sobota, 7 marca 2020

Kobiecym okiem - „Emma.”, „Kłamstewko” i „Małe kobietki”

Kiedy zerknęłam w kalendarz i zobaczyłam zbliżające się święto, Dzień Kobiet, od razu wiedziałam jaki post z tej okazji wysmaruję. Przed oczami zobaczyłam Natalie Portman, która pojawiła się na rozdaniu Oscarów z narzutką, na której wyhaftowano nazwiska reżyserek pominiętych przy nominacjach. Tak się złożyło, że w ciągu ostatniego miesiąca w kinie byłam trzy razy, za każdym razem na filmie wyreżyserowanym przez kobietę. I wszystkie te seanse były dla mnie mocno satysfakcjonujące.

Gdybym miała znaleźć jeden punkt wspólny tych trzech filmów to byłoby nim mistrzowskie poprowadzenie emocji aktorów. Każdy gra niuansami - Awkwakina, której postać niemal ciągle ma ten sam wyraz twarzy, potrafi dostarczyć sporo wzruszeń, Anya i towarzyszące jej angielskie grono z wyczuciem wprowadzają komediowy klimat i samym spojrzeniem przekazują całą masę uczuć, a Saoirse Ronan z resztą kobietek przeprowadzają nas przez znaną klasykę ze współczesną energią i tworzą dzieło uniwersalne mimo swoich lat. Każdy z tych filmów wart jest zobaczenia.

źródło
Można zacząć myśleć, że ekranizacji powieści Jane Austen jest już wystarczająca ilość. Nie da się ukryć, że twórcy wciąż i wciąż odwołują się do jej książek, chociaż niektóre tytuły eksploatowane są nad wyraz często. Emma zdecydowanie należy do grona najbardziej inspirujących, bo różnych wersji tej historii mieliśmy całe mnóstwo - od przenoszenia fabuły we współczesne czasy (luźna adaptacja Clueless), po klasyczne, wiernie odwzorowane tytuły. Ja zawsze miałam z tą pozycją Jane Austen problem: Emma nie należy bowiem do tego typu bohaterek, które w pełni popieramy i którym kibicujemy. Popełnia dość poważne błędy, które przekładają się na nieszczęśliwe chwile innych bohaterów. Bardzo często twórcom zdarza się pójść prostą drogą i przedstawić Emmę jako frywolną, nieprzejmującą się konsekwencjami, dziecinną, rozkapryszoną, która za wszelką cenę szuka rozrywki i wykorzystuje do tego innych. Na szczęście w nowej wersji nic takiego nie znajdziemy, ale Emma wcale nie zostanie też na siłę wybielona. Reżyserka, Autumn de Wilde, kładąc nacisk na pewne elementy pozwoli nam lepiej bohaterkę zrozumieć.

Fabularnie nic się nie zmienia. Emma pochodzi z dobrego domu, mieszka z majętnym ojcem, którym się niejako opiekuje. Niania dziewczyny właśnie wychodzi za mąż, a Emma czuje, że to ona miała w stworzeniu tego związku spory wkład. Uważa, że taki dar do kojarzenia par nie powinien się zmarnować, więc szybko znajduje młodą dziewczynę z pobliskiej szkoły, której zamierza pomóc dobrze wyjść za mąż.

Przede wszystkim całość jest piękna od strony wizualnej - cukierkowa, pastelowa paleta w połączeniu z bogato zdobionymi wnętrzami i otwartymi przestrzeniami pełnymi zieleni sprawdza się bardzo dobrze. Nowa wersja Emmy zdecydowanie wpuściła świeżego powietrza do tej historii. Całość nadal jest lekką i przyjemną opowieścią, ale reżyserka korzysta z okazji, żeby wpleść sporo interesujących dodatków. Świetnym pomysłem okazało się wprowadzenie postaci służby, która towarzyszy każdemu krokowi bohaterów, przesuwa im parawany, otwiera okna, rozbiera, ubiera, a w międzyczasie stoi cicho w kącie pokoju - co wypada realistycznie, ale zarazem dla dzisiejszego widza mocno absurdalnie. Najlepszą decyzją reżyserki jest pomysł, żeby postacie nabrały ludzkiego, współczesnego wymiaru. Nie zmieniając nic w lini fabularnej, de Wilde potrafiła tak poprowadzić aktorów, że uwierzyliśmy w ich kreacje. Emma nagle staje się po prostu trochę naiwną dziewczyną, której zamiary są dobre, jednak doprowadzają do tragicznych konsekwencji. Widać w niej siłę, ale zarazem zagubienie młodej dziewczyny. To tak, jakby chciała wszystkim udowodnić, że jest tak dobra jak to opowiadają i w konsekwencji - przesadza.
Pozostając w świecie konwenansów, aktorzy małymi gestami i spojrzeniami potrafili oddać każdą dwoistość sytuacji. Świetnym pomysłem okazało się także wyciągnięcie prawdy z przyjaźni Emmy z Harriet. Ten wątek o wiele lepiej wypada kiedy widzimy, że dziewczyny faktycznie się lubią. Również wspaniale ogląda się na ekranie pannę Bates, której Miranda Hart oddaje sprawiedliwość, będąc zarówno irytującą gadułą, jak i dobrą sąsiadką, dumną ze swojej rodziny. Zresztą aktorsko tutaj nie ma się czego czepiać. Anya Taylor-Joy i Johnny Flynn radzą sobie wspaniale, a cały drugi plan im pięknie towarzyszy. Bill Nighy to mój osobisty faworyt - mogłabym go jeść łyżkami.

źródło
Odkąd usłyszałam o Kłamstewku czułam do tego filmu silne przyciąganie. Z wielu stron dochodziły zachwyty, na rozdaniu Złotych Globów udało mu się zgarnąć statuetkę za najlepszą aktorkę pierwszoplanową dla Awkwafiny, a Independent Spirits Awards ekipa opuściła z nagrodą za najlepszy film. Trudno było mi się wybrać, ale finalnie udało się dotrzeć na jeden z ostatnich seansów w kinie. Nie wiedziałam zbyt wiele na temat fabuły, co przełożyło się na nieodpowiednie nastawienie. Myślałam, że idę na komedię, a przepłakałam pół filmu. W tym jednak tkwi największa siła Kłamstewka. Przez większość czasu trwania odbiera się go jako film lekki, zabawny, gdzieś bokiem i mimochodem przekazujący ważne wartości. Jednak po seansie jesteśmy przede wszystkim rozczuleni i wzruszeni.

Pierwsza scena filmu pokaże nam, że mieszkająca w Ameryce Billi (Awkwafina) wciąż utrzymuje stały kontakt ze swoją babcią, Nai Nai (Shuzhen Zhou), mimo fizycznego dystansu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Tytułowe kłamstewko dotyczy decyzji rodziny o utrzymywaniu w sekrecie choroby babci przed nią samą, a Billi nie do końca się z takim pomysłem zgadza. Także, gdy cala familia wybiera się do Chin na wesele (a tak naprawdę, żeby Nai Nai ostatecznie pożegnać) postanawiają zostawić dziewczynę w domu. Jak się zapewne domyślacie, Billi jednak rusza do Chin, żeby spędzić cenny czas z ukochaną babcią.

Film ma bardzo wolne tempo, ale małe gagi i zabawne sytuacje sprawiają, że ogląda się go z niegasnącym zainteresowaniem. Obserwujemy zwykłą rodzinę, która boryka się z problemem emigracji. W tym przypadku dwóch synów opuściło lata temu dom rodzinny, jeden zamieszkał w Ameryce, drugi w Japonii. Kiedy po latach spotykają się przy wspólnym stole to nie obejdzie się bez przyziemnego dogryzania sobie nawzajem: który brat lepiej sobie w życiu radzi, które dzieci odbierają lepsze wykształcenie. W spojrzeniach, w udręczonym wzroku ojca Billi, widać jednak ten strach przed utratą matki. Rozmawiają o zwykłych, codziennych sprawach, ale każdy z nich wie, że to mogą być ostatnie chwile z bliską im osobą. Jest w tym niesamowite napięcie, kiedy Nai Nai, nieświadoma niczego, jest duszą towarzystwa, taką iskierką życia, a wszyscy wokół tylko czekają na nieuniknione.
Chemia jaką na ekranie wytwarzają Awkwafina i Shuzhen Zhou jest zupełnie rozczulająca i to dzięki niej ten film tak mocno potrafi oddziaływać na widza. Dla każdego, kto opuścił rodzinne gniazdko, ale jest człowiekiem mocno związanym z rodziną ten film będzie źródłem wzruszeń - szybko bowiem podmienimy bohaterów na znanych nam członków familii i będziemy przeżywać wszystko dwa razy intensywniej.

źródło
Co prawda o Małych Kobietkach już trochę mówiłam w poście związanym z tegorocznym rozdaniem Oscarów, wspominałam o nich na Facebooku i Instagramie. Jednak nie mogłam sobie odmówić, żeby po raz kolejny o tym filmie nie napisać. Pozachwycać się jeszcze trochę.
Zacznijmy od tego, że przed seansem czytałam Małe kobietki, ale Dobre żony już nie, a w filmie Grety Gerwig przedstawiona jest historia z tych dwóch książek. Dlatego z miejsca przyznaję, że nie potrafię zrozumieć zarzutów, że trudno było się połapać w osi czasu, bo ja od razu wiedziałam, które historie pochodzą z dziecięcych lat panien March. Chłopak, który książki nie znał, jakoś sobie jednak z tymi przeskokami w czasie poradził i nie widział w tym problemu. Szczególnie, że Greta postarała się w tej kwestii i ten podział na przeszłość i teraźniejszość wyraźnie oddzieliła innym filtrem - dzieciństwo jawiło się więc w ciepłych, niewinnych i wesołych barwach, a teraźniejszość była zdecydowanie zimniejsza.

Greta Gerwig dokonała niemożliwego - w idealnym stopniu odkurzyła tę moralizatorską klasykę. Pierwszy tom autorstwa Alcott, Małe kobietki, należy do tych lektur cukierkowych i przesadzonych, skierowanych typowo do młodych dziewcząt, próbując wskazać im słuszną drogę w życiu. Natomiast film wprowadza do tego element realizmu, każda z dziewcząt została ograbiona z niepotrzebnych cech, zostawiając te najbardziej naturalne. Szczególnie widać to w postaci mamy, która w książce bardziej przypomina głos rozsądku, taką panią idealną niż człowieka, a tutaj w wykonaniu Laury Dern wyszła raczej przyjaciółka, powierniczka małych kobietek niż ich mentorka.

Dodatkowa świeżość bije zdecydowanie z poprowadzenia postaci Amy, w książce raczej denerwującej, wyszczekanej i rozpieszczonej dziewczyny. W filmie natomiast jej historia wybija się na najważniejszą, zaraz po Jo, dzięki czemu w końcu rozumiemy jej postępowanie, a monolog o kobietach i ich wyborach to jedna z najlepszych scen filmu (podobno została dopisana przez Gerwig pod wpływem chwili, a Pugh poprowadziła monolog z pełnią charyzmy). Dla mnie jednak film wygrywa Saoirse Ronan. To prawdziwa petarda. Dziewczyna, od której nie chce odwrócić się wzroku, która absorbuje pełnię naszej uwagi. Po scenie na strychu musiałam zbierać szczękę z podłogi. Na dodatek jej chemia z Timothée Chalamet jest niezaprzeczalna, więc każda scena z Jo i Laurie'm pełna była takiego pozytywnego napięcia.

Małe kobietki to jeden z niewielu filmów, które zaraz po zakończeniu miałam ochotę zobaczyć jeszcze raz. Wszystko tutaj zagrało - wspaniałe aktorskie role, sposób prowadzenia historii, przepiękne kostiumy, klimatyczna muzyka, zabawa kolorystyką. No i jeszcze to zakończenie, które koresponduje z życiem samej Alcott - pozwala zostać wiernym oryginałowi, ale dodaje cegiełkę, obdzierającą koniec ze słodyczy. Idealne.


Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka