poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Dwa spotkania z noblistami – „A świat trwa” László Krasznahorkai i „Lata” Annie Ernaux

 

A świat trwa
László Krasznahorkai

Gatunek: zbiór opowiadań
Rok pierwszego wydania: 2013
Liczba stron: 344
Wydawnictwo: Czarne

Świat nie zapewnia nam bezpieczeństwa, ale podczas gdy was, jak sądzę, boli brak bezpieczeństwa we wszechświecie, mnie uwiera brak sensu w ludzkim świecie. Człowiekiem kieruje małostkowy instynkt chwilowego zaspokojenia.
 

Opis wydawcy

Dwadzieścia jeden opowieści, które składają się na ten tom, opisuje świat z perspektywy niezwykłych bohaterów: outsiderów, wędrowców, wyobcowanych ekscentryków, ludzi rozpaczliwie poszukujących porządku w otaczającej ich rzeczywistości, a przede wszystkim – sensu własnego istnienia. Za wartkim strumieniem ich myśli, monologów, czasem lamentów zdaje się skrywać ten sam tajemniczy protagonista, przywdziewający jedynie fantazyjne maski. Ktoś jak my strwożony absurdem, któremu się przygląda. 


Moja recenzja

László Krasznahorkai w 2025 roku został laureatem Literackiej Nagrody Nobla. Kojarzę nazwisko autora przede wszystkim z Szatańskim tangiem, choć w mojej głowie ten tytuł od razu łączy się z często polecanym mi filmem Béli Tarra. Krasznahorkai współpracował z tym reżyserem przez lata, przy kilku filmach. Po lekturze A świat trwa mogę się tylko domyślać, jak mroczne i ponure muszą być te dzieła.  

Decyzja o wyborze zbioru opowiadań wydawała mi się idealna – pomyślałam, że w krótkich formach będę mogła zapoznać się ze stylem autora i zobaczyć świat jego oczami w różnych okolicznościach. Finalnie jednak żałuję, że nie sięgnęłam po jedną z jego powieści. Być może dłuższa forma, pozwalająca mocniej zanurzyć się w jednej historii, pomogłaby mi docenić jego twórczość.  

A świat trwa to zbiór 21 opowiadań podzielonych na trzy sekcje: „Mówi”, „Opowiada” i „Żegna się”. Wydaje się, że wszystkie łączy jeden narrator, który w kolejnych częściach opowiada, mówi i żegna się. Spajają je również powracające tematy i uczucia – przede wszystkim niepokój oraz poszukiwanie sensu.  

Sporym wyzwaniem okazała się dla mnie forma. Jeżeli całe opowiadanie to tak naprawdę jedno, długie na kilka stron zdanie, możecie się domyślić, że lektura wymaga ciągłego skupienia. Krasznahorkai prowadzi swoje narracje niczym strumień świadomości – myśli wypływają z niego bez zahamowań. Mogę docenić pomysł i kunszt, z jakim jest to napisane, ale jako czytelniczka często zwyczajnie się w tym gubiłam. I chociaż strumień świadomości w wykonaniu Woolf pokochałam, to z tym Krasznahorkaia mi nie po drodze.  

Największym problemem był jednak dla mnie wszechobecny mrok i poczucie beznadziei. Wiem, że gdzieś między tymi wszystkimi ponurymi wizjami pojawiają się absurd i czarny humor, ale po zakończeniu lektury i tak zostało we mnie przede wszystkim poczucie, że świat jest miejscem trudnym do życia, a człowiek nieustannie, często bezskutecznie, próbuje znaleźć w nim jakiś sens. I tak jak mogę docenić styl Krasznahorkaia i kunszt, z jakim buduje własny literacki świat, tak to, z czym kończę tę lekturę, sprawia, że na tym etapie życia nie mam szczególnej ochoty wracać do jego twórczości. 



Lata
Annie Ernaux

Gatunek: autobiografia / literatura faktu
Rok pierwszego wydania: 2008
Liczba stron: 240
Wydawnictwo: Czarne

Odwrotnie niż w młodości, gdy miała pewność, że w ciągu jednego roku czy nawet miesiąca dokonuje się w niej przemiana, a świat wokół pozostaje niezmieniony, teraz to ona czuje się nieruchoma w galopującym świecie.
 

Opis wydawcy

"Czy byłabym szczęśliwsza, mając inne życie?" – zdaje się stale pytać Ernaux, prowadząc nas przez kolejne dekady swej biografii, które w mistrzowskim laboratorium jej prozy stają się zarazem biografią całego pokolenia. Od czasów niedostatku po lata kapitalistycznego przesytu. Od powojennej młodości, kiedy rytm życia w małym normandzkim miasteczku wyznaczały święta religijne, po dorosłość, kiedy z religijną gorliwością czytało się Simone de Beauvoir. Od wstydu wychowania w robotniczej rodzinie po wstydliwe przyjemności klasy średniej. A wszystko to na tle wielkiej historii, której motywem przewodnim było wyzwolenie. Wyzwolenie polityczne, wyzwolenie seksualne, wyzwolenie z klasowych ograniczeń. Ernaux mierzy się z zagadnieniami rewolucji obyczajowej, postępującego konsumpcjonizmu i sekularyzacji, przywołuje przełomowe momenty dla historii Francji i Europy. "Chciałabym te liczne obrazy siebie, rozdzielone, niezsynchronizowane, połączyć nicią opowieści o swojej egzystencji od narodzin w czasie II wojny światowej aż do dzisiaj. O istnieniu poszczególnym, lecz jednocześnie wtopionym w historię pokolenia". 


Moja recenzja

Annie Earnaux w 2022 roku została laureatką Literackiej Nagrody Nobla. Nie miałam zbyt dużych oczekiwań wobec prozy autorki, nie do końca wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Lata okazały się autobiograficzną opowieścią, która przypomina pamiętnik – choć zamiast skupiać się wyłącznie na sobie, Ernaux przeplata osobiste wspomnienia z historią i przemianami społecznymi we Francji.  

Nie wiedziałam, że czytanie zapisków z czyjegoś życia może być tak satysfakcjonujące. Podczas tej lektury naprawdę można przenieść się w czasie. I chociaż to zupełnie nie moje dzieciństwo ani miejsce – autorka dorastała w Normandii, a wspomina głównie lata 40.–90. – udało jej się wywołać we mnie nostalgię i tęsknotę za minionym czasem. Ciekawym pomysłem było wykorzystanie fotografii – opisując kolejne zdjęcia, Ernaux wraca do przeszłości i przywołuje związane z nimi wspomnienia. Wspomnienia szkolne i studenckie, pierwsze miłości, zmieniające się mody i obyczaje sprawiły, że razem z autorką przemierzałam kolejne dekady.  

Obok bardzo osobistych historii Ernaux umieszcza wydarzenia i przemiany francuskiego życia społecznego. Dzięki temu Lata stają się nie tylko autobiografią, ale też zapisem pamięci całego pokolenia. Sporo jest tu o wolności, dorastaniu, dążeniu do niezależności i młodzieńczym buncie przeciwko zastanemu porządkowi. Czuć w tym również pewne paralele z polską historią. Pomocne okazały się też przypisy tłumaczki, które pozwalają lepiej zrozumieć francuskie wydarzenia i konteksty, nie zawsze oczywiste dla polskiego czytelnika.  

To książka o pamięci i przemijaniu, ale przede wszystkim o tym, jak nasze prywatne życie splata się z czasami, w których przyszło nam żyć. 


wtorek, 4 sierpnia 2026

Fantastyka inspirowana innymi kulturami – „Yumi i Malarz Koszmarów” Brandon Sanderson i „Ostatnie promienie słońca” Guy Gavriel Kay

 

Yumi i Malarz Koszmarów
Brandon Sanderson

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: MAG

Tak czy inaczej, chodzi o to - sztuka nie musi być dobra, by być wartościowa. Ktoś kiedyś powiedział, że sztuka jest jedynym prawdziwie bezużytecznym tworem - który nie ma żadnego mechanicznego celu. A jest ceniona jedynie ze względu na percepcję ludzi, którzy ją oglądają.
 

Opis wydawcy

Samodzielna opowieść z uniwersum Cosmere, w której dwoje ludzi pochodzących z zupełnie różnych światów musi się porozumieć i współpracować, żeby ocalić swoje społeczności przed zagładą. Yumi pochodzi z krainy ogrodów, medytacji i duchów, zaś Malarz żyje na świecie ciemności, techniki i koszmarów. Kiedy ich losy splatają się nagle w dziwny sposób, czy uda im się zapomnieć o różnicach i współpracować, by odkryć tajemnicę wiążącą się z ich sytuacją i uratować swoje wspólnoty?


Moja recenzja

Sanderson to marka sama w sobie. Kiedy mam ochotę na fantastykę, jest jak bezpieczna przystań, do której mogę się udać po wciągającą, oryginalną i pobudzającą wyobraźnię opowieść. Yumi i Malarz Koszmarów to jeden z tajnych projektów autora – podczas pandemii Sanderson nagle ogłosił, że wyda pięć dodatkowych książek z uniwersum Cosmere, ku zaskoczeniu i zachwytowi fanów. 

Powieść czerpie przede wszystkim z kultur Korei i Japonii, co świetnie sprawdza się przy budowaniu obu światów. Choć dwójka głównych bohaterów pochodzi z różnych rzeczywistości, obie są mocno zakorzenione w kulturach Wschodu. Yumi wychowywana jest przez opiekunki i od dziecka przygotowywana do ważnej pracy – przywoływania duchów za pomocą skomplikowanych kamiennych instalacji. Otacza się ją czcią niczym najsłynniejszą gejszę, a służące osłaniają ją wachlarzami przed wścibskimi oczami. Malarz wieczorami walczy z koszmarami za pomocą pędzla, a jego jedyna pozytywna interakcja odbywa się z właścicielką restauracji podającej kluski. Ta azjatycka nutka pasuje tutaj idealnie. 

Tym, w czym Sanderson bryluje, jest ponownie historia. Opowieść zawiera sporo tajemnic i znowu nie udało mi się przewidzieć niespodzianki, którą autor przygotował. Szczególnie dobrze wychodzi mu zwodzenie czytelnika – jeżeli przez większość powieści powtarza się jakieś przypuszczenie, w końcu sami zaczynamy w nie wierzyć. Podobało mi się również oparcie magicznego elementu na sztuce. To właśnie dzięki podobnemu zajęciu bohaterowie tak dobrze ze sobą rezonują – łatwiej im zrozumieć swoją pracę, która opiera się przecież na tworzeniu sztuki jako formie pomocy innym. 

Przy okazji ostatniego tomu Wiatru i prawdy miałam pewne zastrzeżenia do języka autora i niestety tutaj mam podobne przemyślenia. Nie wiem, czy we wcześniejszych książkach po prostu tego nie zauważałam, czy może coś zmieniło się w jego prozie, ale ponownie wszystkie żartobliwe teksty wywoływały we mnie raczej zniesmaczenie niż uśmiech. Dodatkowo muszę z ciężkim sercem przyznać, że Sanderson nie udźwignął pisania romantycznej relacji. Sceny w rytualnej kąpieli najchętniej wycięłabym ze swojej pamięci. To szczególnie uwiera, bo autor określa tę książkę jako swoją książkę romantyczną. Wiem jednak, że wielu czytelników jest z tej relacji zadowolonych, więc musicie przekonać się na własnej skórze. Na szczęście historia i sami bohaterowie są na tyle dobrzy, że mogłam przymknąć oko na ten romans. 

Czy warto Yumi i Malarza Koszmarów przeczytać? Jeżeli lubicie magiczne historie, to jak najbardziej. Wyobraźnia autora nadal robi ogromne wrażenie, a opowieść wciąga od początku do końca. Mankamenty są, ale nie na tyle przeszkadzające, żeby zakłócić radość z poznawania tej historii. To też bardziej kameralna opowieść, pewnie dlatego, że miała być przede wszystkim romansem. Nie ma tutaj epickich bitew – zamiast tego Sanderson skupia się na dwójce bohaterów, ich relacji i wykorzystaniu sztuki do naprawienia świata. A dla fanów Cosmere to oczywiście dodatkowa przyjemność, bo nawiązania do znanego uniwersum, jak to u Sandersona, pojawiają się tu i ówdzie. Wystarczy wspomnieć, że narratorem tej opowieści jest sam Hoid.


Ostatnie promienie słońca
Guy Gavriel Kay

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2006
Liczba stron: 456
Wydawnictwo: MAG

Język może sprowadzić na człowieka kłopoty szybciej niż cokolwiek innego.
 

Opis wydawcy

Powieść rozpoczyna się, kiedy młody Wiking Bern Thorkellson ucieka z rodzinnego domu ze skradzionym koniem i dołącza do morskiej wyprawy Jormsvików wyruszających na podbój wybrzeży wysp Brytyjskich. W tym czasie Alun ab Owyn, Książe Celtów przysięga Jormsvikom zemstę po tym, jak w brutalnym ataku zabili jego brata Dai. Dusza Dai przyłączyła się do królowej elfów i podąża za nią do świętego lasu. Aeldred, król Celtów broni swojego królestwa przed najazdem Jomsvików pod przywództwem wnuka legendarnego bohatera Wikingów, Siggura Volgansona. Podczas bitwy córka Aeldreda odkrywa psychiczną więź z księciem celtyckim Alunem.


Moja recenzja

Dla fanów fantastyki nazwisko Guy Gavriel Kay powinno być dobrze znane. To jeden z tych autorów, których często wymienia się wśród tuzów gatunku. Co prawda Ostatnie promienie słońca nie należą do jego najgłośniejszych tytułów, ale takie książki jak Tigana czy Lwy z Al-Rassanu często znajdują się na listach najlepszych książek fantasy. 

Chociaż na półce czeka na mnie Tigana, cieszę się, że przygodę z Kayem zaczęłam od mniej docenianej pozycji. Ostatnie promienie słońca to książka mocno inspirowana kulturami nordyckimi, celtyckimi i anglosaskimi. Jej akcja rozgrywa się na fantastycznym odpowiedniku średniowiecznych Wysp Brytyjskich, a autor pokazuje świat, w którym trzy różne kultury ścierają się ze sobą, zawierają sojusze i próbują odnaleźć się w zmieniającej się rzeczywistości. 

Opowieść snuta jest z perspektywy wielu bohaterów. Jest ich tylu, że można się trochę w tych historiach pogubić, ale pomaga mały spis postaci na początku książki. Dzięki temu wielogłosowi poznajemy różne punkty widzenia, śledzimy poczynania zarówno bohaterów, jak i ich przeciwników. Zresztą zdarza się tutaj, że wrogowie nagle stają się sojusznikami, a zmiany stron wydają się naturalną częścią historii. Kay nie dzieli świata po prostu na bohaterów i złoczyńców – pokazuje raczej, że każda ze stron ma własne racje, lęki i interesy. 

Bardzo dobrze sprawdza się również element magiczny, czyli zamieszkujące lasy faerie. To istoty niewidzialne dla zwykłych śmiertelników, które mogą przejąć duszę opuszczającą ciało po śmierci i włączyć ją do orszaku królowej wróżek. Wszelkie opisy ich pojawienia się były bardzo obrazowe i działały na wyobraźnię. Strach przed ciemnym lasem, z którego ludzie nie wychodzą żywi, również świetnie budował napięcie. Nie można też zapomnieć o tajemniczych volvach – skandynawskich wieszczkach przypominających kobiety z sabatu czarownic, które pociągają za sznurki w okolicy. Co ciekawe, magia nie jest tu tylko dodatkiem do historii – faerie reprezentują stary świat wierzeń, który powoli ustępuje nowemu porządkowi

Ostatnie promienie słońca to przykład historycznego fantasy, w którym autor czerpie z prawdziwych wydarzeń i kultur, tworzy wokół nich własny świat, a następnie dodaje do niego szczyptę magii. W tym przypadku Kayowi przede wszystkim udało się przenieść mnie do wykreowanej przez siebie rzeczywistości. Jego styl jest bardzo obrazowy – opisy działają na wyobraźnię i pozwalają łatwo zanurzyć się w tym świecie. Podobało mi się też to, jak splata ze sobą losy kolejnych bohaterów – czasem pozornie niewielkie wydarzenie z życia jednej osoby okazuje się mieć wpływ na losy innych.

Nie jest to jednak najbardziej porywająca lektura. Wielość postaci i wątków sprawia, że historia momentami zwalnia, a niektóre dygresje wybijały mnie z rytmu. Miałam też wrażenie, że kobiece bohaterki nie są zbyt wyraziste. Autor pokazuje ich pozycję w zdominowanych przez mężczyzn społeczeństwach, ale zabrakło mi postaci, z którą mogłabym związać się równie mocno jak z męskimi bohaterami. Mimo wszystko czytało mi się tę książkę jak dobrą przygodę. I chyba tylko tyle od Ostatnich promieni słońca oczekiwałam.



poniedziałek, 13 lipca 2026

Mistrzowie snucia opowieści — „Stolik dla dwojga” Amor Towles i „Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesław Myśliwski

 

Stolik dla dwojga
Amor Towles

Gatunek: literatura piękna, opowiadania
Rok pierwszego wydania: 2025
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Znak Literanova

Jedyny plus starzenia się jest taki, że kurczą się apetyty. Po sześćdziesiątym piątym roku życia chce się mniej podróżować, mniej jeść, mniej posiadać. Na tym etapie trudno sobie wyobrazić lepsze zakończenie dnia niż klika łyków leciwej szkockiej, parę stron starej powieści i duże, wygodne łóżko bez bodźców rozpraszających.
 

Opis wydawcy

Znudzony fałszerz, zuchwały koneser sztuki, kobieta próbująca odkryć sekret ojczyma i Evelyn, ukochana bohaterka „Dobrego wychowania”, która powraca, by dokończyć swoją historię. Co się stanie, gdy jedno z nich nie wysiądzie z pociągu, czyjś lot do domu zostanie odwołany, a ktoś inny otrzyma propozycję nie do odrzucenia? 

Jakie będą konsekwencje podjętych pochopnie, błahych decyzji? 


Moja recenzja

Amor Towles swoim zbiorem opowiadań po raz kolejny udowadnia, że jest autorem, na którego zawsze można liczyć. Wszystko zaczęło się od mojego zachwytu nad Dżentelmenem w Moskwie i od tamtej pory sięgam po każdą jego nową książkę z niemal pełnym zaufaniem. Co ciekawe, tym razem to mój mąż pierwszy zabrał się za lekturę Stolika dla dwojga. Jego żywe reakcje podczas czytania sprawiły, że nie potrafiłam już dłużej czekać.

Po lekturze zbiorów opowiadań zwykle dochodzę do tego samego wniosku: jedne historie zachwycają bardziej, inne mniej. U Towlesa było inaczej. Autor postawił sobie zresztą wyjątkowo trudne zadanie, bo otworzył książkę prawdziwą perełką. „Kolejka” – opowiadanie o Puszkinie, którego największym życiowym talentem okazuje się stanie w kolejkach – to historia pięknie absurdalna, pełna subtelnego humoru, a jednocześnie zdolna poruszyć do głębi. Narracyjna pętla, w której bohater trafia do kolejki z innego kraju, okazała się pomysłem znakomitym. Po tak mocnym początku można było spodziewać się spadku formy. Nic bardziej mylnego. Każde kolejne opowiadanie dawało mi równie wiele czytelniczej satysfakcji.

Siła Towlesa tkwi w kilku elementach. Przede wszystkim w stylu – przez jego prozę po prostu się płynie. Punkty wyjścia wydają się niepozorne, ale sposób, w jaki autor rozwija je w pełnokrwiste historie, budzi szczery podziw. To tak, jakby najpierw dostrzegł jedną krótką scenę – choćby tę, w której starszy mężczyzna ukradkiem nagrywa fragment koncertu – a następnie wokół niej zbudował pełen emocji świat. To właśnie to opowiadanie zostawiło mnie zresztą kompletnie zapłakaną. U Towlesa uderza również niezwykła czułość wobec bohaterów. Doskonale rozumie ich motywacje i marzenia, dzięki czemu tworzy postaci z krwi i kości. 

Obok pięciu krótszych form znajdziemy tu także minipowieść zajmującą niemal połowę tomu. Jej bohaterką jest Eve, znana z Dobrego wychowania. Ja tę powieść czytałam, mój mąż już nie, a mimo to zgodnie uznaliśmy, że wcześniejsza znajomość tej historii nie jest konieczna, by w pełni cieszyć się lekturą. Z ogromną przyjemnością obserwowałam, jak Towles rozgaszcza się w świecie dawnego Hollywood. A gdy do tej scenerii dołożył jeszcze atmosferę kina noir, powstała znakomita, pełna elegancji opowieść kryminalna.

W swoim zbiorze Towles rozstawia dla czytelnika stolik i zaprasza, by na chwilę przy nim usiąść. Serwuje kolejne literackie dania, a każde okazuje się dopracowane i satysfakcjonujące na swój własny sposób. I uwierzcie mi – to jedna z tych kolacji, których nie ma się ochoty kończyć.


Traktat o łuskaniu fasoli
Wiesław Myśliwski

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2006
Liczba stron: 446
Wydawnictwo: Znak

Ile niewypowiedzianych słów przepadło na zawsze. A może ważniejsze były od tych wszystkich wypowiedzianych.
 

Opis wydawcy

Narrator w monologu skierowanym do tajemniczego przybysza dokonuje bilansu całego życia. W jakim stopniu sam wpłynął na swój los, a jak bardzo ukształtowały go traumatyczne doznania z dzieciństwa i zakręty polskiej historii.


Moja recenzja

Moje pierwsze spotkanie z twórczością niedawno zmarłego Wiesława Myśliwskiego. O jego pisarstwie słyszałam od lat same zachwyty, a Traktat o łuskaniu fasoli cierpliwie czekał na półce na swoją kolej.

Myśliwski miał niezwykły dar operowania słowem – taki, który potrafi oczarować czytelnika już od pierwszych stron. Prostym językiem zamyka doświadczenia codzienności, opowiada o ludzkich losach i bolączkach społeczeństwa naznaczonego historią. Punktem wyjścia jest spotkanie dwóch osób, choć tylko jedna z nich naprawdę zabiera głos. Do narratora przychodzi gość z prośbą o łuskaną fasolę. Fasola wprawdzie jest, ale najpierw trzeba ją wyłuskać, więc gość zostaje zaproszony do wspólnej pracy. To właśnie podczas tej z pozoru zwyczajnej czynności narrator rozpoczyna swój monolog, snując opowieść o własnym życiu.

Trzeba przyznać autorowi, że z niezwykłą swobodą prowadzi czytelnika przez meandry tej historii. Narrator nieustannie przeskakuje między wydarzeniami, a opowieść daleka jest od linearności. Paradoksalnie to właśnie ta fragmentaryczność sprawia, że trudno się od niej oderwać. Jako czytelnicy chcemy wypełnić wszystkie luki, odnaleźć zależności i samodzielnie ułożyć tę mozaikę we spójną całość.

Proza Myśliwskiego nie ma tu słabych punktów. Opowieść o wojnie jest przejmująca, wątek podróży z Siostrą – niezwykle intrygujący, zwłaszcza że pokazuje partyzantkę z nowej dla mnie perspektywy. Równie ciekawie wypadają powojenne lata, nauka zawodu elektryka i późniejsza praca, a historia nauki gry na saksofonie nie przestaje zaskakiwać. Nawet refleksje o współczesności, o ludziach przyjeżdżających do domków letniskowych, stają się pretekstem do błyskotliwych obserwacji na temat kondycji społeczeństwa.

Traktat o łuskaniu fasoli mógłby łatwo popaść w banał. Tymczasem język Myśliwskiego sprawia, że staje się opowieścią piękną i ponadczasową. O tym, co nieodwracalnie minęło. O spotkaniu dwojga nieznajomych przy prostej, codziennej czynności, która otwiera przestrzeń do opowiedzenia całego życia. Takie chwile powoli odchodzą w niepamięć, ale ta powieść przypomina, że kiedyś były czymś zupełnie naturalnym.




niedziela, 14 czerwca 2026

O trudnej sztuce przemiany — „Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd i „Psie serce” Michaił Bułhakow

 

Sekretne życie pszczół
Sue Monk Kidd

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2001
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Literackie

Szczególną cechą świata jest to, że kręci się dalej bez względu na to, jakie spotykają nas nieszczęścia.
 

Opis wydawcy

Lily jest biała, ma 14 lat, oschłego, agresywnego ojca i olbrzymie poczucie winy. Przed dziesięcioma laty straciła swoją matkę. Spokój pomagają jej odzyskać noszące imiona letnich miesięcy, czarnoskóre mieszkanki pewnej pasieki w Tiburon, gdzie Lily trafia, jadąc śladami mamy. Ale nawet ten niezwykły azyl, gdzie pszczoły wiodą swoje sekretne życie, nie chroni przed światem zewnętrznym. Najważniejsza jest wiara w siebie…


Moja recenzja

Sekretne życie pszczół przeleżało kilka lat na mojej półce i szczerze mówiąc, nie pamiętam już, jak się na niej znalazło. Pamiętam za to, że około dekadę temu oglądałam ekranizację z młodą Dakotą Fanning w roli głównej. Przez ten czas fabuła niemal całkowicie zatarła się w mojej pamięci, dzięki czemu mogłam z przyjemnością odkrywać tę historię na nowo w wersji książkowej.

Początek mojego czytelniczego roku obfitował w mroczne i przygnębiające historie, dlatego żółta okładka tej powieści od dawna przyciągała mój wzrok. Potrzebowałam opowieści, w której obok trudnych doświadczeń znajdzie się również miejsce na światło i nadzieję. I właśnie to znalazłam w tej książce.

Nie jest to jednak lekka historia o dojrzewaniu nastolatki. Wręcz przeciwnie — czternastoletnią Lily nieustannie nawiedzają wspomnienia związane ze śmiercią matki. Dziewczynka wychowuje się u boku ojca, który nie poświęca jej wiele uwagi, a jedyną bliską osobą pozostaje czarnoskóra służąca Rosaleen. Wspólnie wyruszają w podróż, która ma szansę odmienić ich życie.

Przez Sekretne życie pszczół po prostu się płynie. Fabuła wciąga, a motywy podróży, ucieczki od problemów i poszukiwania lepszej przyszłości sprawiają, że trudno oderwać się od lektury. Szczególnie mocno wybrzmiewa tu temat rodziny z wyboru, który zawsze bardzo cenię w literaturze. Czasem obcy ludzie potrafią obdarzyć nas większą miłością, troską i zrozumieniem niż osoby, z którymi łączą nas więzy krwi. W okresie dorastania ma to szczególne znaczenie, bo właśnie wtedy kształtuje się nasza osobowość i zaczynamy wyznaczać kierunek własnej przyszłości.

Może nie jest to powieść, która całkowicie odmieni czyjeś życie, ale z pewnością jest to wartościowa i poruszająca lektura. Przypomina, że czasami trzeba zmierzyć się z przeszłością, aby naprawdę móc ruszyć naprzód.


Psie serce

Michaił Bułhakow

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 1968
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: MG

- Dlatego że mówił? - zapytał Filip Filipowicz - Ale to jeszcze nie znaczy, że się jest człowiekiem.
 

Opis wydawcy

Akcja rozgrywa się w Moskwie w latach 20. XX wieku, niedługo po rewolucji październikowej. Głównym bohaterem jest profesor Filip Filipowicz Preobrażeński – wybitny, acz ekscentryczny chirurg. Prowadzi on eksperymenty mające na celu odmłodzenie ludzkiego organizmu. Pewnego dnia znajduje na ulicy bezpańskiego psa – Szarika – i zabiera go do domu, by wykorzystać go w swoim nowym eksperymencie. 

Moja recenzja

Michaił Bułhakow większości czytelników kojarzy się przede wszystkim z Mistrzem i Małgorzatą. Dla wielu osób właśnie na tej powieści kończy się znajomość jego twórczości. Tak było również w moim przypadku, dlatego z dużą ciekawością sięgnęłam po krótką nowelę Psie serce. Tym bardziej że opis fabuły od razu przywołał skojarzenia z Frankensteinem Mary Shelley, którego niedawno odświeżyłam sobie zarówno w wersji literackiej, jak i filmowej.

Psie serce opowiada historię eksperymentalnej operacji, w wyniku której bezdomny pies otrzymuje ludzkie organy. Podobnie jak Shelley, Bułhakow stawia pytania o granice nauki i odpowiedzialność za przeprowadzane eksperymenty. Jednocześnie wykorzystuje tę historię jako narzędzie krytyki społecznej i politycznej rzeczywistości swoich czasów.

Autor pokazuje, że awans społeczny nie jest procesem, który można przeprowadzić jednym prostym zabiegiem. Szarik, przemieniony w człowieka, pozostaje osobą ordynarną, pozbawioną kultury i skłonną do agresji. Mimo to odnajduje swoje miejsce w społeczeństwie, zdobywa posadę i otacza się ludźmi, którzy akceptują jego zachowanie. W ten sposób Bułhakow podważa przekonanie, że sama zmiana pozycji społecznej automatycznie prowadzi do powstania lepszego społeczeństwa.

Choć Psie serce jest krótką nowelą, kryje w sobie zaskakująco wiele treści. Na powierzchni pozostaje intrygującą historią o naukowym eksperymencie, lecz pod nią skrywa się wielowarstwowa satyra społeczna i polityczna. Bułhakow sugeruje, że nie istnieją proste metody „przekształcania” człowieka ani całych grup społecznych. Tym samym krytykuje założenia rewolucji proletariackiej, której celem było radykalne przeobrażenie społeczeństwa i oddanie władzy klasie robotniczej. Zdaniem autora takie zmiany wymagają czasu i nie dokonują się z dnia na dzień.

Właśnie przez tę odważną krytykę Psie serce nie mogło zostać opublikowane od razu po napisaniu i przez wiele lat czekało na wydanie. Dziś możemy na szczęście sięgnąć po tę nowelę bez żadnych ograniczeń — i zdecydowanie warto z tej możliwości skorzystać.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.


sobota, 6 czerwca 2026

Czy ludzkość zasługuje na ocalenie — trylogia „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” Cixin Liu

Problem trzech ciał, Ciemny Las, Koniec śmierci
Cixin Liu

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 2006 / 2008 / 2009
Liczba stron: 452 / 671 / 825
Wydawnictwo: Rebis

Życie zrobiło milowy krok, kiedy wyszło z oceanu na ląd, ale te pierwsze ryby, które wspięły się na ląd, nie były już rybami. Podobnie ludzie przestaną być ludźmi, gdy naprawdę wkroczą w kosmos i uwolnią się od Ziemi. A więc do wszystkich tu obecnych kieruję te słowa: Kiedy pomyślicie o wylocie w przestrzeń kosmiczną bez oglądania się za siebie, zastanówcie się, proszę, co robicie. Cena, jaką będziecie musieli zapłacić, jest dużo wyższa, niż sobie wyobrażacie. 
 

Opis wydawcy

Podczas rewolucji kulturalnej w Chinach tajna baza wojskowa Czerwony Brzeg wysyła sygnały w kosmos w poszukiwaniu inteligentnego życia pozaziemskiego. Do prac zostaje włączona Ye Wenjie, córka wybitnego fizyka zamordowanego przez czerwonogwardzistów, i dzięki niej badacze w końcu nawiązują kontakt z obcą cywilizacją stojącą u progu zagłady.  

W XXI wieku naukowiec Wang Miao zostaje członkiem komisji badającej przyczyny serii samobójstw czołowych fizyków. W wyniku prywatnego dochodzenia natyka się na tajemniczą grę wirtualną o nazwie „Trzy ciała”, której celem jest uratowanie mieszkańców planety zagrożonej oddziaływaniem grawitacyjnym trzech słońc. Niebawem odkrywa, że świat tej gry wcale nie jest fikcją... 


Moja recenzja

Bestseller, który w pewnym momencie czytali chyba wszyscy — zdobywca nagrody Hugo, z rekomendacją Baracka Obamy na okładce, a dodatkowo zekranizowany przez Netflix w formie serialu. Na razie dostępny jest pierwszy sezon, ale kolejne zostały już zapowiedziane. Przy okazji akcji czytania science fiction, która odbyła się na Instagramie, postanowiłam dać tej trylogii szansę.

Muszę przyznać, że nie była to łatwa lektura. Terminologii naukowej jest tutaj całe mnóstwo, a autor nieustannie zasypuje czytelnika kolejnymi pomysłami, przez co trzeba naprawdę się skupić, żeby nie zgubić wątku. Zdecydowanie nie są to książki, przez które po prostu się płynie. Momentami trzeba wręcz walczyć o utrzymanie uwagi i odnalezienie się w fabule. Myślę, że częściowo wynika to ze stylu autora, który bywa dość chłodny i zdystansowany, ale jeszcze bardziej z konstrukcji bohaterów. Cixin Liu tworzy postaci raczej jako narzędzia do opowiedzenia historii niż pełnokrwistych ludzi, z którymi można się emocjonalnie zżyć. To bohaterowie podporządkowani ideom i wydarzeniom, a nie odwrotnie. I właśnie z tym miałam największy problem, bo w fantastyce zwykle najbardziej interesują mnie wyraziści protagoniści. 

Potrzebowałam więc chwili, żeby przestawić się na inny sposób czytania — zamiast skupiać się na bohaterach, zacząć patrzeć na całość: na wizję świata, pytania filozoficzne i ogrom przedstawionych koncepcji. Gdy udało mi się zmienić perspektywę, dostrzegłam największą siłę tej trylogii. Pomysły autora są naprawdę imponujące i moim zdaniem to właśnie one sprawiają, że książki zdobyły tak ogromną popularność.

źródło: Netflix

Przykłady tych pomysłów można by mnożyć. Gra komputerowa okazująca się czymś znacznie większym niż rozrywką. Podział społeczeństwa na zwolenników i przeciwników obcej cywilizacji. Projekt Wpatrujących się w Ścianę — grupa ludzi obdarzona praktycznie nieograniczoną władzą, mogąca działać poza wszelką kontrolą. Wyścig naukowy prowadzony w cieniu nadciągającej wojny. I wreszcie sama idea Ciemnego Lasu — wizja kosmosu jako miejsca, w którym każda cywilizacja ukrywa się przed innymi, ponieważ ujawnienie swojej obecności może oznaczać natychmiastową zagładę. To jedna z tych koncepcji science fiction, które pozostają w głowie na długo po zakończeniu lektury.

Bardzo mocno wybrzmiewa tutaj również obraz ludzi jako największego zagrożenia dla samych siebie. W obliczu strachu i walki o przetrwanie człowieczeństwo często schodzi na dalszy plan. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena panicznej ucieczki na lotnisku, podczas której ludzie, walcząc o własne życie, przestają zwracać uwagę na innych.

Ciekawie wypadają także liczne skoki w czasie. Bohaterowie hibernują, budzą się w zupełnie nowych realiach i obserwują zmieniające się społeczeństwa oraz technologie. Dzięki temu trylogia zyskuje ogromny rozmach i pozwala spojrzeć na rozwój ludzkości z perspektywy setek lat. Jednocześnie zabieg ten umożliwia powrót znanych bohaterów w kolejnych częściach.

Ostatecznie mam wrażenie, że nie jest to przede wszystkim historia o kosmitach, lecz o ludziach. O tym, jak reagujemy na strach, jak łatwo tracimy moralny kręgosłup, jak istotną rolę odgrywa rozwój technologiczny i czy jako gatunek rzeczywiście zasługujemy na ocalenie. I właśnie to pytanie zostaje z czytelnikiem najdłużej po zakończeniu lektury: czy ludzie są warci ratunku?


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka