sobota, 17 stycznia 2026

„Frankenstein” — książka Mary Shelley vs film Guillermo del Toro

Kiedy nowy film del Toro pojawił się na Netfliksie, postanowiłam najpierw sięgnąć po literacki pierwowzór. Świeżo po lekturze byłam mocno zaskoczona. Fabuła Frankensteina zawsze kojarzyła mi się z opowieścią o szalonym naukowcu, który przy pomocy piorunów, w zagraconym laboratorium tworzy potwora. Reszta historii jakoś ze mną nie zostawała. Okazuje się jednak, że w książce stworzenie monstrum to tylko krótki fragment, a to cała reszta fabuły gra w niej pierwsze skrzypce.

Powieść Mary Shelley, napisana przez zaledwie dwudziestoletnią autorkę, była już wielokrotnie adaptowana – zarówno na ekran, jak i na scenę teatralną. Fakt, że po ten materiał sięgnął Guillermo del Toro, nie dziwi więc ani trochę. Klasyka gotyckiej literatury w jego rękach wydaje się połączeniem idealnym.

Reżyser, jak na autora o wyrazistym stylu przystało, postanowił zostawić w tej ekranizacji wyraźny ślad siebie i na nowo przepisać historię stworzoną przez Shelley. Będąc świeżo po lekturze, byłam jednak tą nieznośną osobą, która co chwilę powtarzała mężowi: „w książce było inaczej”. Kiedy dodatkowo natknęłam się na opinie określające film jako „bardzo wierny oryginałowi”, poczułam lekką konsternację — bo coś tu wyraźnie się nie zgadzało. Dlatego dziś krótko o różnicach między książką a filmem oraz o tym, dlaczego to literacki Frankenstein jest mi znacznie bliższy.

UWAGA: SPOILERY.

Zacznijmy jednak od tego, za co Guillermo del Toro zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Widać, że nie boi się ingerować w materiał źródłowy — jego Frankenstein nosi wyraźne, charakterystyczne cechy jego twórczości. Imponuje dbałość o detale: scenografia, kostiumy i rekwizyty tworzą dopracowany, gęsty wizualnie świat. Pod względem estetycznym film bywa wręcz zachwycający.

Wydaje się, że reżyser chciał opowiedzieć historię o znaczeniu rodzicielstwa i o tym, jak błędy jednego pokolenia rodzą kolejne. Aby dopasować fabułę do tej tezy, przepisano wiele wątków, a całość wzbogacono o dosłowną walkę Dobra ze Złem, zakończoną pełnym przebaczenia finałem. Dobro triumfuje, promienie słońca zalewają ekran — jest słodko. Zbyt słodko.

Różnice, które bolały najbardziej:

1. Wszechobecne podbijanie dramatyzmu

Dopiero po seansie uświadomiłam sobie, jak spokojna i powściągliwa jest powieść Shelley. Autorce udało się stworzyć wciągającą historię bez nadmiaru dramatycznych fajerwerków. U del Toro jest odwrotnie — wszystkiego musi być więcej i intensywniej. Młody Victor jest bity przez ojca, zazdrosny o brata, zakochany w jego narzeczonej i skrajnie nieczuły wobec stworzonego przez siebie bytu.

Podobnie scena konfrontacji potwora z rodziną, u której się ukrywał: w książce intymna i przełomowa, w filmie zamienia się w sekwencję akcji z atakiem przerośniętych wilków i brutalną śmiercią niewidomego starca. Zamiast cichego momentu załamania i utraty złudzeń dostajemy widowiskowy dramat, dodatkowo podbity patetycznymi ostatnimi słowami starca. Więcej emocji, więcej hałasu — pytanie tylko, czy rzeczywiście na tym zyskuje historia.

źródło

2. Brak szarości w budowaniu bohaterów

Film całkowicie zmienia dynamikę relacji między bohaterami. W powieści Victor Frankenstein dorastał w atmosferze miłości i bezpieczeństwa, a potwora porzucił z powodu jego odpychającego wyglądu. Stworzenie jest z natury dobre, lecz nieustanne odrzucenie i samotność prowadzą je do moralnego upadku. To opowieść o dwóch postaciach, które popełniają błędy — i ponoszą ich konsekwencje.

W ekranizacji potwór pozostaje ofiarą od początku do końca i nie popełnia żadnej zbrodni z pełną premedytacją. W efekcie jego rozwój zostaje spłycony, a przemiana właściwie nie zachodzi. Paradoksalnie większe współczucie wzbudził we mnie literacki potwór, który po tragicznych doświadczeniach rzeczywiście dopuścił się morderstwa, niż filmowy bohater działający wyłącznie w samoobronie.

3. Nadmiar romantycznych zawirowań

Wątek romantyczny w powieści istnieje, ale ma marginalne znaczenie. Victor i Elizabeth znają się od dzieciństwa, są sobie bliscy i ich związek wydaje się naturalnym etapem wspólnego życia. Film wykorzystuje ten element głównie po to, by dodatkowo zdemonizować Victora. Elizabeth zostaje narzeczoną jego brata, a sam Victor od początku prowadzi z nią grę flirtu.

Najbardziej problematyczne jest to, że zmiany te najwyraźniej miały „uratować” postać Elizabeth — nadać jej charakter, cięty język i niekonwencjonalne zainteresowania. Szczerze mówiąc, wolę prostą, jednoznacznie dobrą bohaterkę niż postać, która zakochuje się w potworze od pierwszego wejrzenia i prosi go, by porwał ją z własnego ślubu. Jeśli to miała być ciekawsza interpretacja, to w moim odczuciu — nieudana.

źródło


Podsumowanie

Historia Victora Frankensteina, który pochodzi z kochającej rodziny, lecz przez pychę i ambicję tworzy istotę, od której natychmiast się odwraca, wydaje mi się znacznie bardziej spójna i poruszająca. Nie zawsze podbijanie dramatyzmu działa na korzyść opowieści. Z tego względu nie polecam czytania powieści tuż przed seansem — można sobie w ten sposób skutecznie popsuć odbiór filmu. 

Del Toro po raz kolejny opowiada historię o „innym” — dziwnym, odrzuconym, ale dobrym stworzeniu, które zasługuje na współczucie. Robił to jednak już wcześniej — i, moim zdaniem, robił to lepiej. 

Najlepiej więc przyjmować ten film w oderwaniu od powieści. Wtedy na pierwszy plan wysuwa się historia istoty odrzuconej przez społeczeństwo i naznaczonej krzywdą. Reżyser bardzo mocno akcentuje również temat ojcostwa — międzypokoleniowej traumy oraz znaczenia przekazywania dzieciom miłości i akceptacji. Nie uważam, by był to najciekawszy wątek, jaki można wydobyć z książki, ale jest on wyraźnie bliski samemu autorowi adaptacji, skoro wybrzmiewa w filmie tak silnie. 

Jak to u del Toro bywa, film imponuje stroną wizualną, nie mogę jednak dołączyć do grona zachwyconych obsadą aktorską. Oscar Isaac przez cały film wyraźnie szarżuje, a jego przemiana jest trudna do uwierzenia; Jacob Elordi radzi sobie poprawnie, ale nie porywa — być może ogranicza go scenariusz; Mia Goth idealnie wpisuje się w estetykę gotyku, lecz aktorsko pojawiają się braki.

Ode mnie tyle: lepiej obejrzeć inny film Guillermo del Toro i przeczytać Frankensteina Mary Shelley.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka