niedziela, 9 września 2018

Sierpniowa micha filmów

Tak jak obiecałam staram się wrócić do systematycznego pisania o filmach. Dzisiaj trochę o tytułach, które zobaczyłam w ciągu ostatniego miesiąca.
Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA


Mamma Mia! Here We Go Again (2018)

źródło
Może Abba nie była zespołem mojej młodości, ale mam do tej szwedzkiej grupy spory sentyment. Rodzice bardzo lubią, a klubowe imprezy wciąż potwierdzają, że to nieśmiertelna muzyka taneczna do której każdy potrafi zatańczyć. Pierwsza część musicalu okazała się świetną rozrywką ze wspaniałą obsadą, która sprawiła, że oglądanie było taką przyjemnością. W drugiej zabrakło... cóż, wielu rzeczy.
Sophie (Amanda Seyfried) zachodzi w ciążę i poznaje historie z młodości swojej matki – szczególnie o czasie, w którym była ona w ciąży. 
Druga część tego głośnego musicalu powstała jedynie dla dodatkowego nabijania kieszeni twórców. Nie miałabym nic przeciwko temu, jeżeli wykazaliby chociaż iskierkę oryginalności i przyłożyliby się do napisania ciekawego scenariusza. Jednak tutaj to jeden wielki bełkot i wyciskanie z historii jedynki wszystkiego, co możliwe. Tak naprawdę fabuła zamyka się na tym, że Sophie otwiera hotel i w związku z tym organizuje przyjęcie. Cała reszta to powielanie historii z pierwszej części (wspomniane przygody Donny z trzema mężczyznami) bądź wątki wciskane na siłę, może tylko po to, żeby dopasować piosenkę (wszystko co dotyczy babki Sophie). Skutkowało to tym, że zamiast uśmiechać się z przyjemnością, podśmiewywałam się z coraz to dziwniejszych pomysłów twórców. Problem leży też gdzieś indziej - słabej fabuły nie uratuje tym razem gwiazda pokroju Meryl Streep. Niestety, Lily James, którą zdążyłam już polubić jako nową i ciekawą twarz w Hollywood, kompletnie nie radzi sobie z postacią Donny. Jej energia wydaje się wymuszona i nienaturalna, co gryzie się z tym, co widzieliśmy w wykonaniu Streep w pierwszej części. Tak samo jest z trójką młodych mężczyzn, którzy towarzyszą Donnie. Już nie wspomnę o tym, że muzycznie jest o wiele słabiej. Piosenki nie mają już tej pary, nie są takie energetyczne co w pierwszej części. I to nie dlatego, że są mniej popularne czy ich tempo jest bardziej powolne. Po prostu młodzi aktorzy sobie z nimi nie radzą. Pierwsza iskra rozrywki pojawia się kiedy piosenkę dostaje Julie Walters, Christine Baranski i Amanda Seyfried - wtedy poczujemy znowu klimat z pierwszej części. Szkoda tylko, że większość czasu zabiera historia młodej Donny, bo kiedy tylko pojawia się stara obsada to od razu poziom filmu się podnosi. Doświadczeni aktorzy pokazują, że nie trzeba robić za dużo, żeby sprzedać nam autentyczną historię.
Trochę się rozpisałam, więc podsumowując - druga część nie wnosi nic nowego do fabuły, jest słabiej zagrana i zaśpiewana, a do tego pojawiają się tak bezsensowne wątki jak ten z babcią, graną przez Cher (ta peruka - no po prostu nie.). To, co film ratuje, to starsza część obsady, która niezmiennie podwyższa poziom całości, a dodatkowo widać, że dobrze się przy tym bawi. Wiem, że wielu osobom film się podobał, więc oglądajcie, ale na własną odpowiedzialność.

Moja ocena: 4/10

Też go kocham (2018)

źródło
Raczej nie chadzam do kina na komedie romantyczne. Postanowiłam jednak zrobić wyjątek dla jednego, szczególnego pana. Ethan Hawke podbił moje serce w trylogii Linklatera i od tej pory za każdym razem gdy widzę jego nazwisko w obsadzie to mam ochotę obejrzeć dany film.
Annie (Rose Byrne) mieszka w sennym miasteczku na wybrzeżu Anglii. Jej chłopak Duncan (Chris O'Dowd) jest nauczycielem i ma totalną obsesję na punkcie Tuckera Crowe'a (Ethan Hawke) – muzyka, który po spektakularnym debiucie dosłownie zapadł się pod ziemię. 
To jest dość gorzka historia, ale zgrabnie napisany scenariusz nie pozwala nam wynieść z kina samych negatywnych emocji. Prawdziwe życie dopada bohaterów, związki się rozpadają, rodziny borykają się z różnymi problemami, a dwójka osób nie potrafi znaleźć nici porozumienia, która kiedyś im towarzyszyła. Jednak na każde zamknięte drzwi czeka jakieś otwarte okno. Nie jest to może nic oryginalnego, film nie sprawi, że serce zacznie nam mocniej bić albo pochylimy się dłużej nad jakimś problemem. Jednak oglądało się go po prostu przyjemnie. Świetny jest tutaj klimat Anglii, te małe uliczki, senne, nadmorskie miasteczko i piękny akcent aktorów. Widać, że bardzo dobrze w kreowaniu postaci bawi się O'Dowd, który często sprawia wrażenie nastolatka zamkniętego w ciele dorosłego. Rose Byrne radzi sobie równie dobrze, chociaż jej postać skrojona jest w taki sposób, żebyśmy mogli jej kibicować. Hawke jak zawsze świetny, tutaj nie ma co mówić. Fabuła filmu została oparta na prozie autorstwa Nicka Horby'ego o tytule Juliet, naga. Taki też jest oryginalny tytuł filmu, ale oczywiście polska publiczność chętniej wybierze się do kina na coś, co nazywa się Też go kocham - chyba nikogo już te zagrywki dystrybutorów nie dziwią. Wracając jednak do oryginału historii, warto nadmienić, że Nick Horby był autorem znanych scenariuszy do takich tytułów jak: Była sobie dziewczyna (An education), Dzika droga (Wild) czy Brooklyn. W porównaniu z tamtymi filmami Też go kocham wypada trochę blado, ale wciąż jest to jedna z przyjemniejszych komedii romantycznych, jakie ostatnio oglądałam.

Moja ocena: 6/10

Płoty (2016)

źródło
Dla tego tytułu posypały się nominacje do Oscarów 2017, a nawet jedna wygrana w postaci Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej - Violi Davis. Jakoś wtedy nie było mi dane go obejrzeć, więc pokornie nadrobiłam ze sporym poślizgiem.
Pittsburg, lata 50. Film "Płoty" jest szczerym, pełnym pasji spojrzeniem na życie Troya Maxsona (Denzel Washington). Afroamerykanina, byłego baseballisty i na jego zmagania, by zapewnić byt i godziwe życie najbliższym we wrogim świecie prześladowań rasowych. 
Od razu mogę przyznać, że nie żałuję tak długiej zwłoki, bo film jednak bardziej rozczarował niż oczarował. Scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej, za reżyserię zabrał się Denzel Washington, który też zagrał w nim główną rolę. Jak dla mnie na obu pozycjach sprawdził się raczej średnio. Filmowi brakuje jakiegoś dodatkowego kopa, czegoś, co sprawiłoby, że zaczęlibyśmy przejmować się dolą bohaterów, która do wesołych nie należy. I to nie chodzi o powolną akcję, bo ja często takie „nudne” filmy bardzo lubię. Po prostu między nami nie zaiskrzyło, a nawet pod koniec oglądałam już dość nieuważnie. Całość ratuje faktycznie Viola Davis, która oddaje postać fantastycznie - nawet gdy milczy jej wzrok nadrabia za wszystkie niewypowiedziane słowa. Z ogromnej sympatii do Manchester by the sea wolałabym, żeby Oscara zgarnęła wtedy Michelle Williams, ale Viola na pewno nie była złym wyborem. Za to do Denzela jakoś przekonana nie jestem - to nie była prosta postać do zagrania, bo ogólny jej wydźwięk był raczej negatywny. Człowiek bardzo złożony, walczący z wieloma demonami przeszłości i teraźniejszości w wykonaniu Washingtona wypadł dość blado. Podobnie jest na drugim planie, gdzie oprócz Violi trudno doszukać się ciekawie zagranej postaci. Także podsumowując, Płoty nie porwały mnie, był to niezły film na podstawie dobrego scenariusza z jedną ciekawą rolą. Można obejrzeć, ale na własną odpowiedzialność.

Moja ocena: 6/10

Dobry rok (2006)

źródło
O filmie usłyszałam niechcący. Pewna dziewczyna polecała go z całego serca - bo o Prowansji, o dobrym winie, ze świetną obsadą. Zdziwienie przyszło kiedy zobaczyłam reżysera. Bo Ridley Scott kojarzy mi się raczej z filmami ciężkimi, w końcu to człowiek, który stał za sukcesem takich dzieł jak Gladiator czy Blade Runner. Tutaj natomiast całkiem inna odsłona i film z rodzaju fell good movies.
Brytyjski biznesmen (Russel Crowe) dziedziczy prowansalską winnicę wuja i na nowo odkrywa czar miejsca, w którym jako dziecko spędził dużo czasu.
Bardzo potrzebowałam lekkiej komedii romantycznej i Dobry rok sprawdza się w tej kategorii idealnie. Przede wszystkim wrażenie robią przepiękne krajobrazy Prowansji, klimat jest taki, że mamy ochotę od razu pakować walizki i wyjeżdżać. Tym bardziej dziwi postawa głównego bohatera, który postanawia bez skrupułów pozbyć się pięknego, zabytkowego domu z ogromną winnicą. W tej roli Russel Crowe, który sprawdza się dobrze, szczególnie w scenach rozgrywających się w jego miejscu pracy. Dodatkowym atutem są oczywiście Marion Cotillard i młody Freddie Highmore na drugim planie, którzy dorzucają swoją porcję charyzmy. Jeżeli chodzi o scenariusz, to nie spodziewajmy się fajerwerków. Będzie banalnie i schematycznie (czego się spodziewaliście po lekkiej komedii romantycznej?), czasami wyczuwalne są też dziury w budowaniu postaci. To po prostu przyjemny film, który może umilić leniwy wieczór, koniecznie z kieliszkiem francuskiego wina. Ostrzegam tylko, że może zachęcić do rezerwowania biletów lotniczych!

Moja ocena: 7/10

Do wszystkich chłopców, których kochałam (2018)

źródło
O tym filmie było tak głośno na Instagramie, że trudno było nie zauważyć jego premiery na Netflixie. Takie nastolatkowe filmy oglądam raczej rzadko, zazwyczaj kiedy nie mam siły myśleć i chcę włączyć coś odmóżdżającego. Kończy się to tak, że żałuję straconego na nie czasu. Tym razem jednak było inaczej.
Lara Covey (Lana Condor) przechowuje swoje listy miłosne w pudełku na kapelusze, które dostała od mamy. Pewnego dnia okazuje się jednak, że jakimś cudownym sposobem zostały wysłane. Od tej chwili wszystko w życiu Lary staje na głowie i wymyka się spod kontroli.
Wydaje mi się, że masa jest bardzo słabych filmów dla nastolatków. Takich, które wręcz psują dzisiejszą młodzież bądź są naiwne do bólu. W przypadku Do wszystkich chłopców, których kochałam broni się przede wszystkim fabuła. Scenariusz został napisany na podstawie książki o tym samym tytule, a właściwie to serii książek. W Polsce wydano do tej pory jedynie tom pierwszy, ale po sukcesie filmu oczywiście postanowiono kontynuować tę serię. Ja raczej po nie nie sięgnę, ale przy oglądaniu ekranizacji spędziłam miło czas. Oczywiście, nie brak tutaj wyświechtanych motywów - główna bohaterka to szara myszka, która uważa się za nieatrakcyjną i preferuje życie gdzieś na obrzeżach szkolnego społeczeństwa, a zainteresuje się nią szkolny przystojniak. Jednak dialogi są na tyle dobrze rozpisane, że trudno nie uwierzyć w tworzącą się tam więź. Na dodatek zgrabnie poprowadzone są wątki poboczne. Do gustu przypadła mi siostrzana część - jako że matka bohaterki nie żyje, to rolę mentorki przejęła jej starsza siostra, która akurat wyjeżdża na studia. Piękna jest ta więź między trzema dziewczynami. Dobre wrażenie zostawia po sobie również załoga aktorska. Lana Condor w głównej roli radzi sobie bardzo dobrze, jest urocza i sympatyczna (chociaż ciężko uwierzyć, że uważa siebie za nieatrakcyjną). Cudowny jest partnerujący jej Noah Centineo, który mimo dość typowego wyglądu potrafi złamać stereotyp szkolnego popularnego sportowca. Podsumowując, to naprawdę dobry film dla nastolatek.

Moja ocena: 7/10


Iniemamocni 2 (2018)

źródło
Iniemamocni to jedna z bajek, którą jakimś cudem ominęłam będąc dzieciakiem. Nadrabiałam dużo później, jako nastolatka (animacje kocham oglądać po dziś dzień, więc nie ma co się dziwić). Pamiętam, że nie podbiła wtedy mojego serca. Z częścią drugą jest lepiej, ale to nigdy nie będzie szczególny dla mnie tytuł.
Podczas gdy Bob Parr zmaga się z problemami wychowawczymi swoich dzieci, jego żona Helen, znana także, jako Elastyna, realizuje swe aspiracje, podejmując pracę w lidze antyprzestępczej.
Iniemamocni 2 to na pewno ciekawe podejście do superbohaterów - do pewnego momentu rzadko mówiło się o negatywnych skutkach istnienia osób z supermocami. Teraz jest to już bardziej powszechne, a superbohaterowie coraz częściej wspominają o emeryturze i odkładaniu kostiumu do szafy (Watchmen. Strażnicy czy nawet marvelowska Wojna bohaterów). W Iniemamocnych główną rolę gra jednak rodzina i to największy plus produkcji. Każda postać z tej oryginalnej familii jest ciekawa i charakterystyczna. Często będzie dochodzić do kłótni, ale finalnie widzimy obrazek kochających się ludzi. W przypadku drugiej części będziemy mogli przyjrzeć się staraniom taty, Boba, w prowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci. Będzie musiał przebrnąć przez zadania z matematyki, nastoletnie perypetie miłosne, a przede wszystkim przez proces pokazywania się mocy małego Jack-Jacka. To były chyba najmocniejsze momenty filmu, które angażowały w stu procentach, bawiły i rozczulały. Reszta skupia się na pogodni za złoczyńcą, czyli typowe animowane kino akcji, z zaskoczeniem, które można przejrzeć dużo wcześniej i wieloma momentami, w których animatorzy mogli pochwalić się swoim talentem. Ta część była mi mniej bliższa niż perypetie domowe. Na pewno jest to animacja, którą można obejrzeć - jej realizacja zrobi wrażenie, szczególnie w scenach pościgów i walki ze złem, a największa siła leży w pięknych, rodzinnych relacjach. Dla mnie bez fajerwerków, ale przyjemnie.

Moja ocena: 7/10



Być jak Flynn (2012)

źródło
Ostatnio rzadko zdarza mi się trafić na film, który prawdziwie zaskoczy. Po którym oczekuje się niezłego kina, a otrzymuje się coś o wiele więcej. Tak miałam właśnie z Być jak Flynn, bardzo mało popularnym filmem, raczej ocenianym na średniaka. Mnie natomiast kupił.
Adaptacja autobiograficznej książki Nicka Flynna. Młody człowiek (Paul Dano) podejmuje pracę w schronisku dla bezdomnych. Wkrótce zawita tam jego ojciec (Robert de Niro).
Zacznijmy od tego, że włączając go nie wiedziałam o nim zupełnie nic. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy na ekranie zaczęli pojawiać się tak genialni aktorzy! Robert de Niro, Paul Dano i Julianne Moore to nazwiska, które raczej powinno się znać, a wszyscy pojawili się w jednym, mało popularnym filmie. Nie będę ukrywać, że w tym miłym zaskoczeniu ogromną rolę odegrali właśnie aktorzy, którzy podnieśli jakość tego obrazu. Sama historia oparta jest na pamiętniku Nicka Flynna, czyli dostajemy fabułę opowiadającą nam o życiu pisarza. Cóż, chłopak zdecydowanie nie miał łatwo - rozbity związek rodziców, matka pracująca na dwie zmiany i poświęcająca synowi całą resztę energii, ojciec artysta, który porzucił rodzinę i skupił się na pisaniu swojego arcydzieła. To jednak tylko początek tej historii, bo Nick będzie kilkukrotnie wpadał na swojego tatę, w różnych momentach swojego życia, a każde takie spotkanie będzie owocowało ciekawą wymianą zdań i masą różnych emocji. Piękny jest tutaj wątek schroniska dla bezdomnych, praca tam pokazana jest ciężka, ale jednocześnie bardzo wdzięczna. De Niro natomiast pokazuje kawał świetnego aktorstwa, podobno podczas przygotowywania się do roli wpadł w pełnej charakteryzacji do hotelu, którego jest współwłaścicielem, a ochrona nie wpuściła go do środka! Paul Dano to dość specyficzny aktor, który albo zaczaruje albo zmęczy. Mnie zdecydowanie pociąga jego charakterystyczna gra. Moore jak zawsze genialna. Bardzo dobrze sprawdza się także drugi plan. Mogę tylko powiedzieć, że warto zobaczyć ten mało znany film - chociażby dla wspaniałego aktorstwa. A może i fabuła porwie Was tak jak i mnie.

Moja ocena: 8/10



Oprócz tego obejrzałam:

  • Brudny Harry (1971) - klasyk gatunku, z Clintem Eastwoodem w niezapomnianej roli inspektora, który nie boi się ubrudzić rąk. Wstyd przyznać, ale mnie momentami nudził - chyba się trochę brzydko zestarzał. Za to świetna rola psychopatycznego Skorpiona! 6/10
  • Zakochany Molier (2007) - francuski humor jest dość specyficzny, a ja zazwyczaj muszę mieć na niego ochotę, żeby przez film przebrnąć. Zakochany Molier był całkiem niezły, z ładną scenografią i przeplatanymi wątkami z twórczości autora. Nie jest to jednak film wybitny. 6/10
  • Cadillac Records (2008) - film wziął sobie na warsztat bardzo ciekawy temat wytwórni Chess Records, gdzie nagrywały takie gwiazdy jak Muddy Waters czy Etta James. Niestety wpada w sidła typowej hollywoodzkiej produkcji, idzie wytartymi schematami i nie zaskakuje. Poziom podwyższa Adrien Brody i cudowna muzyka, ale Beyonce jednak nie nadaje się na aktorkę, mimo pokaźnego talentu muzycznego. 7/10

A co Wy ostatnio widzieliście?

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka