wtorek, 6 sierpnia 2019

„Notre Dame de Paris” (Teatr Muzyczny w Gdyni)

Och, jak dobrze czasami być ignorantem!
Ogólnie uważam się za fankę musicali, jednak z naciskiem na ich filmowe adaptacje. Z teatrem muzycznym najczęściej mam styczność we wrocławskim Capitolu, ale jakoś ciężko mi się wybrać do chociażby warszawskich teatrów Rampa czy Roma. Natomiast dziwnym sposobem w Teatrze Muzycznym w Gdyni byłam już drugi raz, chociaż mam troszeńkę dalej. Ciężko jednak rywalizować z muzyczną adaptacją Wiedźmina, natomiast o premierze Notre Dame de Paris swego czasu było bardzo głośno (w dobrym tego słowa znaczeniu). Problem (a raczej jego brak) polegał na tym, że wyłączając kilka powszechnie znanych faktów miałam niewielką wiedzę o tym musicalu. Historia dzwonnika była mi znana jedynie z animacji Disneya (tak, książka Katedra Marii Panny w Paryżu Victora Hugo wciąż leży nieprzeczytana na  półce), a co do pierwowzoru francuskiego to kojarzyłam tylko Belle w wykonaniu Garou. Także przyznaję, jestem ignorantką. Ale podejrzewam, że dzięki temu spektakl Notre Dame de Paris w Gdyni okazał się dla mnie tak wspaniałym doświadczeniem.
źródło
Po raz pierwszy na tak dużym spektaklu udało mi się zdobyć miejsce w pierwszym rzędzie. Zazwyczaj wiąże się to z lekkim stresem - a co, jeżeli scena będzie na tyle podwyższona, że trzeba będzie zadzierać głowę; a co, jeżeli stracimy obraz całości, bo będziemy za blisko? Okazało się jednak, że to miejsce było strzałem w dziesiątkę! Od początku jesteśmy tak blisko akcji, że nie da się od niej zdystansować, ciągle jesteśmy zaabsorbowani wydarzeniami na scenie. Na dodatek widać jak na dłoni twarze aktorów, które dodają ekstra dawkę emocji do wydobywanych dźwięków, muzyki i ruchu, a odbiór całości dużo na tym zyskuje. Mam wrażenie, że oglądanie z dalszych rzędów może skutkować utratą sporej dawki zabawy.

Zacznijmy jednak od historii. Przyznam, że ciekawym doświadczeniem było podejście do musicalu tak nieprzygotowanym. Fabuła znana z Dzwonnika z Notre Dame szybko idzie w niepamięć, a zdanie o różnych postaciach trzeba na bieżąco przewartościowywać. Dla mnie był to duży plus, bo mogłam z ciekawością śledzić poszczególne losy bohaterów, nie wiedząc co ich czeka w kolejnym kroku. Zdecydowanie to historia bardziej mroczna i smutna niż myślałam, o ludzkich namiętnościach, o pożądaniu, które niesie ze sobą niszczycielską siłę. Zawsze uważałam, że Frollo to jeden z najciekawszych antybohaterów, postać tragiczna, targana tak ludzkimi uczuciami - kocha i nienawidzi jednocześnie. Najsłabiej fabularnie wypada historia miłosna Esmeraldy i Phoebusa. Tak naprawdę nie wiemy skąd się to uczucie wzięło i co je podtrzymuje. W ogóle fascynacja Esmeraldą w musicalu wydaje się trochę wyssana z palca, bo oprócz tego że jest urodziwa to nie widać w niej nic nadzwyczajnego. Jednak wina za wszelkie niedociągnięcia fabularne powinna być zrzucona raczej na twórców oryginału.

źródło
Dochodzimy tutaj do kolejnego plusa mojej ignorancji. Przez to, że nie wiedziałam wiele o musicalu mogłam przeżywać go po raz pierwszy, a okazało się, że to po prostu kopia francuskiej produkcji. Tworzyły ją nawet te same osoby, więc scenografia i kostiumy są przeniesione jeden do jednego. Także jeżeli mamy się czepiać ubogiego wystroju sceny to pretensje powinny być raczej skierowane do oryginalnych twórców. Ja w sumie lubię ubogą scenografię, w której pomysł zastępuje prawdziwy przedmiot. Tym razem ogromna ściana katedry wystarczyła do opowiedzenia historii.

Szczerze powiedziawszy, nie traktuję Notre Dame de Paris jako zwykłego musicalu. Moim zdaniem to po prostu widowisko, któremu bliżej do koncertu. Fabuła może nie jest tutaj najważniejsza, momentami wydaje się tylko pretekstem do zaśpiewania kolejnej piosenki. To chyba też pierwszy widziany przeze mnie musical, w którym jeden utwór przechodził automatycznie w kolejny - także poza słowem śpiewanym dialogu nie doświadczyliśmy. Tym bardziej ciężko oceniać Notre Dame de Paris jako spektakl. Fabuła była na dalszym tle, a aktorzy w musicalu grają zupełnie inaczej, bo tutaj ton głosu wydaje się najważniejszy.

Jeżeli chodzi o aktorów/wokalistów to mam do powiedzenia tylko jedno - Jan Traczyk! Już pierwsze minuty sprawiły, że został moim ulubieńcem, a wykon Po nieba kresy pięły się katedry zostaje w głowie na długo po zakończeniu spektaklu. Ogólnie cała obsada daje radę. W pierwszym akcie miałam trochę problem z Frollo (Piotr Płuska), ale później sporo zyskał w moich oczach i został jednym z ulubieńców. Świetnie poradzili sobie także Janusz Kruciński jako Quasimodo i Krzysztof Wojciechowski jako Clopin. Maciej Podgórzak był poprawny, ale mam wrażenie że Phoebus to najsłabiej rozpisana postać, toteż wypada dość płasko w porównaniu z resztą obsady. Ewa Kłosowicz śpiewająco wyszła z zadania, jednak dla mnie jej bohaterka, Esmeralda, również miała słabiej nakreślony charakter, o czym wspomniałam wcześniej.

źródło

Na koniec wspomnę o największym plusie i minusie produkcji. Zacznijmy od wady - tutaj mam na myśli tłumaczenia tekstu, które momentami naprawdę raziły w uszy. Za to niezaprzeczalną zaletą Notre Dame de Paris jest cała załoga tancerzy/akrobatów. Wspaniale oddają klimat, pokazują całą masę talentu, wszystko robią na sto procent, a ich energia wręcz bucha w twarz widzom z pierwszego rzędu. Trudno nie wspomnieć tutaj o cudownych pokazach tanecznych w Dręczy mnie czy układu akrobatycznego z podwieszonymi pod sufitem dzwonami. Naprawdę mam wrażenie, że spora zasługa sukcesu musicalu tkwi właśnie w tych momentach kiedy tancerze podkręcają tempo całości i to dzięki nim nie przeszkadza nam taka ilość śpiewanych ballad. Równowaga w tym wypadku jest najważniejsza.

Cieszę się, że moje pierwsze spotkanie z Notre Dame de Paris nastąpiło właśnie w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Cudownie było być świadkiem tego widowiska, aktorzy i akrobaci spisali się na medal. Ciekawa jestem jak wypada w konfrontacji z francuską wersją, ale póki co nie mam zamiaru robić porównania. Wolę pozostawić w pamięci świetne polskie przedstawienie.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka