Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2024

Podsumowanie festiwalu Nowe Horyzonty 2024

Wrocławski festiwal Nowe Horyzonty jest z roku na rok coraz bardziej oblegany. Już po dwóch minutach od otwarcia sprzedaży biletów, nie było miejsc na niektóre seanse. Organizatorzy festiwalu robią wszystko, żeby zachęcić widzów i ściągają do repertuaru wiele świetnie zapowiadających się tytułów. W zeszłym roku byłam w kinie na około piętnastu filmach, w tym na ponad dwudziestu. Do tego dochodzi edycja online, na której wpadają dodatkowe seanse. Opiszę krótko moje ulubione filmy festiwalu  wypatrujcie ich w kinach!


Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata

Radu Jude to nazwisko, które ekscytuje widownię festiwalu. Ja poznałam jego twórczość niedawno, przy okazji filmu Niefortunny numerek lub szalone porno. Bardzo mi się spodobał, mimo oglądania go na małym ekranie laptopa. Przy okazji Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata dziękowałam sobie, że wybrałam się na ten seans w trakcie festiwalu Nowe Horyzonty. Widownia stała się na chwilę jednością, wszyscy przenieśli się do samochodu głównej bohaterki i śledzili jej podróż ulicami Bukaresztu. Radu Jude prezentuje nam kino niemal dokumentalne. To dzień z życia młodej kobiety, która pracuje po 16 godzin dziennie, zbierając materiały do filmów na zlecenie dużej korporacji. Jej jedyną rozrywką jest nagrywanie wulgarnych tik toków o otaczającym świecie. Trudno we współczesnym kinie szukać tyle brutalnej prawdy, co u Jude. Chociaż opowiada o Rumunii, to równie dobrze akcję można przenieść do Polski. Reżyser rozlicza się z podziałem na bogatych i biednych, rysuje ciekawy obraz współczesnego feminizmu, pokazuje zakłamanie mediów, wyzysk pracowników. Wszystko to przedstawione z humorem, w sposób nieoczywisty i czasami wymagający. Zdecydowanie najlepszy seans festiwalu.

A Different Man

Temat wyglądu zewnętrznego kilkukrotnie się pojawił podczas tegorocznych Horyzontów. Chociaż w tej kwestii więcej szumu zrobiła szalona Substancja, mnie bardziej zaintrygował A Different Man. Sebastian Stan gra Edwarda, aktora ze zdeformowaną twarzą. Pewnego dnia po sąsiedzku wprowadza się kobieta, która pisze scenariusz do sztuki teatralnej. Oboje zaczynają spędzać ze sobą sporo czasu. W międzyczasie Edwardowi trafia się okazja nie do odrzucenia, w postaci eksperymentalnej kuracji. 

Największą siłą filmu jest to, że nie kroczy wytartą ścieżką, bo reżyser ciągle nas zaskakuje. Sebastian Stan daje popis aktorstwa, którego po nim się nie spodziewałam. Ukryty za charakteryzacją tworzy bohatera kompletnego, nawet kiedy film przechyla się w stronę absurdu, idealnie radzi sobie z utrzymaniem postaci. Towarzysząca mu Renate Reinsve jest cudownie odpychającą, narcystyczną bohaterką i świetnie się w tej roli odnalazła. Pierwszy plan uzupełnia Adam Pearson, którego postać emanuje pozytywną energią. Patrząc jak wszystko mu się udaje, nie dziwi to, że Edward pogrąża się w mroku. A Different Man pokazuje, że zmiana zewnętrzna nie pomoże, jeżeli w środku czujemy, że jesteśmy pokrzywdzeni i odrzuceni przez społeczeństwo. Część filmu, której miejsce akcji ma za kulisami sztuki teatralnej, zdecydowanie pomogła w tym, żeby A Different Man znalazł się wśród moich ulubieńców.


Emilia Perez

Film, na który czekałam odkąd usłyszałam pochwały z tegorocznego Cannes. Właściwie wystarczyła mi informacja, że to dość niekonwencjonalny musical. Polecam iść na niego bez czytania opisu fabuły. Uczucie zaskoczenia historią podczas oglądania jest jego największą siłą.

Emilia Perez jest musicalem bardzo oryginalnym, który wręcz wykorzystuje to, co się zazwyczaj temu gatunkowi zarzuca. To prztyczek w nos dla wszystkich, którzy nie rozumieją dlaczego bohaterowie nagle zaczynają śpiewać. W filmie Audiarda nawet poważna rozmowa z lekarzem przekształca się w piosenkę.

Emilia Perez to gangsterskie kino akcji, ale w wersji kobiecej. Nie dziwi zatem, że nagroda w Cannes dla najlepszej aktorki powędrowała do czterech aktorek z tego musicalu. Na to wyróżnienie zapracowały przede wszystkim Zoe Saldana i Karla Sofia Gascon, które tworzą ekscytujący duet. Moim zdaniem na tym samym poziomie nie jest Selena Gomez (chyba po prostu jej postać wypada sztucznie) i Adriana Paz (ta rola była mocno drugoplanowa).

Trzeba też pamiętać, że to gratka przede wszystkim dla fanów musicali. Na Waszym miejscu obniżyłabym trochę oczekiwania i nastawiła się na coś świeżego w tym gatunku. Ja aktualnie czekam aż pojawi się soundtrack, bo w Emilii Perez jest kilka świetnych utworów.


Crossing

Crossing to opowieść o emerytowanej gruzińskiej nauczycielce, która wyrusza na poszukiwanie siostrzenicy, transkobiety Tekli. Zabiera się z nią młody chłopak, który marzy o wyrwaniu się do dużego miasta. Ta dwójka zawiera umowę. On pomoże jej w poszukiwaniach, służąc językiem angielskim. Ona opłaci mu podróż do Turcji.

Reżyser z czułością podchodzi do tematu  pokazuje, że możemy żałować swoich decyzji, przy których tak bardzo lubimy się upierać. Poszukiwanie krewnej staje się świetnym celem dla podręcznikowego kina drogi. Dwójka różnych bohaterów, którzy są skazani na swoje towarzystwo to utarty schemat, ale w rękach Akina wypada bardzo realistycznie. Ich relacja to siła napędowa filmu, powoli poznajemy ich lęki i nadzieje, widzimy czego żałują i do czego dążą. W pewnym momencie pojawia się w filmie równoległa narracja, pokazująca życie osób trans w Turcji. Ta wypada równie interesująco, znowu dzięki świetnie zbudowanej głównej postaci.

Crossing to bardzo czułe, prawdziwe, poruszające kino drogi. Dostarczy wzruszenia, a jednocześnie będzie trzymać w napięciu. Z jakim skutkiem zakończy się to poszukiwanie  musicie dowiedzieć się sami.


Królowe dram

Chciałabym ustalić jedną rzecz  Królowe dram to nie jest film dla każdego. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to film dla garstki osób. Jednak ta garstka będzie zachwycona.

To na maksa kampowe kino. Reżysera, Alexisa Langlois, można określić Johnem Watersem pokolenia milenialsów.  Królowe dram to historia zwyciężczyni programu telewizyjnego, przyjmijmy, że odpowiednika Idola. Mia szybko staje się gwiazdą popu, a jej piosenki, sposób ubierania, nawet konkretne wydarzenia przypominają inną znaną piosenkarkę  Britney Spears. Historie dwóch gwiazd popu jednak się różnią. Zamiast Timberlake'a, jest Billie, liderka punkowego zespołu, w której zakochuje się Mia.

Cieszy oglądanie kina tak autorskiego z dużą ilością absurdu i zabawą schematami. Reżyser celowo wybiera bardzo intensywne podejście do tematu. Masa brokatu, różowych kolorów, słodkiego szczebiotania. Wszystko jest w filmie przesadzone. Pozostaje kwestia tego, czy się to kupi czy nie. Jeśli nie, to można nie wytrwać do końca seansu. Jednak w moim przypadku była to czysta frajda z oglądania. Piosenki po seansie nie chciały wyjsć z głowy, a jedną z nich nucę do dzisiaj. 


Klasyki

Na festiwalu zawsze można złapać świetne seanse klasyki kina. W tym roku szczególnie przypadł mi do gustu Playtime Tatiego. Trafił w mój humor i zachwycił pomysłowością, bo to film bez fabuły, pokazujący dzień z życia miasta. Miłość po południu udowodniła, ze Rohmer potrafił tworzyć powolne kino, oparte na dialogu, którego ciągle chce się więcej. To był świetny obserwator relacji damsko-męskich. Obejrzałam też jeden film z retrospektywy Ôshima, czyli Śmierć przez powieszenie. Ten seans przypominał oglądanie teatru absurdu, już sam punkt wyjścia jest niespodziewany  mężczyzna skazany na powieszenie przeżywa. Z retrospektywy Tannera obejrzałam Jonasz skończy 25 lat w 2000 roku i to był strzał w dziesiątkę. Świetnie sportretowane życie kilkorga bohaterów, którzy dążą do ideałów, porzucają ślepe podążanie za społeczeństwem. Z klasyków wpadła jeszcze Cheerleaderka  czysta przyjemność z oglądania!

Filmowe nowości

Zaskoczeniem okazały się Koty z Gokogu. Wspaniały dokument, w którym reżyser umiejętnie sportretował życie kotów w małej świątyni. Przy okazji przyglądał się mieszkańcom, nie oceniając, po prostu oddając im głos. Podobał mi się również The Outrun o problemie alkoholowym młodej kobiety. Saoirse Ronan dała popis aktorstwa, ten portret bohaterki z jej problemami i próbą walki wypadł wiarygodnie. Jest w tym filmie trochę dłużyzn i może ta narracja z offu zaczyna przeszkadzać, ale uważam, że to był bardzo dobry seans. Nowy film w Sang-soo Honga, Potrzeba podróży, to zabawne, zaskakujące kino. Świetna Huppert w roli trochę odklejonej, ale bardzo intrygującej „nauczycielki” francuskiego. Moje ulubione ciasto to film ciepły, rozczulający serducho, ale ma okrutną końcówkę, która rozwala na kawałeczki ten piękny obraz. Wrócicie do siebie to ciekawa wariacja na temat komedii romantycznej, w której bohaterowie postanawiają świętować to, że się rozstają. Armand to przede wszystkim pokaz umiejętności aktorskich Renate Reinsve. Na koniec chyba najgłośniejszy film festiwalu, Substancja. Podobała mi się, chociaż ja horrory staram się omijać. Świetna, odważna kolorystyka, bardzo popowy klimat. Scenariusz też popisowy, w odważny sposób pokazuje pogoń za młodością, jak również ciężkie przeżycie przy pogodzeniu się z utratą sławy. Dość często zamykałam oczy, jak na body horror przystało, ma ten film sporo obrzydliwych scen. Jednak bawiłam się nad wyraz dobrze.

Rozczarowały mnie: Minghun (pomysł na fabułę ciekawy, ale scenariusz nie daje rady) i I saw the TV glow (momentami piękne zdjęcia, fajny klimat nostalgii, ale zbyt wydumane te dialogi, jakoś mnie znudził). Natomiast żałuję, że nie zdecydowałam się na Kneecap, ale będę polować w kinie. 

Pozostaje czekanie na przyszłoroczną edycję!


niedziela, 13 października 2019

Nazwiska świata kina, które warto znać - Tim Burton

Taki ostatnio chodził mi pomysł po głowie, żeby przedstawić pokrótce sylwetki reżyserów, których znam, których cenię. Zaczniemy od głośnych nazwisk, ale finalnie mam nadzieję zagłębić się w twórczość trochę mniej popularnych postaci. Chętnie też przyjmę Wasze propozycje, chociaż pamiętajmy, że najpierw będę musiała nadrobić trochę filmografii danego reżysera.
Zaczynamy od mojego idola lat nastoletnich - Tima Burtona!

Początki 

Tim Burton (po prawej) podczas kręcenia krótkometrażówki „Frankenweenie”, źródło
Dzieciństwo Tima Burtona nie należało do kolorowych - problemy towarzyszące tamtemu okresowi wciąż pobrzmiewają w jego filmach. Sam powiedział, że jego młodzieńcze lata były nieszczęśliwe, a on czuł się wciąż dziwakiem, outsiderem, który zamykał się w pokoju i całe dnie szkicował albo oglądał stare kino (uwielbiał filmy z Vincetem Pricem). Fascynowały go filmy o potworach, jak Frankenstein czy Potwór z Czarnej Laguny. Zamiast strachu odczuwał podczas seansu empatię dla tych odmieńców, których społeczeństwo traktowało brutalnie dlatego, że byli inni.
W końcu wybrał studia na California Institute of the Arts, gdzie szkolił się pod kątem ilustratorskim/animacji. Jego pierwszym miejscem pracy było studio Dinsey'a. Jak zapewne się domyślacie mroczne dziwadła, które szkicował Burton nie do końca odpowiadały ówczesnym twórcom. Burton stworzył m.in. 200 ilustracji koncepcyjnych do filmu Czarny kocioł. Żadna jednak nie dostała się do końcowego dzieła.
jeden z rysunków do Czarnego kotła, źródło
Pod szyldem Disney'a udało się reżyserowi nakręcić swoje dwie krótkometrażówki: animowanego Vincenta i aktorską wersję Frankenweenie. Po ich premierze szefowie studia stwierdzili, że Burton jest dla nich o wiele zbyt mroczny i ich drogi się rozeszły.
Początek procesu twórczego dla kolejnych filmów opiera się na talencie artystycznym reżysera - tworzy ilustracje postaci, przedstawia pomysły na kostiumy i świat przedstawiony. Jednak sam nie pisze scenariuszy, zawsze współpracuje z innymi twórcami podczas wymyślania dialogów.
Z nazwiskiem reżysera od razu kojarzy się kilka innych osób świata kina. Przede wszystkim Danny Elfman, który napisał muzykę do większości filmów Burtona. Idealnie rozumie nietuzinkowość jego dzieł i potrafi podbić surrealistyczny klimat całości. Już od pierwszych scen, w których słyszymy muzykę Elfmana możemy spodziewać się, że film nie będzie trzymał się utartych schematów, będzie nieustannie zaskakiwał. Od strony aktorskiej są przede wszystkim dwa nazwiska: Johnny Depp i Helena Bonham-Carter. Jedne z najlepszych ról Deppa pochodzą właśnie z filmów Burtona, w których mógł puścić wodze fantazji i wyłączyć hamulce. Jego Edward Nożycoręki czy golibroda Sweeney Todd to zdecydowanie klasyka. Natomiast Helena ma w sobie niepowtarzalną charyzmę, trochę mroczną, zdecydowanie unikalną i idealnie współgrającą z klimatem filmów reżysera. Prywatnie Burton ma z Heleną dwójkę dzieci (ojcem chrzestnym jest Johnny Depp), ale nie są już parą.


Cechy charakterystyczne jego kina

Dwie pierwsze krótkometrażówki Burtona mówią wiele o cechach jego kina, które będą utrzymywać się przez kolejne lata jego kariery - mówię tutaj o oryginalnym stylu, sposobie opowiadania i budowania postaci. W jego filmach czuć przede wszystkim wpływ niemieckiego ekspresjonizmu: wszechobecne cienie, płaszczyzny deformujące rzeczywistość, pełne krzywizn i załamań perspektywy, a większość utrzymana w kolorystyce czerni, bieli i szarościach. Wystarczy spojrzeć na kilka plakatów Burtona, żeby zobaczyć te cechy - powykręcane gałęzie w Dużej rybie czy zakrzywione wzgórze, na którym stoi Jack Skeleton w Miasteczku Halloween.
Trzeba też zwrócić uwagę, że jego artystyczne oko jest widoczne w każdym kolejnym filmie. One zawsze są dopracowane scenograficznie - wystarczy wspomnieć dziwaczne zaświaty, przedstawione niczym w krzywym zwierciadle w Soku z żuka czy opuszczone zamczysko w Edwardzie Nożycorękim - wszystko jest wyjątkowe i oryginalne. Klimat stara się budować już od początku, kiedy pojawiają się napisy, gdzie zazwyczaj znajdujemy motyw odnoszący się do fabuły. Burton był jednym z pierwszych reżyserów, którzy przerabiali loga firmy tak, żeby pasowały do filmu.
Tim Burton i Johnny Depp podczas kręcenia Edwarda Nożycorękiego, źródło
Myśląc o cechach charakterystycznych jego kina trudno ominąć wątek outsidera, człowieka który nie potrafi odnaleźć się w społeczeństwie, często odstającego od reszty ekscentryka. Widać to w niemal każdym jego filmie: czy to Batman, chroniący swoją prywatność i odcinający się od głębokich znajomości, czy Ed Wood zakochany w kinie do tego stopnia, że nie widzi słabych stron swoich filmów, a przez to nie jest rozumiany w świecie Hollywood, nie wspominając o Edwardzie Nożycorękim czy Alicji z Krainy Czarów - każda z tych postaci jest przede wszystkim pewnego rodzaju wyrzutkiem społeczeństwa.
Wizualnie filmy Burtona kojarzą się od razu z gotykiem - białe twarze, podkrążone oczy, kościotrupy i ogólna makabra. Na szczęście za każdym razem znajdzie się tam również miejsce dla czarnego humoru, który sprawia, że nawet na cmentarzu czujemy się dobrze. Dodatkowo, Burton często łączy ten gotycki mrok z małą mieścinką na przedmieściach, jak w Frankenweenie czy Edwardzie Nożycorękim. Często w jego filmach pojawiają się również flashbacki - czyli przeplatanie przeszłości bohaterów z ich teraźniejszością. Przede wszystkim jest to widoczne w Dużej rybie, ale taki sam zabieg znajdziemy w Sweeney Toddzie czy w Batmanie.


Filmografia

Czy widziałam wszystkie filmy Burtona? Oczywiście, że nie, przede mną wciąż: Wielka przygoda Pee Wee Hermana, Jeździec bez głowy, Planteta małp i najnowszy Dumbo. Najbardziej lubię chyba animacje reżysera. Jego Gnijąca panna młoda zrobiła na mnie ogromne wrażenie, Frankenweenie i Vincent swoim klimatem od razu mnie kupiły. Uwielbiam to, że te animacje przeznaczone są raczej dla starszego widza, mają w sobie groteskowy klimat, przez to że postacie są dość karykaturalne (długie, patykowate nogi, wielkie podkrążone oczy). I wszystko wykonane w mało modnej technice poklatkowej. Jednym z moich ulubionych filmów jest też Miasteczko Halloween, którego Burton NIE wyreżyserował, chociaż wszyscy od razu z nim go utożsamiają. Nie stanął jednak za kamerą, bo był zbyt zajęty innymi tytułami w tamtym czasie, ale sporo postaci i ogólny klimat jest oczywiście jego pomysłem, sam także zaproponował producentom reżysera na swoje miejsce.
Tim Burton z mieszkańcami Miasteczka Halloween, źródło
Mam też ogromną słabość do filmów romantycznych Tima Burtona. Uwielbiam jego połączenie wątku miłosnego z gotycką otoczką - jego Edward Nożycoręki zdecydowanie należy do moich ulubieńców w tym względzie. Zakochałam się także w Sweeney Toddzie, szczególnie że znalazłam go na początku swojej fascynacji gatunkiem musicalu.
Oprócz tego mam jeszcze trzy tytuły, które naprawdę warto obejrzeć - Ed Wood, Sok z żuka i Duża ryba. Każdy ekscentryczny w innym względzie, ale godny polecenia. Ed Wood o miłości do kina klasy B, Duża ryba o pięknej relacji syn-ojciec w fantastycznej otoczce i Sok z żuka, drugi pełnometrażowy film w karierze Burtona, który przynosi masę frajdy i zawiera wszystkie specyficzne dla reżysera elementy.
Na swoim koncie ma również kiczowatą komedię Marsjanie atakują! (uwielbiałam ten film za dzieciaka), naprawdę dobre, mroczne, ale nieschematyczne wersje Batmana (do którego scenografia inspirowana była filmem Metropolis), ciekawą historię artystki, oszukanej przez męża, Wielkie oczy czy remake'i - Charlie i fabryka czekolady, Alicja w Krainie Czarów oraz Mroczne cienie.


Podsumowanie

Zapytajmy wprost: dla kogo jest kino Burtona? Przede wszystkim dla wszystkich tych, którzy kiedykolwiek czuli, że nie pasują do reszty. U reżysera możemy znaleźć pochwałę odmienności, a zarazem nauczymy się, że takie ekscentryczne osobliwości to postacie, które można łatwo polubić. Na dodatek fani horrorów, tanich filmów klasy B, kiczu na ekranie będą się tutaj czuli jak w domu. Szczególnie w filmach typu Sok z żuka czy dość tandetnym, aczkolwiek przynoszącym masę frajdy Marsjanie atakują!. Jeżeli ktoś chce zacząć od czegoś spokojnego - można obejrzeć Wielkie oczy albo Ed Wood, chociaż ten pierwszy jest chyba najmniej burtonowski z wszystkich filmów reżysera. Koniecznie trzeba też zobaczyć przynajmniej te dwie animacje: Gnijąca panna młoda i Miasteczko Halloween.
Na koniec warto wspomnieć o spadku formy reżysera. Mroczne cienie wypadły dość blado, tak samo jak Osobliwy dom pani Peregrine, natomiast Wielkie oczy były dobre, ale bez ducha starego Burtona. Dumbo po zwiastunach wyglądało jakoś mało w stylu reżysera. Może zapowiadana kontynuacja Soku z żuka wyciągnie Burtona z reżyserskiego dołka? Oby.



Co myślicie o kinie Tima Burtona? Jakie są Wasze ulubione filmy reżysera?

sobota, 20 lipca 2019

Dlaczego wciąż kręcimy czarno-białe filmy?

Noah Baumbach, odpowiedzialny za reżyserię tytułu Frances Ha, powiedział w jednym z wywiadów dla magazynu Variety: Większość filmowców, gdyby ich zapytać, chciałaby w pewnym momencie kariery stworzyć film czarno-biały. Co takiego pociąga reżyserów w tym monochromatycznym świecie, że postanawiają niemal cofnąć się w czasie i wyrzec udogodnień współczesnej techniki?
„Frances Ha”, reż. Noah Baumbach źródło
Zacznijmy od wytłumaczenia dość prostego, ale dającego niesamowity efekt. Tworząc film o tematyce starego kina używanie czarno-białych zdjęć potrafi zdziałać cuda. Najlepszym przykładem będzie tutaj wielki wygrany gali oscarowej 2012 roku - francuski Artysta, w reżyserii Michela Hazanaviciusa. To tytuł, w którym poznajemy gwiazdę filmów niemych, zmuszoną do pogodzenia się z nastaniem ery dźwięku w kinie. Prawdziwy ewenement: nie dość, że czarno-biały to jeszcze niemy. Reżyser przez długi czas próbował znaleźć studio chętne do wyprodukowania Artysty, jednak większość słysząc jego pomysł znacząco pukała się w głowę. Kiedy w końcu pojawił się w kinach zgarnął wszystko, łącznie z uwielbieniem fanów. Wygrał sympatię właśnie tym zestawieniem ciężkich czarno-białych zdjęć ze sporą dawką lekkości, pochodzącą z humorystycznego scenariusza i świetnego aktorstwa. To w ogóle jeden z moich ulubionych filmów.
Kolejnym przykładem takiego użycia monochromatycznych zdjęć jest Ed Wood. Film Tima Burtona o ekscentrycznym reżyserze, mianowanym jednym z najgorszych twórców kina wszech czasów (wtedy jeszcze nikt nie słyszał o Tommy'm Wiseau). Kolejny raz zdjęcia pozwalają nam przenieść się w czasie i zobaczyć proces składania filmu przez pryzmat minionych czasów. Na dodatek czerń i biel zdają się być idealnym punktem zaczepienia dla Tima Burtona. On rozumie te barwy i potrafi oddać ich klimat, przeplatając grozę Wampiry z lekkością przebierającego się w damskie ciuszki Eda.
„Artysta”, reż. Michel Hazanavicius źródło
Alexander Payne, dwukrotny zdobywca Oscara za scenariusz, ubolewał nad zaprzestaniem kręcenia filmów czarno-białych, tłumacząc, że ta forma odeszła z kina ze względów komercyjnych, a nie artystycznych. Dlatego uparł się, żeby jego następny tytuł, Nebraska, pozostał monochromatyczny. Producenci zdecydowali, że w takim razie obcinają mu budżet, ale Payne i tak zrobił po swojemu. I ponownie był to świetny pomysł. Tym razem czarno-białe zdjęcia pozwalają mocniej skupić się na przedstawionej historii bez zbędnych rozproszeń. Surowość obrazu potęguje surowość bohaterów Nebraski, a ta powieść drogi o starszym mężczyźnie przekonanym o wygranej na loterii staje się oryginalnym obrazem rodziny i problemów w komunikacji między jej członkami.
Dla zbudowania bardziej intymnego klimatu z czarno-białych zdjęć skorzystał także Marcin Bortkiewicz w Nocy Walpurgii. Ten film, w którym obserwujemy konfrontację dwóch bohaterów, dziennikarza i diwy operowej, zdecydowanie zyskał na kameralności, a niektóre zdjęcia przedstawiające Zajączkowską przywodzą na myśl zdjęcia starych gwiazd Hollywood.
„Nebraska”, reż. Alexander Payne źródło
Kiedy film zostaje pozbawiony kolorów nagle nabiera tajemniczości i staje się mniej rzeczywisty. To dlatego stare horrory nadal mają w sobie tę magię, bo patrząc na cień skradającego się potwora wciąż możemy dostać gęsiej skórki. Praca nad głębią i umiejętność operowania światłem dodają kolejnych atutów czarno-białemu kinu. Swego czasu popularny był współczesny horror O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu, chwalony właśnie za klimat spotęgowany wyborem kolorystyki (a raczej jej braku).
Poczucie oderwania od rzeczywistości jest też widoczne w Persepolis, filmie animowanym stworzonym na podstawie komiksu o tym samym tytule. Obserwujemy w nim przygody Marjane Satrapi, które przypadły na okres rewolucji islamskiej w Iranie. Z jednej strony fakt, że to animacja, a z drugiej decyzja pokazania wszystkiego w czarno-białej formie sprawiają, że absorbujemy wszystkie odrealnione momenty i przekładamy je na emocje, które odczuwała bohaterka.
Ciekawym przykładem jest również Pleasantville, w reżyserii Gary'ego Rossa. Tym razem monochromatyczne zdjęcia pozwalają pokazać świat istniejący w puszcze telewizora. W tym przypadku odczuwamy przenosiny bohaterów jako sen, coś kompletnie nierzeczywistego. Natomiast pojawienie się koloru ma znaczenie metaforyczne i tworzy z pomysłem fabularnym nierozerwalną całość.
„Pleasantville”, reż. Gary Ross źródło
Patrząc na ostatnie lata nie będzie również zaskoczeniem fakt, że czarno-białe zdjęcia potrafią zapierać dech w piersiach przez pokazywanie na ekranie prawdy w bardzo bezpośredni sposób. Przytoczmy na początek Idę, czyli film Pawła Pawlikowskiego, opowiadający historię tytułowej Idy, która przed złożeniem ślubów zakonnych spotyka swoją ciotkę. To film, traktujący o przeszłości naszego kraju, poruszający wiele kontrowersyjnych treści. Wywalczył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, a Łukasz Żal i Ryszard Lenczewski zdobyli nominację za najlepsze zdjęcia. A te są naprawdę niesamowite. Niedość, że mamy oryginalną kolorystykę, ale również format 4:3 sprawiły, że twórcy zdjęć znaleźli się na liście najlepszych.
Trzeba tutaj również wspomnieć zeszłoroczną Romę, która zachwyciła kinomanów na całym świecie. Ten film, który pojawił się na serwisie Netflix zdobył w zeszłym roku Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Ponownie czarno-białe zdjęcia wzmagają uczucie kameralności i pozwala widzom skupić się na prawdzie i emocjach bohaterów.
Z innej bajki - świetnym pomysłem było wprowadzenie monochromatycznych zdjęć do biograficznego filmu Martina Scorsese, Raging Bull, w którym poznajemy historię boksera LaMotty. Tym razem wspominana prawda objawia się przede wszystkim w postaci brutalności głównego bohatera - sceny z jego życia codziennego są przeplatane z surrealistycznymi ujęciami ze scen walk. To najpiękniejsze zdjęcia walk, jakie widziałam.
„Ida”, reż. Paweł Pawlikowski źródło
Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić to zaszufladkować filmy czarno-białe. Jest tak wiele powodów, dla których twórcy wciąż sięgają po tę technikę, że zbrodnią byłoby wsadzić je do jednego worka. Mnie oglądanie filmów monochromatycznych nigdy nie przeszkadzało, bo często wracam do starszych produkcji. Jest jednak wiele osób, które dziwnym sposobem czują się odstręczone tą formą zdjęć. Kompletnie niepotrzebnie. Tak wiele różnych gatunków możemy znaleźć wśród czarno-białego współczesnego kina. Woody Allen nakręcił w taki sposób aż sześć tytułów, a każdy ogląda się z niegasnącą fascynacją. Na świeżo jestem po wspaniałym Manhattanie, którego scenariusz po prostu powala. Wspomniany na początku Baumbach stworzył Frances Ha, opowieść o ekscentrycznej bohaterce, która poszukuje własnej drogi. Nakręcenie całości w czerni i bieli, przywołuje na myśl nurt nowej fali francuskiej. Rodriguez stworzył adaptację komiksu, przenosząc jego mroczny klimat na ekran w Sin City, Jarmusch bawił się formą i treścią w jednym z moich filmowych ulubieńców, Kawie i Papierosach, Clooney przeniósł nas w czasie i pokazał kulisy dziennikarstwa w Good Night and Good Luck. Niemal każdy znany reżyser bawił się z monochromatycznym obrazem. Oprócz wyżej wspomnianych: Aronofsky miał swoje Pi, Coppola - Tetro, Besson - Angel-A, Nolan - Śledząc, bracia Coen - Człowieka, którego nie było, Lynch - Człowieka słonia.
Jako ciekawostkę dodam, że początkowo George Miller chciał nakręcić Mad Max: Na drodze gniewu w czerni i bieli. Oprócz problemów czysto fabularnych (bohaterowie często wspominają o „zielonym miejscu”, które nie byłoby widoczne w tym wypadku), wiadomo było, że blockbuster nie poradziłby sobie tak dobrze w box office gdyby nie był w kolorze. Przyznaję, moim zdaniem kolorowe zdjęcia do niego są wspaniałe i miałam wątpliwości co do pierwotnego wyboru reżysera. Jednak kiedy zobaczyłam niektóre ujęcia (podróż przez pustynię), zrozumiałam dlaczego Miller wciąż uważa, że ta czarno-biała wersja jest lepsza od kolorowej.
„Kawa i papierosy”, reż. Jim Jarmusch źródło
Co myślicie o tych tytułach? A może omijacie czarno-białe filmy?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka