa perełka - scenariusz jest świetny, aktorzy radzą sobie śpiewająco, a do tego muzyka, zdjęcia i montaż tworzą oryginalny i niezwykły klimat. To jeden z tych seriali, których ścieżka dźwiękowa po czasie nadal nie może mi się znudzić. Ostatnia scena pierwszego sezonu mogłaby być tą ostatnią, ale jako że serial zyskał sporą popularność, postanowiono go kontynuować. Druga część jest w porządku, dobrze zobaczyć znowu te same twarze i poznać część dalszą, jednak jakość lekko spada w porównaniu z idealnym pierwszym sezonem. Wciąż, to na pewno inny i ciekawy wybór, któremu warto dać szasnę. W tym przypadku jednak mam nadzieję, że na drugim sezonie historia się zakończy.

4. Barry, 2 sezony (2018-)

Łącząc gatunek komedii z mocną, często krwawą akcją można dostać różne rzeczy, ale twórcom Barry'ego udało się trafić w dziesiątkę. Ten serial jest niesamowicie zabawny, w dość absurdalny sposób, a zarazem utrzymano w nim odpowiedni ładunek dramatyczny. Nie zabraknie także scen, które sprawiają, że brakuje nam tchu przez poziom napięcia. Fabuła dość prosta: mamy płatnego zabójcę, weterana wojny w Iraku, Barry'ego. Wujek kręci mu ciągle nowe zlecenia morderstw, zgarnia połowę gaży i przekonuje, że tak naprawdę nic złego się nie dzieje, a chłopak powinien robić to, w czym jest dobry. Kiedy niechcący Barry trafia na zajęcia kółka teatralnego odkrywa się przed nim nowy świat, możliwość podzielenia się z innymi swoimi emocjami. Tylko problem polega na tym, że Barry, jako zabójca idealny wydaje się niemal zupełnie z emocji wyprany. Czego jednak nie potrafi zdziałać odpowiednia dawka teatru? Do tego dochodzą jeszcze porachunki z czeczeńską mafią, dzięki której poznajemy komediową perełkę całego serialu - Anthony'ego Carrigana. Świetnie poprowadzone są wszystkie poboczne wątki, znajomość z prowadzącym kurs aktorski, związek z koleżanką po fachu, relacja z wujem, a w końcu pokręcona przyjaźń między Barry'm a Czeczenem Noho Hankiem. Ogląda się cudownie!  

5. Brooklyn 9-9, 7 sezonów (2013-)


Bardzo dużo osób polecało mi ten serial, miałam do niego kilka podejść. Pierwsze odcinki jakoś nie do końca mnie przekonały. Jednak któregoś razu wsiąknęłam i się zakochałam. To akurat tego rodzaju serial, z którym się nie spieszę. Co jakiś czas wracam i oglądam serię odcinków, ale nie potrzebuję poznać od razu wszystkiego co wyszło. Historia toczy się wokół grupki policjantów z posterunku 9-9 i w sumie fabularnie niczego więcej na początku nie trzeba wiedzieć. Jednak tutaj nie tyle o historię, co o bohaterów chodzi. A ci są przezabawni! Chyba nie kojarzę innego serialu, w którym każda z postaci byłaby tak komediowo dopracowana. Na dodatek cały ten zlepek dziwnych charakterów potrafi ze sobą współgrać i tworzyć zgrany zespół. Jake, nieoczytany i nieoględny, ale zarazem sprawnie rozwiązujący policyjne sprawy. Wpatrzony w niego jak w obrazek parter Charles. Amy, chodząca encyklopedia, uwielbiająca mieć rację, której marzeniem jest zaistnieć w oczach szefa i wspinać się po ścieżce kariery. I tak dalej, i dalej. Każdy inny, każdy charyzmatyczny i zagrany z odpowiednim komediowym zacięciem. Na razie skończyłam piąty sezon i bawię się wciąż świetnie. Także do obiadu serial idealny!

6. Miracle Workers, 1 sezon (2019-)

Najnowszy serial w zestawieniu. Odkąd zobaczyłam zwiastun mocno zalatywał mi klimatem The Good Place. Wszystko dzieje się w zaświatach, gdzie Bóg (Steve Buscemi) przechodzi ewidentny kryzys wieku średniego, przestaje go interesować los dążącej do katastrofy Ziemi i jej mieszkańców. Żeby zaradzić problemom postanawia, że planetę wysadzi. Dwójka pracowników, zajmujących się odpowiadaniem na modlitwy postanawia odwieść go od tego pomysłu. W tym przypadku za mną dopiero dwa odcinki, ale już mogę powiedzieć, że jako serial z doskoku sprawdzi się idealnie. To taka luźna forma, w której wiele małych pomysłów może wywołać uśmiech. Nie jest przy tym jakoś szczególnie wciągający i dla mnie na pewno nie dosięga do poziomu The Good Place. Jednak wciąż warto dać mu szansę, obsada bawi się przednio, szczególnie Daniel Radcliffe. Ja na pewno zobaczę sezon do końca, a już udało mi się podejrzeć, że drugi sezon ma mieć miejsce w czasach średniowiecznych. Także forma się pewnie trochę zmieni, co mnie w tym przypadku intryguje. 

7. Grace i Frankie, 6 sezonów (2015-)

Na koniec kolejny serial, który oglądam z doskoku, partiami. Mam za sobą na razie trzy sezony Grace i Frankie, a wszystkie podobały mi się równie mocno. Nie jest to jednak ten tytuł, który przykuwa mnie do telewizora i nie pozwala odejść dopóki nie zobaczę wszystkiego. Tym bardziej dobrze się sprawdzi w tej liście. Historia jest dość ekscentryczna: mężowie Grace i Frankie od lat pracują we wspólnej firmie, a na stare lata postanawiają pogodzić się ze swoją naturą - zapraszają żony na kolację i oznajmiają im, że odchodzą, żeby resztę życia spędzić wspólnie, jako para. Kobiety nie potrafią sobie z tą rozłąką poradzić. Mimo że do tej pory łączyła je raczej oschła relacja to w końcu zaprzyjaźniają się i razem prą do przodu. To naprawdę jest piękna historia o przyjaźni, zrozumieniu, akceptacji i pozwoleniu innym na bycie sobą. Wzbudza same ciepłe uczucia. Na dodatek serial jest świetnie napisany, postacie są bardzo charakterne i wspaniale się uzupełniają. Najlepiej wypada para Jane Fonda - Lily Tomlin, ale aktorsko nie ma tutaj słabych ogniw. Także ja na pewno będę kontynuować oglądanie przygód Grace i Frankie, a Wam również to polecam. 


Inne krótkie seriale? Wspomniany wcześniej The Good Place (link), One Day at a Time (link), The Kominsky Method (link), Russian Doll (link), Miłość, śmierć i roboty (link), Derry Girls (link), a dla młodzieży Awkward.

Piszę o tych serialach, jako o świetnych krótkich przerywnikach. Musicie jednak pamiętać o jednym - one też wciągają. Wiele z nich, mimo że planowo miałam oglądać jedynie przy posiłkach, skończyłam w kilka dni. Także, oglądacie na własną odpowiedzialność!

Dorzucilibyście coś do tej listy?

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka