Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrony. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 lipca 2023

Przesłuchane w audiobooku – „Cyrk nocy”, „Jaśminowy tron”, „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” i „Wrony”

Kiedyś słuchałam audiobooków sporadycznie. Odkąd zmieniłam sposób dojazdu do pracy, częściej wybieram słuchanie niż czytanie w drodze. Szczerze mówiąc, nic nie zastąpi mi fizycznej książki, ale audiobook to dobra alternatywa. Ostatnio przesłuchałam te cztery pozycje, z czego dwie to przykład lekkiej fantastyki, a dwie pozostałe to gorzkie opowieści o krzywdach wyrządzonych dzieciom. Wszystko dobre, żadna z tych książek nie zawiodła.  


Cyrk nocy
Erin Morgenstern

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2011
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Świat książki

Cyrk pojawia się znikąd. Nie poprzedzają go żadne zapowiedzi, na słupach i tablicach w mieście nie ma plakatów, w gazetach żadnej wzmianki ani reklamy. Cyrk po prostu jest, podczas gdy wczoraj go nie było.


Opis wydawcy

W wędrownym cyrku dzieją się rzeczy niezwykłe, bardziej niezwykłe niż popisy akrobatów i treserów. To cyrk magiczny, w którym do pojedynku stają zakochani, a ich bronią jest wyobraźnia. Londyński reżyser Chandresh Lefèvre postanawia stworzyć cyrk. Nie przypuszcza, że stanie się on areną rozgrywek między znanym prestidigitatorem a "mężczyzną w szarym garniturze", a raczej między ich wychowankami Celią i Markiem. Młodzi, nieświadomi konsekwencji walki, którą mają ze sobą stoczyć, kreują w cyrku wiele niezwykłych, magicznych przestrzeni. To stanowi sens ich zmagań i tło ich miłości. Jednak każda potyczka zbliża ich do końca, kiedy na placu boju może pozostać tylko jedno z nich...

Moja recenzja

Cyrk nocy to książka, która może podzielić czytelników. Z jednej strony to magiczna historia, która przyciąga baśniowym klimatem. Z drugiej, pełna jest niedopowiedzeń, brakuje w niej rozbudowanego świata przedstawionego i systemu magicznego. Wszystko zależy od tego, czy czytelnik wejdzie w ten świat. 

Ogromne znaczenie dla przedstawionej historii ma wybór miejsca i czasu akcji. Grupa cyrkowców wędruje po świecie i występuje dla publiczności jedynie w nocy. Nie wiadomo kiedy cyrk pojawi się w okolicy. Nocne występy potęgują tajemniczość, którą owiane jest to miejsce. Czas trwania akcji rozciąga się od XIX do początku XX wieku. Cyrk przedstawiony jest jako miejsce, w którym każdy może oderwać się od rzeczywistości. Kiedy przypominam sobie moją pierwszą wizytę w cyrku, pamiętam to wrażenie, że obcujemy z jakąś formą magii. Oglądanie niesamowitych akrobacji, zabaw z ogniem, spotęgowane użyciem odpowiedniej muzyki i kostiumów. Pomysł na umiejscowienie akcji książki fantastycznej w cyrku wydaje się zatem logiczny. Autorka wykorzystuje znane nam uczucie zafascynowania tym miejscem i tworzy wokół tego swoją historię.

Główny konflikt w powieści dotyczy dwójki bohaterów, Marco i Celii. W dzieciństwie zostali wytypowani przez swoich mentorów do stoczenia pojedynku. To, jak ma wyglądać ich starcie owiane jest tajemnicą. Nie tylko czytelnik nie jest świadomy co ich czeka, ale same postaci nie mają pojęcia jak może wyglądać rozwiązanie ich potyczki. Przez długi czas nie wiedzą nawet kim jest ich przeciwnik. 

Tajemniczość, oniryczny klimat i magiczne miejsce wydarzeń sprawiają, że ta powieść jest tak oryginalna. Mnogość wątków i bohaterów pobocznych może być przytłaczająca, autorka nie poświęca też uwagi temu, skąd bierze się magia bohaterów, jak działa. Nadal jednak lektura sprawiła mi przyjemność. Pozwoliła na powrót do czasów dzieciństwa. Trochę jak bajka dla starszych czytelników. 


Jaśminowy tron
Tasha Suri

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 645
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Po tygodniach igłokwiatowego otępienia świat wydawał się zasypywać ją opóźnionymi doznaniami. Wszystko było zbyt głośne i zbyt twarde, światło dnia zbyt bolesne dla oczu. Czuła wstrząsy powozu w stawach. Była niczym worek mięsa i krwi.


Opis wydawcy

Osierocona służąca i uwięziona księżniczka. Różni je wszystko: pochodzenie, bogactwo, wiedza. Łączy jeszcze więcej: dojmująca samotność, całkowite odrzucenie i nowe życie, w które obie weszły uciekając z objęć śmiercionośnego ognia. Okradzione ze wszystkiego, w sobie nawzajem odnajdą całą siłę, której potrzebują by przeżyć.

Moja recenzja

Autorzy książek fantastycznych często czerpią inspiracje z różnych kultur. Tasha Suri wychowała się w Londynie, gdzie pracowała jako bibliotekarka, ale jej rodzice pochodzą z Indii. Świat przedstawiony Jaśminowego tronu inspirowany jest właśnie kulturą tego kraju. Poprzednia seria autorki również osadzona była w klimacie dalekiego wschodu. Książka Imperium piasku znalazła się nawet na liście setki najlepszych książek fantastycznych według magazynu Time. Płynące z każdej strony zachwyty nad Jaśminowym tronem skutecznie przekonały mnie do lektury. Konkretnie, do przesłuchania audiobooka. 

Jak na pierwszy tom serii przystało, autorka skupia się na jak najdokładniejszym opisaniu świata przedstawionego. Udaje jej się te opisy gładko wpleść w akcję, szczególnie, że nie miała łatwego zadania, bo pomysłów w Jaśminowym tronie było bardzo dużo. Autorka przekazuje nam jak ważny jest status społeczny, przedstawia sytuację kobiet, wspomina o świątynnych dzieciach, które przekraczają Święte Wody, żeby narodzić się ponownie. W tle słyszymy wciąć o prześladującej mieszkańców chorobie, butwieniu. Pierwsze symptomy są takie, że żyły zamieniają się w gałęzie, a kończy się na całkowitej transformacji w roślinę. Te wszystkie pomysły robią wrażenie, ale przez to, że jest ich tak dużo, tempo akcji zwalnia.

Jaśminowy tron to książka, którą rządzą kobiece postaci. Główny wątek toczy się wokół Priyi i Malini. To bohaterki pochodzące z zupełnie różnych grup społecznych, które niosą ze sobą spory bagaż emocjonalny z przeszłości. Powoli odkrywamy ich historię, puzzle wskakują na swoje miejsce, układając obraz tych dziewczyn. Jest też miejsce na romans między nimi, który również toczy się powoli. Priya i Malini nie są jedynymi narratorkami powieści, sporo jest rozdziałów napisanych z perspektywy pobocznych bohaterów. Zabieg wypada na plus, dzięki temu poznajemy szerszy kontekst historii.

Dobrze napisana powieść, z klimatycznym światem przedstawionym i ciekawymi bohaterami. Chętnie przeczytam kolejną część.


Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu
Aleksandra Zbroja

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 264
Wydawnictwo: Agora

A z nieżyjącym relacje można budować bezpiecznie. Łatwiej mu współczuć, łatwiej go wysłuchać.


Opis wydawcy

Wklepuję na fejsa komunikat, że to koniec, że umarł nagle i niezapowiedzianie, że nie miałam okazji poznać własnego ojca, ponieważ on wolał wódę. I jabole, i browary, i pewnie nawet denaturat, bo był uzależnionym typu menela, który zasrywa sobie nogawkę spodni, śmierdzi w autobusie i zalega na dworcach. Potem usuwam to o denaturacie oraz dworcach. Piszę, że ojciec zmarł nagle i że mi smutno. Po chwili dodaję: „Choć już wiele lat temu mi zabrały go demony plątające się po jego trzewiach i głowie. Nie znaliśmy się — spotykałam głównie tego z trzewi i głowy, który podpowiadał mu, co robić. Że poza wódką jest tylko strach, że nic nie warto. Żeby dał sobie spokój. Tato, przykro mi, że tak się stało. Dzięki Tobie uczę się współczuć. Może to taki ostatni prezent, od Ciebie dla mnie”. Słowo „tato” kłuje w oczy, ale w całą resztę przez chwilę wierzę. Potem zostaje tylko to kłucie. „Tato”, „papo”, „papko”, językowe narzędzia tortur.

Moja recenzja

Mireczek to bardzo osobista historia, w której autorka dzieli się wspomnieniami swojego życia z ojcem, cierpiącym na chorobą alkoholową. Temat jest znany każdemu z nas. Trudno żyć w tym kraju i nie  usłyszeć o tym problemie. 

W Mireczku autorka wprowadziła odwróconą chronologię  akcja zaczyna się od śmierci jej ojca, a póżniej przedstawione są wydarzenia z „X lat przed”. Najtrudniejszą częścią książki było słuchanie o krzywdzie wyrządzonej dziecku. To, jak dziewczyna całe życie musiała się bronić, walczyć o normalność, chociaż tak naprawdę pragnęła miłości, bliskości z rodzicami. Finalnie, najlepszym rozwiązaniem była ucieczka, oderwanie się od nich, żeby móc skupić się na swoim życiu. 

Autorce udało się przekazać swoją indywidualną historię, a jednocześnie opowiedzieć szerzej o problemie. Jej wspomnienia są poprzetykane fragmentami z książek naukowych, materiałów ze spotkań AA. Mireczek przypomina czasami pomieszanie reportażu z powieścią. Podoba mi się również styl autorki. Sposób w jaki napisana jest ta książka i lektorska robota Dereszowskiej w audiobooku sprawiają, że nie można oderwać się od słuchania. Chociaż każdy kolejny rozdział boli trochę bardziej. Bo przecież niby człowiek wie, że problem jest, ale jakoś na codzień przymyka oczy, nie chce być świadomy. Mocna rzecz.


Wrony
Petra Dvořáková

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 184
Wydawnictwo: Stara szkoła

Nigdy nie przyznałabym przy dziewczynach, że tata mnie bije. Bo to jest dziwne. I chyba też dlatego, że ich w domu nie biją. Czy może one po prostu o tym nie mówią?


Opis wydawcy

Dwunastoletnia Basia, jej starsza siostra Kasia oraz rodzice tworzą na pozór typową i szczęśliwą rodzinę. Jednak pod powłoką tak zwanej normalności skrywają się wzajemne pretensje, problemy i brak zrozumienia. Dojrzewająca Basia odkrywa w sobie talent plastyczny, lecz im bardziej próbuje żyć w zgodzie z własną naturą, tym usilniej rodzina ściąga ją ku przeciętności i życiowej bierności.

Moja recenzja

Po skończeniu Mireczka od razu sięgnęłam po Wrony. Nie byłam do końca świadoma, że ponownie będę mieć do czynienia z opisem dziecięcej krzywdy. W książce jest podział na dwie narracje, jedną prowadzi Basia, a drugą jej matka. Wrony to bardzo krótka lektura. Przedstawienie sytuacji rodzinnej nie zajmuje autorce dużo czasu. Szybko zatem dowiadujemy się, że Basia traktowana jest jako ta gorsza córka, wychowuje się w cieniu Kasieńki, która jest oczkiem w głowie mamy.

Relacje między członkami rodziny stanowiły najbardziej intrygujący element książki. Matka nie odczuwa miłości męża, kumulowany gniew kieruje w stronę młodszej córki. Natomiast ze starszą układa jej się świetnie, wciąż opowiada jaka to Kasieńka jest idealna. Każda z tych poszczególnych relacji mogłaby już wpłynąć negatywnie na funkcjonowanie rodziny. Na dodatek z nich wynikają kolejne  skoro Kasia w oczach matki wypada jako ta lepsza córka, to dziewczyna czuje się swobodnie z traktowaniem Basi gorzej. Relacja matki z córkami wpływa na wywołanie negatywnych emocji między rodzeństwem. Mamy zatem efekt lawinowy.

W tej niewielkiej książce autorka zmieściła całą masę smutku. Trudno nie poczuć współczucia dla Basi, która znajduje się w sytuacji, w której żadne dziecko nie powinno się znaleźć. To, co uwiera we Wronach, to fakt, że narracja matki bardzo rzadko zmienia ton. Przez większość książki to ciągła złość w kierunku córki, rozczarowanie życiem, frustracja każdą małą rzeczą. Aż trudno uwierzyć, że są tacy ludzie. Wolałabym jednak zobaczyć więcej niepewności w jej narracji. Ta postać wyszła na nieludzką. Może taki był zamiar, ale to tylko moje odczucie. Nie zmienia to faktu, że ta książka jest ważna i mocna, zdecydowanie warto ją przeczytać.




poniedziałek, 1 czerwca 2020

Dzieci w roli głównej, czyli polecam filmy o najmłodszych, które docenią starsi widzowie

Dzisiaj obchodzimy Dzień Dziecka i z tej okazji przygotowałam lekką notkę okołofilmową. Główną rolę będą w niej odgrywały dzieciaki, ale same tytuły to raczej pożywka dla dojrzalszych widzów. Przynajmniej ja, oglądająca je już jako człowiek dorosły, wspominam te seanse bardzo pozytywnie.

Moonrise Kingdom (2012)


Zaczynamy od Wesa Andersona i jego uroczego filmu o dziwnym polskim tytule Kochankowie z Księżyca. W tym przypadku mamy do czynienia z dwójką dzieciaków: Suzy i Samem, którzy zakochują się w sobie do szaleństwa i wspólnie postanawiają uciec z domu. Jak to u Wesa bywa oboje są dość ekscentryczni. On: sierota, bardzo inteligentny na swój wiek, ona: lubująca się w powieściach science-fiction, dla rozrywki szpiegująca swoją rodzinę i przyjaciół.
To historia pełna ciepła, czarująca, elegancka ze świetnym poczuciem humoru, dość typowym dla filmów Wesa Andersona. Humoru, który po prostu uwielbiam. Oczywiście całość jest estetycznie przepiękna, do czego reżyser już nas raczej przyzwyczaił. Na dodatek to po prostu wciągająca historia, pościg za dwójką głównych bohaterów przyniesie sporo zabawnych sytuacji, a wszystko zostało zagrane wspaniale. Oprócz dwójki świeżynek w rolach głównych zobaczymy na ekranie Frances McDormand, Billa Murray'a, Edwarda Nortona i Bruce'a Willisa. I wszyscy dają tutaj upust swojemu komediowemu talentowi.

Leon Zawodowiec (1994)


W tego typu listach często pomijam powszechnie znane klasyki, jednak w tym przypadku nie mogłam zostawić w cieniu Leona Zawodowca. Co prawda oglądałam go już lata temu, ale jakże miło wspominam seans. Pełen napięcia, a zarazem rozczulający. Rozpoczyna się brutalnie, bo będziemy świadkami wizyty skorumpowanego policjanta Stanfielda (granego przez Gary'ego Oldmana) w kamienicy, gdzie bezwzględnie rozprawia się z rodziną Matyldy (debiutująca Natalie Portman). Dziewczyna, wracając z zakupów zamiast do swoich drzwi puka zatem do sąsiednich, za którymi spotyka Leona (Jean Reno).
Fundamentem filmu jest przede wszystkim świetnie wykreowana więź między surowym Leonem i młodziutką Matyldą. Milczący, chłodny człowiek, którego jedynym przyjacielem jest kwiatek doniczkowy zaczyna się otwierać pod wpływem dziewczynki. Ta natomiast postanawia szkolić się pod jego okiem, żeby móc dokonać zemsty. Stary Luc Besson potrafił trzymać w napięciu, a zarazem dawać aktorom mnóstwo możliwości do zabłyśnięcia. W tym przypadku wspaniali są Oldman i Reno, a Portman zaliczyła niezapomniany debiut.

Pokój (2015)


Oparty na głośnej powieści o tym samym tytule autorstwa Emmy Donoghue. To historia porwanej kobiety, która wychowuje pięcioletniego synka. Od jego urodzenia przebywają ciągle w jednym pokoju - miejscu, w którym przetrzymuje ich porywacz. Chłopczyk nie zna świata zewnętrznego, więc kiedy udaje mu się wydostać trudno pogodzić mu się z tym, jak wygląda rzeczywistość.
Ten film naprawdę wzbudza sporo emocji podczas oglądania. Scenariusz jest mocny, wzruszający i trzymający w napięciu. To na pewno jeden z największych atutów filmu, chociaż z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że nie obyło się w jego przypadku bez przesadnej „cukierkowatości”, ale starano się, żeby było jej jak najmniej. Portrety psychologiczne postaci są realistyczne i mocno intrygujące. Perełkami całości są jednak główne role aktorskie, czyli Brie Larson jako matka (zasłużony Oscar) i Jacob Tremblay jako syn. Wywiązuje się między nimi wspaniała ekranowa chemia, widzimy ich oddanie i przywiązanie do siebie nawzajem. Młody aktor naprawdę daje z siebie wszystko i trudno będzie o nim nie wspomnieć przy najciekawszych dziecięcych debiutach. Także naprawdę warto się z Pokojem zapoznać.

Przedszkolanka (2018)


To niepozorny film, który udało mi się obejrzeć niedawno. Maggie Gyllenhaal gra tytułową przedszkolankę, która w wolnym czasie szkoli się w pisaniu poezji. Jej wiersze nie wzbudzają jednak większego zainteresowania na zajęciach. Pewnego dnia podsłuchuje jak jeden z jej podopiecznych, kilkuletni Jimmy, recytuje wymyślony utwór, który okazuje się zaskakująco dobry. Kobieta za wszelką cenę postanawia nie pozwolić mu zaprzepaścić talentu.
Siłą tego filmu jest jego niejednoznaczność. Po zwiastunie spodziewałam się czegoś w rodzaju thrillera, w którym obsesja nauczycielki doprowadzi do tragedii. Dostajemy jednak o wiele więcej. Bardzo dobrze rozpisaną tytułową postać, kobietę sfrustrowaną, która za jedyny cenny element życia uważa sztukę, więc preferuje, żeby jej własne dzieci biegały nocami z aparatem, próbując stworzyć dzieło, niż przynosiły piątki w dzienniczku. Jimmy natomiast posiada niesamowitą dziecięcą wrażliwość i postrzega świat z oryginalnej perspektywy. Widząc jakie emocje wzbudzają wiersze chłopczyka widz potrafi zrozumieć skąd bierze się siła napędowa tytułowej bohaterki, zobaczy, że jej motywacje są pozytywne. Nie zmieni to jednak faktu, że określimy całość jako rzecz mocno creepy. To połączenie sprawdziło się świetnie i uważam, że film zasługuje na większą rzeszę widzów, zatem oglądajcie. Jeśli nawet nie dla ciekawej fabuły to dla wspaniałej roli Maggie.

Wrony (1994)

Dorota Kędzierzawska zaczarowała mnie swoim stylem dawno temu, chyba po raz pierwszy przy okazji filmu Diabły, diabły. Od tej pory, za każdym razem gdy natykam się na jej film to zawsze oglądam ze sporym kredytem zaufania. I udało się jej na razie mnie nie zawieść. Tytułowa Wrona to dziewczynka, której mama jest wiecznie zapracowana i nie ma czasu dla córki. Przez to dziecko spędza samotnie całe dnie, szwendając się po okolicy. Z czasem przepełnia ją agresja i chęć zmiany, dlatego pewnego dnia postanawia porwać małą dziewczynkę i zaczyna z nią ucieczkę.
Najłatwiej byłoby powiedzieć, że film ma ten specyficzny klimat, dobrze znany fanom Kędzierzawskiej, jednak wiem, że nie wszyscy kojarzycie jej twórczość (a polecam to zmienić). Zatem, Wrony to historia dość ponura, mocno łapiąca za serce, przepełniona taką polską melancholią i mająca elementy realizmu magicznego. Temat braku rodzicielskiej miłości i zrozumienia jest czytelny, ale nie zostaje podany w schematyczny sposób, spora zasługa tutaj świetnych zdjęć i muzyki. Do tego, reżyserka wspaniale sobie poradziła z poprowadzeniem młodych aktorek - Katarzyny Szczepanik i Karoliny Ostrożnej. To jedne z najlepszych ról dziecięcych w polskim kinie.

Labirynt Fauna (2006)

Jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Pamiętam, że oglądając go po raz pierwszy niektóre sceny zmuszały mnie do zamknięcia oczu, także na pewno nie jest skierowany do młodszych widzów. Akcja rozgrywa się w czasach wojny, a dokładnie w 1944 roku. Ofelia właśnie przeprowadza się z ciężarną matką do domu swojego ojczyma, oficera, którego zadaniem jest tłumienie buntów rebeliantów. Pewnej nocy dziewczynka znajduje tajemniczy labirynt i mieszkającego w nim fauna, od którego otrzymuje do wykonania trzy zadania.
Del Toro już nie raz pokazał, że używając gatunku fantastyki można mówić o ważnych sprawach. Główna bohaterka przebywa w świecie pełnym brutalności, w którym krew przelewa się codziennie. Trudno się zatem dziwić dziewczynce, że łatwiej jest jej uciekać w krainę wyobraźni, gdzie przygody również są często mroczne, ale wiodą do szczęśliwego zakończenia. Przeplatanie tych dwóch płaszczyzn wypadło w filmie cudownie, Ivana Baquero okazała się wspaniałą Ofelią, a soundtrack do filmu wciąż należy do moich ulubieńców. Polecam, a widzom wrażliwym radzę przygotować wagon chusteczek.

Gdzie mieszkają dzikie stwory (2009)

Trudno mi zrozumieć, że ten film przez wielu uważany jest za słaby, bo sama oglądając go dziewięć lat temu kompletnie się zachwyciłam. Skrót fabuły jest dość prosty: Maks napsocił i zostaje wysłany za karę do swojego pokoju. Szybko jednak przenosi się w magiczną krainę, zamieszkiwaną przez ogromne dzikie stwory, których zostaje królem.
Może teraz nie do końca pamiętam całą fabułę, ale na pewno pamiętam uczucia związane z tym seansem. Przeniósł mnie do świata dziecięcych zabaw, kiedy całym sobą angażowaliśmy się w odgrywanie nowych ról, całe dnie spędzając na bieganiu i udawaniu czarodziejek czy wojowniczek. Wydaje mi się, że ten film nie przemówi do dzieci, a do dorosłych, którzy będą mogli odnaleźć w sobie wspomnienie tych czasów swawoli i przeżywania zabawy na sto procent. Seans kończy się jednak z pewną dawką melancholii i przygnębienia, pamiętam ten depresyjny stan, w który mnie wprowadził. Wydaje mi się, że dopiero dorosły doceni obserwowanie podróży Maksa i jego prób zrozumienia swoich emocji, a dzieci mogą trochę się przerazić niektórymi scenami w wykonaniu dzikich stworów. Na dodatek warto wyróżnić pomysł na lalkowe postacie, film dzięki temu nabiera odpowiedniego klimatu. Bardzo lubię też całą ścieżkę muzyczną. I naprawdę nie rozumiem zarzutów względem tego tytułu, może mi ktoś to wyjaśni? 


Które tytuły mogłoby według Was także znaleźć się na tej liście?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka