Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złota era hollywood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złota era hollywood. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2017

Złota era Hollywood - od czego zacząć (cz. 2)

Pierwsza część postu zawierająca tytuły lekkie, przyjemne i na uśmiech znajduje się tutaj.
Dzisiaj zajmiemy się kinem trochę poważniejszym, co nie znaczy, że mniej ciekawym. Tak jak kocham komedie z Audrey Hepburn czy musicale z Genem Kelly, tak muszę powiedzieć, że to właśnie na dzisiejszej liście znajdują się najbliższe memu sercu tytuły. To tutaj możemy znaleźć przykłady aktorstwa na najwyższym poziomie, które po dziś dzień wspominane jest z zachwytem na całym świecie. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam na listę filmów, od których warto zacząć przygodę z hollywoodzkim kinem lat 40/50/60tych.

Przeminęło z wiatrem (1939)

źródło
Klasyk nad klasykami, najczęściej oglądany film wszech czasów, z cytatami powtarzanymi przez kolejne pokolenia (Frankly, my dear, I don't give a damn i kochane After all, tomorrow is another day). Warto go obejrzeć jak się ma już trochę lat na karku, bo wtedy można się faktycznie zachwycić. Historia upartej Scarlett O'Hary (Vivien Leigh), która jest córką bogatego plantatora i żyje jak rozpieszczona księżniczka. Wszystko się zmienia, kiedy wybucha wojna secesyjna, a jej ukochany z sąsiedztwa żeni się z inną. I tutaj przede wszystkim ta monumentalność robi wrażenie. Film trwa prawie cztery godziny (!), ale perypetie bohaterów ciekawią nas do tego stopnia, że trudno się na tym dziele nudzić. Spotkałam się już z wieloma opiniami, że obawiano się do niego zasiadać, bo stary i długi, a później następowało pozytywne zaskoczenie. Dlatego nie macie się nad czym zastanawiać. Film zrobił niemałą furorę, zgarniając sporo Oscarów (pierwszy raz w historii najlepszy film trwał aż tak długo), w tym dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Vivien po prostu zmiotła ogromną konkurencję i trzeba przyznać, że ta kobieta urodziła się do roli Scarlett, która ma sporo wad, ale której osobiście kibicowałam, chociaż zauważałam mnóstwo popełnianych przez nią błędów. Wrażenie robiła również chemia pomiędzy nią a Clarkiem Gable (z którym swoją drogą Vivien nie lubiła się całować, podobno miał nieświeży oddech!). Przez plan przewinęło się trzech reżyserów, a producent, David Selznik, za przekleństwo w tekście Frankly, my dear, I don't give a damn zapłacił karę o wysokości 5000 dolarów. Jednak było warto, bo cytat, tak jak cały film, przeszedł do historii kina na zawsze.

Wszystko o Ewie (1950)

źródło
Tym razem to film, który przede wszystkim robi wrażenie na płaszczyźnie scenariusza i reżyserii. Od razu widać, że to dzieło kompletne, które ogląda się z niegasnącym zainteresowaniem. To ten typ filmu, który możemy włączyć nawet dzisiaj i poczuć, że temat tam poruszany jest wciąż aktualny. Otóż, młodziutka i urocza dziewczyna, Ewa (Anne Baxter) jest ogromną fanką doświadczonej aktorki, odnoszącej sukcesy - Margo (Bettie Davis). W pewnym momencie udaje im się poznać, a Ewa zaczyna obracać się w kręgach przyjaciół Margo. Powoli z najbardziej oddanej fanki przeistacza się w największą rywalkę. Wszystko o Ewie to niezwykle frapująca historia o dochodzeniu po trupach do celu, genialnie zarysowane charaktery poszczególnych postaci, a wszystko w obłędnie zdolnej obsadzie. Ja zazwyczaj lubię oglądać filmy, w których możemy podejrzeć tę drugą stronę życia aktorskiego (chociażby jak w Birdmanie). Uważam, że ta tematyka to prawdziwa skarbnica różnych zachowań i pewnie dlatego filmy o tym tak wciągają. W tym przypadku mamy świetnie zarysowaną tę walkę o sławę, o pierwsze miejsce w szeregu. Zobaczymy jak wiele fałszu i zakłamania można doświadczyć w świecie celebrytów. Na dodatek możemy to oglądać w cudownym pojedynku aktorskim między Baxter a Davis, które stają na wysokości zadania i dokładają swoją iskrę do granych postaci. Tak bardzo aktualny, a jednak klasyk - musicie to zobaczyć!

Kto się boi Virginii Woolf (1966)

źródło
Wcześniej wspomniane filmy oparte były na powieści (Przeminęło z wiatrem) i opowiadaniu (Wszystko o Ewie). W przypadku Kto się boi Virginii Woolf mamy do czynienia z dramatem, napisanym przez Edwarda Albee, którego konikiem były dramaty psychologiczne. Czyli automatycznie mamy ograniczone miejsce i czas akcji, a sukces może opierać się jedynie na dobrym scenariuszu. I ten taki oczywiście jest. Na dodatek daje ogromne pole manewru dla aktorskich szarży, a odtwórcy poszczególnych ról z przyjemnością je wykorzystują. W filmie występują jedynie cztery osoby. Martha (Elizabeth Taylor) i George (Richard Burton) wracają z jednego towarzyskiego spotkania, już w stanie nietrzeźwym. Wtedy dowiadujemy się, że zaplanowali jeszcze wieczorek zapoznawczy z młodym małżeństwem, które właśnie wprowadziło się do okolicy. Całą noc będziemy oglądać to spotkanie czwórki osób. Wbrew pozorom, trudno się na tym filmie nudzić. Z uczuciem zgrozy będziemy obserwować zachowanie starszego małżeństwa - Martha to kobieta o niewyparzonej gębie, która wydaje się niczym nie przejmować, a swojego męża traktować jako kompletne zero. George, człowiek z pozoru cichy i spokojny, również potrafi pokazać pazurki i mściwą stronę swojego charakteru. Cały wieczór będą bez skrupułów prać małżeńskie brudy przy gościach, co oczywiście wprawi ich w zakłopotanie. Natomiast to zderzenie dwóch małżeństw z różnymi stażami będzie skłaniało do refleksji na temat słuszności podejmowania decyzji o wiązaniu się „na zawsze”. Moim zdaniem to najlepsza rola w dorobku Elizabeth Taylor - to ona najczęściej kradnie uwagę widza. Trzeba też wspomnieć o reżyserze tego dzieła. Mike Nichols zadebiutował owym filmem, świetnie radząc sobie z poprowadzeniem aktorów przez swoją wizję. Jego późniejsze tytuły również zasługują na zainteresowanie (nakręcił Bliżej, Absolwenta). Polecam jednak zacząć od Kto się boi Virginii Woolf, bo to po prostu wspaniały film.

Bulwar Zachodzącego Słońca (1950)

źródło
Film chciałam obejrzeć odkąd przeczytałam pewną wychwalającą go recenzję (wydaje mi się, że było to na blogu Quentina). Tym razem obsada była dla mnie raczej czarną magią, a skusiła mnie poruszana tam tematyka. No i reżyser! Billy Wilder to jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk, jeżeli chodzi o stare, dobre Hollywood. Najlepsze jest to, że próbował różnych gatunków, bo przebył drogę od filmów noir, poprzez dramaty, po komedie i romanse, ale za każdym razem stawał na wysokości zadania. Z czystym sumieniem można stwierdzić, że Wilder miał prawdziwą smykałkę do pokazywania nam życia swoich bohaterów, a każdy jego film potrafił widza oczarować. Wystarczy wspomnieć, że Bulwar Zachodzącego Słońca to jeden z czterech filmów tego reżysera, które oceniłam na ocenę 9/10, więc rozumiecie, że dla mnie to po prostu geniusz. W przypadku tego filmu znowu mamy do czynienia ze światem związanym z Fabryką snów, który możemy oglądać od kuchni. Joe (William Holden) podczas ucieczki znajduje schronienie w domu przy Sunset Boulevard. Okazuje się, że jego mieszkanką jest dawna gwiazda kina niemego, Norma Desmond (Gloria Swanson). Kobieta prosi go o pomoc w napisaniu scenariusza. Czyli mamy znowu tematykę wielkich zmian w kinie, po wprowadzeniu dźwięku w filmach (poruszana była również w Deszczowej piosence, o której wspominałam w pierwszej części posta). Możemy obserwować co przeżywały gwiazdy dużego ekranu, kiedy okazało się, że nie są już wystarczające, kiedy wypierały je młode i urocze panny, które potrafiły grać również za pomocą głosu. Podobno do głównej roli brana była pod uwagę Pola Negri, ale jej polski akcent był zbyt słyszalny. Nie ma czego żałować, bo Gloria Swanson dała popis swoich zdolności. Chociaż można kwestionować czy to były umiejętności czy prawdziwe życie. W końcu aktorka sama przeżyła tę zmianę w kinie - niegdyś była gwiazdą kina niemego, a w Bulwarze Zachodzącego Słońca pojawiła się po dziewięcioletniej przerwie. I dała najbardziej pamiętny występ w karierze. A sam film, dla fanów kina jest pozycją obowiązkową.

 Zabić drozda (1962)

źródło
W przypadku Zabić drozda nikogo chyba nie zdziwię stwierdzeniem, że sięgnęłam po ekranizację po przeczytaniu pierwowzoru. Powieść Harper Lee podbiła szturmem serca czytelników na całym świecie i zachwyca nas po dziś dzień. Na szczęście ekranizacja nie odstaje od oryginału i fani książki powinni być w zupełności zadowoleni. To historia Atticusa (Gregory Peck), który postanawia być obrońcą sądowym skazanego czarnoskórego mężczyzny, co wywołuje niemałe poruszenie w niewielkiej miejscowości. Wszystko będziemy obserwować oczami dziewczynki, na którą wołają Smyk (Mary Badham). Film porusza tematy rasizmu i prześladowań Afroamerykanów. To, co najbardziej łapie mnie za serce to ten bunt Atticusa, taki cichy i spokojny, wśród krzyczących na niego przeciwników. W ogóle postać grana przez Gregorego Pecka jest jedną z moich ulubionych w literaturze i filmie. To taki ciepły, uczciwy człowiek, który potrafi przemawiać przed Wysokim Sądem, dyskutować z Afroamerykanami i tłumaczyć rzeczywistość kilkuletniej dziewczynce. Idealny przewodnik życia. A fabularnie film nadal jest bardzo aktualny. Będziemy mieć również do czynienia z wątkiem pobocznym, dotyczącym tajemniczego „Boo” Radleya. Przekonamy się jak działa małomiasteczkowa plotka, jak potrafi naznaczyć mieszkańca, niekoniecznie prawidłowo. Bardzo dobre role Gregorego Pecka i zdolnej Mary Badham, która jednak nie wybrała aktorstwa jako swojej drogi kariery. Nie wiem czy mamy czego żałować, ale postać Smyka zdecydowanie została oddana cudownie. Polecam, fanom książki i nie tylko!

Tramwaj zwany pożądaniem (1951)

źródło
Jeżeli mówimy o kinie lat 50tych to nie mogło zabraknąć tutaj jednego nazwiska - Tennessee Williams. To autor wielu sztuk teatralnych, z których kilka zostało przeniesionych na duży ekran. Miałam problem z wyborem tytułu do tego zestawienia, bo genialnymi ekranizacjami są również Kotka na gorącym, blaszanym dachu czy Słodki ptak młodości. Wybór padł jednak na najbardziej znaną sztukę autora i po prostu genialny film, czyli Tramwaj zwany pożądaniem. Fabułę rozpoczyna przyjazd Blanche DeBois (Vivien Leigh) do swojej siostry, Stelli (Kim Hunter). Nie potrafi znaleźć wspólnego języka ze swoim porywczym szwagrem, Stanley'em Kowalskim (Marlon Brando). A ich wymiany zdań naprawdę są legendarne. Przyznam, że fabułę filmu znałam przed seansem, bo udało mi się obejrzeć spektakl na podstawie tego dramatu w Teatrze Bagatela w Krakowie. W żaden sposób nie przeszkadzało mi to w rozkoszowaniu się filmem. Ogromna w tym zasługa świetnie dobranej obsady. Vivien Leigh jest przekonywująca w roli niestabilnej emocjonalnie Blanche, jej napady melancholii i szaleństwa absorbują uwagę widza. Zapewne w oddaniu postaci pomógł fakt, że podczas kręcenia filmu aktorka cierpiała na maniakalną depresję i może to mogliśmy oglądać na ekranie. Bardzo dobra jest również Kim w roli Stelli, o której zazwyczaj się zapomina. W tym przypadku charakter kobiety rozdartej pomiędzy mężem a siostrą został świetnie oddany. Niezapomniany również wydaje się Brando w roli zwierzęcego agresora. Ma w sobie taką masę charyzmy, że ciężko oderwać od niego wzrok, a jego zachowanie „złego chłopaka” potrafi elektryzować i nie możemy się dziwić, że kobiety są nim zainteresowane, nawet jeżeli nie traktuje ich z należnym szacunkiem. Film oparty jest po prostu na świetnym scenariuszu, w którym poznamy codzienne dramaty każdego z bohaterów i zobaczymy jak sobie z nimi radzą. Warto zobaczyć.

Narodziny gwiazdy (1954)

źródło
Mówiąc o wielkich nazwiskach starego kina Hollywood warto też wspomnieć George'a Cukor, czyli reżysera wielu świetnych filmów (m.in. My Fair Lady z Audrey Hepburn i Żebro Adama z Katherine Hepburn). W przypadku Narodzin gwiazdy pozwolił po raz kolejny zabłysnąć nazwisku Judy Garland, która powróciła na ekrany po czteroletniej przerwie. Ten film to musical, ale inny niż te, które polecałam w poprzedniej części tego posta. Tym razem to dramat skupiający się na postaci gwiazdora (znowu Hollywood od podszewki, sic!), który boryka się z problemami alkoholowymi. Pomaga w drodze na szczyt śpiewaczce Esther (Judy Garland). Niestety, wraz z rozwojem jej kariery, wzrasta również pociąg Normana (James Mason) do alkoholu. Narodziny gwiazdy to musical pełną gębą, więc musicie być przygotowani na sporą ilość piosenek. Na szczęście mamy do czynienia przede wszystkim z jazzem i piosenkami rodem z Broadway'u, więc te chłonęłam całą sobą. Wszyscy wiemy, że Judy Garland miała piękny głos, więc możecie się domyślić, że oglądanie filmu, w którym tak często możemy jej słuchać i podziwiać jej ruch sceniczny, to czysta przyjemność. Na dodatek aktorsko wypada bardzo dobrze, to rola, którą najbardziej cenię w jej dorobku (chociaż nie widziałam wciąż Wyroku w Norymberdze). Cukor naprawdę dobrze prowadził aktorki w swoich filmach, które zawsze były charakterystyczne i przyciągały uwagę widza. A sam film zawiera tak dobrą historię, że powstało już wiele jego wersji (m.in. jedna wcześniejsza z 1937 roku i jedna późniejsza z Barbarą Steisand), a w planach jest kolejny z Lady Gagą i Bradley'em Cooperem w rolach głównych. Temat wciąż aktualny, pokazanie świata ludzi sławy, karier poszczególnych artystów, które się rozwijają i tych, które upadają, żeby zrobić miejsce kolejnym. Chyba warto nadrobić przed najnowszą wersją filmu, która zaplanowana jest na 2018 rok.


Jeżeli tego będzie Wam mało to sięgnijcie jeszcze po te tytuły: Mroczne zwycięstwo, Bonnie i Clyde, Na wschód od Edenu, Garsoniera, Gilda, Casablanca, Co się zdarzyło Baby Jane, M jak morderstwo. 

Dajcie znać czy zamierzacie nadrabiać stare kino czy jednak wolicie zostać przy współczesnym! :)

piątek, 29 września 2017

Złota era Hollywood - od czego zacząć (cz. 1, filmy z serii: na uśmiech)

Wygodnie jest oglądać same filmowe nowości i na ich podstawie rozmawiać o kinie. Czasami jednak przychodzi nam ochota na zabranie się za coś innego, trochę starszego, ale nie wiemy od czego zacząć. Oczywiście ścieżek mamy mnóstwo, bo możemy nadrabiać kino nieme, filmy Kubricka, kino azjatyckie czy niezależne produkcje europejskie. Ja przybliżę Wam jeden z moich ulubionych rodzajów kina, czyli filmy ze złotej ery Hollywood.
To klasyka kina w najlepszym wydaniu, którą po prostu warto poznać. Ten typ filmów wyróżnia przede wszystkim poleganie na dobrym scenariuszu. Tutaj nie zobaczymy efektownych pościgów czy postaci stworzonych za pomocą techniki CGI. To kino zawsze kojarzyło mi się z wizytami w teatrze - widz ma przed sobą kilka postaci, główną intrygę i za pomocą dobrze rozpisanych dialogów oraz aktorstwa na wysokim poziomie może spędzić miło czas.
Postanowiłam podzielić wpis na dwie części - pierwsza będzie zawierać lżejsze pozycje, komedie, musicale, a w drugiej skupię się na trochę poważniejszym kinie. Zaczynajmy!


Deszczowa piosenka (1952)

źródło
Zacznijmy może od tego głośnego tytułu, obok którego nie da się przejść obojętnie. Każdy z nas kojarzy  tytułową piosenkę, a nawet całą sekwencję taneczną, którą wykonuje do niej Gene Kelly. Teraz, gdy tylko usłyszymy pierwsze takty od razu widzimy aktora bujającego się na latarni w strugach deszczu. Uwierzcie mi na słowo, że cały film dostarcza jeszcze wielu takich wspaniałych scen. To cudowna rozrywka, szczególnie dla fanów musicali, z genialną obsadą (oprócz Gene'a Kelly, występuje mama Carrie Fisher, młodziutka Debbie Reynolds i Donald O'Connor, który sprawdził się w roli idealnie). Fabuła skupia się na historycznym momencie pojawienia się kina mówionego (wspomina się słynnego Śpiewaka z jazzbandu, czyli pierwszego filmu dźwiękowego) i pokazuje jak z tym faktem radzą sobie twórcy - aktorzy, producenci, reżyserzy. To już ciekawy temat, a dokładając do tego wspaniałe utwory muzyczne (oprócz tytułowego, kojarzycie może Good Morning i Make'em Laugh), z godnym podziwu wykonaniem (stepowanie!) mamy zagwarantowaną rozrywkę, a jednocześnie wycieczkę w przeszłość kina, w towarzystwie samych dużych nazwisk, której szybko nie zapomnimy. 

Wielki wyścig (1965)

źródło
Tym razem coś z innej beczki i innej dekady. W przypadku Wielkiego wyścigu wystarczy rzut oka na zdjęcie powyżej - reżyser, Blake Edwards, rzuca tortem w Natalie Wood, grającą jedną z głównych ról. Już wiadomo czego się spodziewać po filmie. To jedna z najbardziej zabawnych, slapstickowych komedii, w której gagi polegają właśnie na prostych, znanych sztuczkach, jak obrzucanie się jedzeniem czy urządzanie przypadkowej bójki, z serii: uderzył jeden, a tamten oddał innemu, etc. Zazwyczaj wymagam więcej od komedii (szczególnie, że nawet tutaj zdarzały się momenty lekko przeciągnięte i nużące), ale w tym przypadku i tak bawiłam się przednio. Możliwe, że spora w tym zasługa genialnych aktorów: Tony'ego Curtisa i Jacka Lemmona, którzy grają dwie postacie, mające największe szanse w tytułowym wyścigu. Historia jest banalna - automobile starają się o pierwsze miejsce na mecie, a do przemierzenia mają trasę od Nowego Jorku do Paryża. Pojawia się też miejsce na pokazanie emancypowanej kobiety, w momencie kiedy na prowadzenie wychodzi Maggie, grana przez Natalie Wood. Dla mnie to zawsze będzie taka komedia niedzielna, którą można spokojnie obejrzeć całą rodziną i która każdego ma szansę rozbawić. 

Parada wielkanocna (1948)

źródło
Tytuł może nieco mniej znany, co może dziwić patrząc chociażby na słynne nazwiska w obsadzie. Film zresztą miał sporego pecha, jeżeli chodzi o aktorów. Na początku główną męską rolę miał zagrać Gene Kelly, jednak za sprawą nieszczęśliwego wypadku (złamanie nogi w kostce) nie mógł przez jakiś czas tańczyć, więc postanowiono go zastąpić. Freda Astaire'a ściągnięto z emerytury, proponując przejęcie angażu. Ann Miller również zastąpiła poprzedniczkę - Cyd Charisse, która nabawiła się fizycznej kontuzji. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło, a para Astaire-Garland sprawdziła się na ekranie. Fabularnie to często powtarzana współcześnie klisza. Don Hewes (Fred Astaire) rozstaje się z utalentowaną partnerką i zakłada się z przyjacielem, że nawet ze słabej, prowincjonalnej tancerki zrobi gwiazdę na miarę jego Nadine. Tak poznaje Hannah, którą gra pełna uroku Judy Garland. Film pełen jest zabawnych sytuacji, związanych z zakładem. Na dodatek mamy tutaj do czynienia z miłosnym kołem - Hannah zakochuje się w Donie, który kocha Nadine, która ma inny obiekt westchnień, itd. Trzeba też wspomnieć o wspaniałych, jazzowych utworach muzycznych, z których niektóre bawią do łez, jak ten, z którego pochodzi powyższe zdjęcie, Couple of Swells. W filmie pojawia się również scena parodiująca jeden z najwcześniejszych filmów Astaire'a. Mowa tutaj o słynnym tańcu do Cheek to Cheek z Top Hat, tutaj pokazujący nieokrzesanie postaci, granej przez Garland, próbującej połapać się w plątaninie piór. Film uroczo zabawny.

Filadelfijska opowieść (1940)

źródło
Ze świata musicali przenieśmy się do podwalin komedii romantycznej. Filadelfijska opowieść to nie jest jednak kolejna banalna historyjka, a wszystko za sprawą scenariusza, opartego na podstawie sztuki Philipa Barry'ego. To historia Tracy (Katherine Hepburn), która właśnie przygotowuje się do ślubu z lordem Kittredgem (John Howard). Niespodziewanie do jej domu przybywają żądni sensacji dziennikarze, a także jej były mąż, Dexter (Cary Grant), z którym nie rozstała się w najlepszych relacjach. Za scenariusz zgarnięto w 1940 roku Oscara, więc możecie być pewni, że ta historia jest naprawdę frapująca. Przede wszystkim bardzo dobrze rozpisane są w tym przypadku postaci, dzięki czemu aktorzy mają spore pole do popisu. Katherine gra kobietę zadziorną, nie bojącą się wyrażania swojego zdania, a jej relacja z byłym mężem pełna jest ironicznych komentarzy i obustronnej złośliwości. Ale jak wiadomo - kto się czubi, ten się lubi! To jeszcze nic, bo bynajmniej nie tylko główne role są warte uwagi. Cały drugi i trzeci plan również daje radę, na tyle że James Stewart, grający dziennikarza, za drugoplanową rolę otrzymał Oscara. Film jest przede wszystkim bardzo ciekawą, oryginalną komedią romantyczną, z inteligentnym humorem pełnym klasy. Samo zakończenie jest moim zdaniem zaskakujące, ale to chyba działa jedynie na plus. Każdy powinien to obejrzeć.

Rzymskie wakacje (1953)

źródło
Jeżeli jesteśmy w tematyce komedii romantycznych to nie może zabraknąć tutaj jakiegoś filmu z Audrey Hepburn (mimo zbieżności nazwisk, niespokrewnionej z Katherine). Wiele jest tytułów w jej filmografii wartych zobaczenia, na czele z cudownym Śniadaniem u Tiffany'ego i wszystkie są godne polecenia. Ja umieszczam tutaj Rzymskie wakacje, za które Audrey dostała swojego pierwszego, a zarazem ostatniego Oscara w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa. Grana przez nią postać, księżniczka Anna, ma dosyć życia pod ciągłym nadzorem służby. Podczas wycieczki po Europie, trafia w końcu do Rzymu, gdzie postanawia spędzić dzień incognito, jako normalna dziewczyna. Tam poznaje dziennikarza Joe (Gregory Peck), który decyduje się jej towarzyszyć. Jak widać temat bogatych panien, które udają ludzi z niższych sfer od lat ma się dobrze, bo takie filmy wciąż powstają i mają swoich wiernych fanów. Jest coś przyciągającego w tym podglądaniu zderzenia świata bogaczy z codziennością normalnego szarego człowieka. Zresztą, scenariusz napisał genialny Trumbo (chociaż Oscara w jego imieniu odebrał ktoś inny - jeżeli chcecie poznać historię tego zakazanego w Hollywood scenarzysty, obejrzyjcie film pod tytułem Trumbo), więc możecie wierzyć, że jest na wysokim poziomie. Na dodatek dochodzi czar płynący z ekranu dzięki parze Hepburn-Peck. Znana komediowa scena z wkładaniem ręki przez Greogry'ego do środka rzeźby została zaimprowizowana, zatem słodka reakcja Audrey jest całkowicie naturalna. Już ta scena pokazuje, że aktorka wprost urodziła się do ról w komediach romantycznych i trudno się w niej po seansie nie zakochać. 

Pół żartem, pół serio (1959)

źródło
Nie mogło oczywiście zabraknąć nazwiska Marilyn Monroe, a jak komedia z jej udziałem, to najlepszym wyborem musi być Pół żartem, pół serio. To jeden z tych filmów, które oglądałam już kilka razy i zawsze jak jest emitowany w telewizji to zawieszam na nim oko. Reżyserem jest dobrze znany Billy Wilder, który ma talent do tworzenia dzieł kompletnych, idealnie wyważonych. Historia jest dość prosta: mamy dwóch muzyków, saksofonistę Joe (Tony Curtis) i kontrabasistę Jerry'ego (Jack Lemmon), którzy po serii przykrych wypadków stają się ścigani przez mafiozów. Szukają więc najlepszego miejsca do ukrycia. Wybór pada na wędrującą na Florydę orkiestrę żeńską. Oczywiście, żeby pozostać incognito muszą skorzystać z przebrania. Jasnym wydaje się, że spora zasługa w odniesionym sukcesie filmu należy do tych dwóch męskich aktorów. Ich odzwierciedlanie kobiecych członków zespołu sprawdza się idealnie i bawi do łez. Jako wisienkę na torcie mamy jeszcze Marilyn Monroe, która akurat jest dość specyficzną aktorką i może nie każdemu przypaść do gustu. Ja nawet ten jej czar i słodycz kupuję. Chociaż podobno sama praca na planie z nią to była katorga oraz psychiczne przygotowanie się na masę dubli. Cóż, ważne, że efekt jest zadowalający. Przyjemny jest tutaj ten wątek romantyczny, szczególnie, że generuje nowe zabawne sytuacje - chociażby kiedy przebrany za kobietę Lemmon zmuszony jest podrywać mężczyznę. Naprawdę warto obejrzeć tę komedię, trudno powstrzymać śmiech!

Oczywiście filmów do polecenia jest jeszcze całe mnóstwo, jeżeli chcecie więcej to mała lista bonusowa:
- musicale: Dźwięki muzyki,  Spotkamy się w St. Louis, Panowie w cylindrach, Moja najmilsza, Nie jedzcie stokrotek, Podnieść kotwicę;
- komedie/komedie romantyczne: Książę i aktoreczka, Dziewczyna Piętaszek, Dziewczyna z Piątej Alei, Pokochajmy się, Zabawna buzia, Sabrina, Szarada, Mężczyźni wolą blondynki, My fair lady, Słodka Irma, Arszenik i stare koronki.


Lubicie tego typu kino? Może macie swoje ulubione tytuły?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka