Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kształt wody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kształt wody. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lutego 2019

O miłości inaczej, czyli nietypowe filmy romantyczne

Jedno trzeba przyznać - walentynki to zawsze świetny pretekst do napisania trochę innego tekstu.
Lata mijają, a my nadal lubimy oglądać filmy o zakochanych. Nie każdego jednak zadowolą typowe romanse, historie wielkiej miłości, skrojone pod konkretny rodzaj widza. Na szczęście twórcy wychodzą naprzeciw oczekiwaniom i starają się kręcić coraz więcej takich niekonwencjonalnych filmów romantycznych.
Jeżeli zastanawiacie się dlaczego na tej liście nie znajdziecie niektórych tytułów to rzućcie okiem również na starszy wpis -> LINK. Tam pisałam m.in. o Only lovers left alive czy Before sunrise, więc nie będę ich powtarzać w tym poście.
Przed Wami moja subiektywna lista niekonwencjonalnych filmów miłosnych. Liczę, że podzielicie się wrażeniami i innymi tytułami, które mogłyby się na niej znaleźć!
Swoją drogą pisanie polskich tytułów czasami bolało, więc zostawiam też oryginalne, żebyście mieli porównanie.

The Shape of Water (2017), reż. Guillermo del Toro

Zeszłoroczny triumfator oscarowej gali to idealny przykład kina, które opowiada niby o miłości, ale pod górną warstwą fabularną kryje dużo więcej. Z pozoru prosta historia - Elisa Esposito to niemowa, na codzień pracująca w tajemniczym laboratorium. Pewnego dnia spotyka jeden z eksperymentów, a po kilku schadzkach i tuzinach zjedzonych jajek na twardo, między tą dwójką rodzi się specjalna więź. W tym przypadku jednak widzimy miłość niczym w przepięknej baśni, z pozoru nierealną, ale tak naprawdę wiążącą dwie osoby między którymi pojawia się nić porozumienia, które są wykluczone ze społeczeństwa, a w swojej odmienności odczuwają to samo odrzucenie. Wspaniale jest oglądać radość jaką czerpią z tego, że w końcu czują, że nie są sami, że jest ktoś z kim mogą dzielić swoje smutki i niepewności. Oczywiście zasługi należą się tutaj przede wszystkim Sally Hawkins, która całą tę relację dźwiga na swoich barkach, a robi to z taką gracją i delikatnością, że trudno nie kibicować tej oryginalnej historii miłosnej.

Lars and the Real Girl (2007), reż. Craig Gillespie

Ach, ten Ryan Gosling. Ucieleśnienie marzeń milionów kobiet na świecie, mężczyzna-ideał, do którego wzdychają nasze matki, siostry i córki. W niejednym filmie o miłości zagrał i to, co trzeba mu przyznać to, że w rolę amanta wpasowuje się wspaniale. Chyba nie muszę przypominać jego kreacji w La La Land czy ciekawym Blue Valentine (który znajduje się na mojej poprzedniej liście). Jednak na tę listę trafia Lars and the Real Girl. Tytułowy Lars jest mężczyzną borykającym się z problemami natury psychologicznej. Wycofany z życia towarzyskiego, ale zarazem wspaniałomyślny i uczynny dla ludzi z miasteczka. Pewnego dnia przedstawia swojemu bratu i jego żonie partnerkę, która jest plastikową lalką. Jak się zapewne domyślacie tutaj również kryje się pewien komentarz, pod pozorem „miłości” Larsa. Przede wszystkim wspaniale ogląda się mieszkańców, którzy znają chłopaka i często otrzymywali od niego pomoc. Nagle okazuje się, że ludzie mogą być tolerancyjni, wyrozumiali i wcale nie muszą pluć nienawiścią i wyśmiewać czyjejś choroby. Idealny przypadek pomocy dla chłopaka w ciężkiej sytuacji psychologicznej? Przekonajcie się sami.

Her (2013), reż. Spike Jones

Tym razem przenosimy się do przyszłości. Theodore to człowiek, któremu doskwiera samotność, właśnie skończył się jego związek małżeński. W pracy zajmuje się pisaniem listów (ta sztuka nadal istnieje i ma się dobrze w przyszłości!). Poznajemy go w momencie kiedy postanawia zainstalować nowy system operacyjny ze sztuczną inteligencją. Tak oto zaczyna się historia miłosna między nim a Samanthą, jego SO. Wiele rzeczy mogło pójść tutaj nie tak, ale Spike Jones znajduje idealny balans, pokazuje swoją historię bez zbędnego komentarza i konkretnego nacechowania całości. To czy przerazi nas, w którą stronę zmierza świat czy raczej napełni nadzieją zależy od nas samych. W dużej mierze zasługa tutaj należy się kreowaniu relacji - w pewnym momencie mamy wrażenie, że Samantha to prawdziwa osoba, a uczucie między nią a Theodorem kwitnie identycznie jak pomiędzy dwójką ludzi. W pewnych kwestiach jest ten związek zdecydowanie łatwiejszy, a jednocześnie mamy odczucie, że czegoś ważnego tam brakuje. Melancholijny klimat podbija ścieżka dźwiękowa, ciekawe zdjęcia i aksamitny głos Scarlett Johanson. To film nieoczywisty, świetnie napisany i genialnie zagrany, szczególnie przez pierwszoplanowego Joaquina Phoenixa, chociaż drugi plan nie zostaje w tyle.

Moonrise Kingdom (2012), reż. Wes Anderson


Jeżeli myślimy o nietypowych filmach to nazwisko Wesa Andersona samo ciśnie się na usta. A jeśli o miłość chodzi to musiał pojawić się tutaj tytuł Moorise kingdom. Historia, którą słyszeliśmy nieraz - chłopak poznaje dziewczynę i momentalnie rodzi się między nimi wielka miłość. Tylko że różnica jest taka, że u Wesa główni bohaterowie to po prostu dzieciaki. Film reżysera to oczywiście uczta pod względem technicznym - typowe dla niego ujęcia kamery, odpowiednia kolorystyka, idealnie dobrana muzyka. Scenariusz ponownie lekko ironiczny i niezmiennie bawiący uroczym typem humoru. A miłość? Taka która ewoluuje, zmienia się, pogłębia i jest jak najbardziej na serio. Dla reżysera nie jest ważny wiek bohaterów, on pozwala nam uwierzyć, że to jest prawdziwe uczucie i nie powinniśmy traktować go z góry. Sam i Suzy są tak sobie oddani, że nie zwracają uwagi na pościg, w który zaangażowali się harcerze, rodzice, opieka społeczna, a nawet policja. Ich celem jest wspólne życie, koniec i kropka. W tym przypadku wyobraźnia reżysera nie zawodzi, tak samo jak świetny scenariusz i aktorstwo. Jak szukacie czegoś uroczego, a zarazem nietypowego, to tytuł dla Was.

Lobster (2015), reż. Yorgos Lanthimos

W świecie kina trąbi się o najnowszym tytule tego greckiego reżysera, Faworycie (która jest cudowna, ale o tym kiedy indziej), a ja przypomnę trochę starszą produkcję. Z Lanthimosem poznałam się dość wcześnie, bo polecony został mi Kieł, film który wyświetlały tylko kina niezależne. Ten obraz naprawdę robi wrażenie. Nic więc dziwnego, że od tamtej pory śledzę poczynania reżysera. Na tę listę musiał trafić Lobster, obraz przyszłości (może alternatywnej rzeczywistości), w którym każdy człowiek musi posiadać drugą połówkę. Jeżeli jesteś samotny to trafiasz do Hotelu, gdzie masz czterdzieści pięć dni na znalezienie partnera. Co jeżeli się nie uda? Zostajesz zamieniony w wybrane przez siebie wcześniej zwierze. Po tym streszczeniu chyba nie muszę tłumaczyć Wam dlaczego ten film należy do nietypowych tytułów miłosnych. Lanthimos pod przykrywką całej masy osobliwych wydarzeń i postaci kryje ciekawe rozważania na temat współczesnego spojrzenia na miłość, na związki, samotność, na poszukiwania drugiej połówki. Wszystko to okraszone osobliwym, czarnym humorem i masą abstrakcyjnych, zaskakujących sytuacji. Dajcie się wciągnąć.

Edward Scissorhands (1990), reż. Tim Burton

Jak widzicie nietypowych filmów o miłości nie brakuje, szczególnie w ostatnich kilkudziesięciu latach. Jednak zaglądając troszeczkę dalej w przeszłość też kilka tytułów by się znalazło. Mój wybór padł na Edwarda Nożycorękiego. Prawdę powiedziawszy widziałam go całe lata temu, ale pamiętam jedno - zrobił na mnie spore wrażenie. To był jeszcze ten czas kiedy Johnny Depp potrafił zachwycić, a gdy sparował się z Timem Burtonem to mogliśmy być pewni dwóch rzeczy: będzie dziwacznie i intrygująco. Edward jest chłopakiem, który zamiast rąk ma nożyce. Poznajemy go w chwili kiedy opuszcza swoje mroczne zamczysko i zamieszkuje w osobliwym miasteczku. Tam poznaje Kim. Historia ich miłości jest naprawdę piękna i warta poznania. A oprócz tego ponownie dowiemy się więcej na temat samotności, poczucia wyobcowania, niedopasowania do społeczeństwa. Wszystko w klimacie jak najbardziej burtonowskim, za którym teraz możemy już tęsknić. Depp w tej roli radzi sobie świetnie, tak samo jak partnerująca mu Winona Ryder, a całości dopełnia nostalgiczna muzyka Danny'ego Elfmana. Chyba wszyscy pamiętamy tę scenę, w której Kim tańczy w śniegu do piosenki Ice Dance? Jeśli nie, to może warto sobie ją przypomnieć.

WALL-E (2008), reż. Andrew Stanton

Nie byłabym sobą, gdybym na takiej liście nie umieściła jakiejś animacji. Miłości w bajkach nie trzeba długo szukać, bo to temat przewodni niemal każdej ze sztandarowych produkcji. Nie trzeba jednak szukać daleko, żeby znaleźć też nietypowe uczucie - WALL-E to zdecydowanie pierwsze co przychodzi na myśl. Pixar wziął na siebie ciężkie zadanie, ale udźwignął je z lekkością, rodząc w widzach całą masę ciepłych uczuć. Ponownie akcja ma miejsce w przyszłości, ale tym razem Ziemia jest już wyludniona, a społeczeństwo zamieszkuje ogromne statki kosmiczne. Na naszej planecie została tylko ogromna sterta śmieci i tytułowy Wall-E, czyli robot, który sprząta. Jego świat wywraca się do góry nogami kiedy z nieba spada EVE, nowoczesny robot, który ma za zadanie odszukać oznak życia. Niesamowity jest kunszt twórców tej animacji. Otóż, roboty nie mówią ludzkim głosem, przez większość filmu jesteśmy świadkami kina niemego. Mimo to, jest to jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie widziałam. Roboty potrafiły wzbudzić we mnie więcej empatii, niż niektórzy ludzie w komediach romantycznych. Całość jest dodatkowo przepiękna wizualnie i po prostu fascynująca. Musicie to zobaczyć.

Laurence Anyways (2012), reż. Xavier Dolan

W twórczości młodziutkiego francuskiego artysty, Xaviera Dolana, zakochałam się od pierwszego wejrzenia, od chwili kiedy zobaczyłam Wyśnione miłości. Przez chwilę myślałam nawet o umieszczeniu tego tytułu na liście. Jednak jeżeli mam wybierać ten z najciekawszym komentarzem o miłości to musiałam postawić na Laurence Anyways. Tytułowy Laurence jest nauczycielem literatury, ma kochającą dziewczynę, która od pierwszej sceny wygląda na jego bratnią duszę, a jego życie wydaje się poukładne. W swoje trzydzieste urodziny oświadcza swojej partnerce, że chce zostać kobietą. Co jest jednak najbardziej fascynującego w tej przemianie mężczyzny? A to, że Fred, jego dziewczyna, postanawia zostać przy nim i wspierać go podczas tego procesu. Niesamowite jest oglądać tę miłość, która stara się zrozumieć drugą stronę, jest empatyczna, ale zarazem pełna skrajnych emocji i nieustannie elektryzująca. Dodajmy do tego ciekawe podejście Dolana, jego zamiłowanie do teledyskowych ujęć i mamy film, który warto zobaczyć.


Zgadzacie się z moimi wyborami? Co dodalibyście do tej listy?

niedziela, 4 marca 2018

Komu dałabym Oscara? (edycja 2018)

Przypominam sobie zeszły rok i czuję jak puchnę z dumy. Tym razem moja liczba obejrzanych filmów nominowanych do Oscarów jest naprawdę zadowalająca. Do kina wybierałam się często i mogę Wam powiedzieć jedno - było warto! Ten rok jest moim zdaniem o wiele lepszy od zeszłego i jeszcze poprzedniego. Ba! Nie pamiętam kiedy ostatnio były tak dobre, różnorodne produkcje wśród nominowanych. Dlatego z czystą przyjemnością przedstawiam Wam moje przemyślenia na temat tegorocznego rozdania nagród.


Najlepszy film

Kojarzycie te filmy, które kręcone są niemal specjalnie pod Oscary? Dramaty, często historyczne, przepełnione patosem, schematami i bohaterami walczącymi o wyższy cel, często związane z tematem władzy w państwie, a najlepiej to biograficzne, za które aktor niemal z automatu dostaje Oscara za rolę? Otóż, w tym roku pojawiły się tylko dwa tego typu tytuły. Jeden to Czas mroku (5/10), moim zdaniem kompletny niewypał. Scenariusz po prostu schematyczny i nudny, czasami skręcający na takie tory, które były nieprawdopodobnie żenujące (jak scena w metrze). Tak, Gary Oldman jest w nim nie do poznania i wspaniale odzwierciedla postać Churchilla, a charakteryzacja robi spore wrażenie. To wciąż jednak film, który powinien ustąpić miejsca chociażby takiej perełce jak Florida Project. Drugi to Czwarta władza (7/10), czyli film po prostu do bólu poprawny. Przyznam, że oglądałam go z większym zaciekawieniem niż Czas mroku, Streep i Hanks stanowią dobrą parę na ekranie, a całość chce nam powiedzieć coś ważnego, ale finalnie to jakoś nie wybrzmiewa i otrzymujemy kolejny film, jakich mnóstwo. Natomiast filmem, który mógłby również być wrzucony do tego worka, ze względu na historyczno-wojenną tematykę, ale wybija się na ich tle oryginalnością jest Dunkierka (8/10). Seans wspominam jako mocno niepokojący, a Nolan wykonał świetną robotę, pokazując nam znane wydarzenia z ciekawej perspektywy. Czymś całkiem odmiennym jest na pewno horror Uciekaj! (7/10). Gatunek przeze mnie znienawidzony, w tym przypadku okazał się powiewem świeżości i intrygującego podejścia do tematu rasizmu. Może nie zupełnie moje kino, ale cieszy jego obecność wśród nominowanych. Później mamy przepiękny wizualnie Kształt wody (8/10). Baśniowy klimat, tematyka odmienności i tolerancji, genialna Sally Hawkins, cudowna muzyka, klasyki kina Hollywood pobrzmiewające w tle - to naprawdę film, który robi wrażenie i zostaje z nami na dłużej. Pewna schematyczność przeszkodziła mi w zakochaniu się w nim jak niegdyś w Labiryncie fauna tego reżysera, ale to na pewno świetne, oryginalne kino. Jest możliwość, że to Kształt wody zgarnie tegoroczną statuetkę i nie miałabym wobec tego obiekcji, ale preferowałabym inne tytuły. Na przykład subtelne, pełne emocji Tamte dni, tamte noce (9/10). Cudowne stadium pożądania, pięknie opowiedziana historia o pierwszej miłości, gdzie wszystko się zgadza - aktorstwo, scenariusz, muzyka, zdjęcia. Ostatnia wizyta w kinie przyniosła znowu pełną satysfakcję, tym razem za sprawą cudownego Lady Bird (9/10). Film o wchodzeniu w dorosłość, przedstawiający prawdziwie więzy rodzinne (piękna relacja matki z córką). Historia działająca szczególnie mocno, jeżeli samemu przeżyło się takie wyrwanie z gniazdka rodzinnego i teraz patrzy się wstecz z rozrzewnieniem i nutką tęsknoty. Na dodatek idealnie wyważony bilans komedii i dramatu, zagrany bez zarzutu. Spore szanse na statuetkę ma oczywiście fantastyczny Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (9/10). Genialny scenariusz, zagrany w punkt, wciągający i trzymający w napięciu od początku do końca, łamiący schematy tego typu kina i zadowalający niemal każdego widza. Teraz, może trochę zaskakująco, ale mój tegoroczny faworyt, czyli Nić widmo (10/10). Kino P. T. Andersona uwielbiam nie od dziś, ale oglądanie tego filmu w kinie okazało się niesamowitym doświadczeniem. Całość niektórym wydaje się nudna, dla mnie jest jakoś chorobliwie fascynująca, relacje między postaciami sprawiają, że gdzieś w środku czujesz ciągły niepokój i pragniesz więcej. Scena kłótni po „kolacji-niespodziance” to filmowy majstersztyk, dawno nic nie wzbudziło we mnie takich emocji. Oczywiście, szans na statuetkę Nić widmo raczej nie ma, nie przeszkadza to mi w kochaniu tej produkcji całym serduchem.
Miało być krótko. Aha.

Oscar dla najlepszego filmu najpewniej powędruje do Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, ewentualnie do filmu Kształt wody.
źródło

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

To kategoria, w której raczej nie mamy co się spodziewać fajerwerków, a szkoda. Statuetka powędruje najpewniej do Gary'ego Oldmana, który wiele razy pokazał, że na nią zasłużył, ale niekoniecznie właśnie za rolę Churchilla. Nie przepadam za tym aktorstwem, które chowa się za masą charakteryzacji. Oldman szarżował i nie wstrzymywał się przed niczym - podźwignął słaby film wyżej, ale wciąż nie jestem przekonana co do jego wygranej. W tym roku najbardziej zasłużył na wyróżnienie David Day-Lewis, który dał nieprawdopodobny pokaz umiejętności w Nici widmo. Trzymajmy kciuki, żeby zapewnienia, że to jego ostatnia rola się nie sprawdziły. Cieszyłaby również statuetka dla Timothee'ego Chalameta, który w Tamte dni, tamte noce miał bardzo trudne zadanie, z którego wybrnął obronną ręką, zadziwiając charyzmą. Daniel Kaluuya poradził sobie z rolą w Uciekaj! bardzo dobrze, jednak mnie nie zachwycił. Z nominowanych nie widziałam Denzela Washingtona.

Oscar dla najlepszego aktora pierwszoplanowego najpewniej powędruje do Gary'ego Oldmana za rolę Winstona Churchilla w Czasie mroku.
źródło

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Mamy rok naprawdę wspaniałych kobiecych ról w kinie. Nie udało mi się nadrobić I, Tonya, więc na temat Margot Robbie się nie wypowiem (chociaż słyszałam mnóstwo superlatyw). Oscar znajdzie się zapewne na półce Frances McDormand, która w Trzech billboardach za Ebbing, Missouri zagrała niesamowicie. Moim zdaniem będzie to nagroda jak najbardziej zasłużona. Chociaż trochę szkoda Sally Hawkins, która niemą rolą w Kształcie wody potrafiła przekazać taką masę emocji. To w sporej mierze jej zasługa, że film zdobył tak dobre recenzje. Świetna również okazała się Saoirse Ronan, która z roku na rok pokazuje, że nie chce iść po najłatwiejszej linii oporu i wybiera role, które wymagają od niej ciągłych zmian. W Lady Bird jest po prostu prawdziwa i obdarza swoją postać całą masą uroku osobistego. Meryl Streep bardzo dobrze, jak to Streep, ale bez fajerwerków.

Oscar dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej najpewniej powędruje do Frances McDormand za rolę Mildred Hayes w Trzy billboardy za Ebbing, Missouri.

źródło

Najlepszy reżyser

Każdy z nominowanych w tej kategorii pokazał, że ma coś do powiedzenia i trzyma się swojego poczucia estetyki. Bardzo cieszy obecność Grety Gerwig, która po latach pisania i współpracy scenopisarskiej z Noah Baumbachem (który początkowo miał wyreżyserować Lady Bird, ale kobieta zdecydowała, że sama się tego podejmie), bierze sprawy w swoje ręce. Już po wcześniejszych scenariuszach, mogliśmy się spodziewać, w którą stronę będzie zmierzała reżysersko, a jeżeli będzie to robić tak precyzyjnie jak przy Lady Bird, to pozostaje nam czekać na kolejne jej tytuły. Nolan nie przestaje nas zadziwiać, wciąż eksplorując nowe gatunki i zostawiając na nich swój ślad. Dunkierka to kawał dobrego, oryginalnego kina wojennego, trzymający w napięciu do ostatnich chwil. Paul Thomas Anderson, czyli perfekcjonista w każdym calu. Podobno w szkole filmowej spędził dwa dni, po których stwierdził, że o wiele więcej się nauczy działając. To jeden z moich ulubionych reżyserów, którego filmy za każdym razem mnie fascynują. Jordan Peele swoim debiutem reżyserskim wkroczył z rozmachem w świat kina (wczoraj zebrał nagrody Independent Spirit za film i reżyserię). Będzie trzeba śledzić jego karierę. Oscar najpewniej powędruje do Guillermo del Toro i dobrze. To reżyser, który już nam pokazał jaki rodzaj kina go interesuje i konsekwentnie podąża wybraną przez siebie ścieżką (czasem z większym, czasem z mniejszym sukcesem).

Oscar dla najlepszego reżysera najpewniej powędruje do Guillermo del Toro za film Kształt wody.
źródło

Najlepszy aktor drugoplanowy

Znowu bardzo mocna kategoria w tym roku. Richard Jenkins daje świetny występ w Kształcie wody, to złożony charakter, który scena po scenie odrywa przed nami kolejną warstwę swojej postaci. Bardzo dobry jest też Christopher Plummer, który wskoczył na miejsce Kevina Spacey (który po aferze, został zwolniony przez reżysera, Ridleya Scotta) w filmie Wszystkie pieniądze świata, gdzie pokazuje się jako człowiek pozbawiony skrupułów i skupiający się tylko na zysku. I Woody Harrelson, i Sam Rockwell są genialni w Trzech billboardach za Ebbing, Missouri. To w ogóle scenariusz, który dał możliwość popisu wielu aktorom. Co do statuetki, pewnie powędruje do Rockwella, miał trochę większą rolę i więcej różnorodnych emocji do zagrania. A moje zdanie? Oczywiście, Oscara podarowałabym panu Willemowi Dafoe. To, co on robi w The Florida Project to po prostu jakaś magia. Pokazuje jak za sprawą niewielkich środków, można oddać całą masę ukrytego przekazu.

Oscar dla najlepszego aktora drugoplanowego najpewniej powędruje do Sama Rockwella za rolę Jasona Dixona w Trzech billboardach za Ebbing, Missouri.

źródło

Najlepsza aktorka drugoplanowa

W przypadku tej kategorii mam trochę problem. Otóż, Oscara zapewne zgarnie Allison Janney, a ja I, Tonya akurat nie widziałam. Chociaż wiem, że aktorką jest świetną i wierzę, że poradziła sobie tak dobrze, jak wszyscy mówią. Octavia Spencer wnosi dawkę energii i humoru do Kształtu wody, ale to wciąż za mało na statuetkę. Lesley Manville jest genialna, w ogóle w Nici widmo był idealny casting. To taka rola, która pod płaszczem zimna i surowości, skrywa kotłujące się gdzieś emocje. Mary J. Blige była bardzo dobra w Mudbound, ale to raczej film, który nikomu nie dał specjalnie zabłysnąć - cała obsada dała równie dobre występy, a dzięki temu ten tytuł okazał się taki wspaniały. Z tych, które widziałam największe wrażenie zrobiła Laurie Metcalf w Lady Bird i to ją najchętniej widziałabym z Oscarem.

Oscar dla najlepszej aktorki drugoplanowej najpewniej powędruje do Allison Janney za rolę LaVony Golden w Jestem najlepsza. Ja, Tonya.

źródło

Najlepszy scenariusz oryginalny

Jak to miło było zobaczyć tutaj The Big Sick, czyli wspaniale napisaną komedię romantyczną! Na wygraną raczej nie ma co liczyć, ale już nominacja to duży zaszczyt. Jeżeli chodzi o resztę nominowanych, to moim zdaniem każdy zasłużył na to miejsce, ale zwycięzca może być jeden i moim zdaniem powinien to być scenariusz do Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. A to dlatego, że to historia dała temu tytułowi kopa, możliwości na pokazanie talentów aktorskich i wciągnęła tak wiele osób.

Oscar dla najlepszego scenariusza oryginalnego najpewniej powędruje do Trzy billboardy za Ebbing, Missouri.

Najlepszy scenariusz adaptowany

Tutaj nie widziałam dwóch filmów (The Disaster Artist i Gra o wszystko). Pozytywnie zaskakuje nominacja dla Logana, który był taką miłą odskocznią od masy typowych filmów superbohaterskich. Jednak statuetka powinna powędrować do Tamte dni, tamte noce. Szczególnie, że książkę udało mi się przeczytać i chociaż bardzo mi się podobała, to film moim zdaniem wyciągnął z niej to, co najlepsze i dodał jeszcze więcej uroku i emocji.

Oscar dla najlepszego scenariusza adaptowanego najpewniej powędruje do Tamte dni, tamte noce.

źródło

Szybka przebieżka przez resztę kategorii:
Najlepsza charakteryzacja: Czas mroku
Najlepsza muzyka oryginalna: Alexandre Desplat za Kształt wody
Najlepsza piosenka: „Mystery of love” Sufjan Stevens, Tamte dni, tamte noce (chociaż obawiam się, że może wygrać coś innego - dla mnie każdy inny wybór będzie złym wyborem)
Najlepsza scenografia: Kształt wody
Najlepsze efekty specjalne: Blade runner 2049
Najlepsze kostiumy: Nić widmo
Najlepsze zdjęcia: Blade Runner 2049
Najlepszy dźwięk/Najlepszy montaż dźwięku: Baby driver / Dunkierka
Najlepszy długometrażowy film animowany: Wygra Coco, wolałabym oczywiście, żeby wygrał Twój Vincent

źródło
Zgadzacie się z moimi typami? Oglądacie w ogóle filmy nominowane do Oscarów?
Koniecznie podzielcie się swoimi przewidywaniami ;)

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka