Kiedy nowy film del Toro pojawił się na Netfliksie, postanowiłam najpierw sięgnąć po literacki pierwowzór. Świeżo po lekturze byłam mocno zaskoczona. Fabuła Frankensteina zawsze kojarzyła mi się z opowieścią o szalonym naukowcu, który przy pomocy piorunów, w zagraconym laboratorium tworzy potwora. Reszta historii jakoś ze mną nie zostawała. Okazuje się jednak, że w książce stworzenie monstrum to tylko krótki fragment, a to cała reszta fabuły gra w niej pierwsze skrzypce.
Powieść Mary Shelley, napisana przez zaledwie dwudziestoletnią autorkę, była już wielokrotnie adaptowana – zarówno na ekran, jak i na scenę teatralną. Fakt, że po ten materiał sięgnął Guillermo del Toro, nie dziwi więc ani trochę. Klasyka gotyckiej literatury w jego rękach wydaje się połączeniem idealnym.
Reżyser, jak na autora o wyrazistym stylu przystało, postanowił zostawić w tej ekranizacji wyraźny ślad siebie i na nowo przepisać historię stworzoną przez Shelley. Będąc świeżo po lekturze, byłam jednak tą nieznośną osobą, która co chwilę powtarzała mężowi: „w książce było inaczej”. Kiedy dodatkowo natknęłam się na opinie określające film jako „bardzo wierny oryginałowi”, poczułam lekką konsternację — bo coś tu wyraźnie się nie zgadzało. Dlatego dziś krótko o różnicach między książką a filmem oraz o tym, dlaczego to literacki Frankenstein jest mi znacznie bliższy.
UWAGA: SPOILERY.
Zacznijmy jednak od tego, za co Guillermo del Toro zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Widać, że nie boi się ingerować w materiał źródłowy — jego Frankenstein nosi wyraźne, charakterystyczne cechy jego twórczości. Imponuje dbałość o detale: scenografia, kostiumy i rekwizyty tworzą dopracowany, gęsty wizualnie świat. Pod względem estetycznym film bywa wręcz zachwycający.
Wydaje się, że reżyser chciał opowiedzieć historię o znaczeniu rodzicielstwa i o tym, jak błędy jednego pokolenia rodzą kolejne. Aby dopasować fabułę do tej tezy, przepisano wiele wątków, a całość wzbogacono o dosłowną walkę Dobra ze Złem, zakończoną pełnym przebaczenia finałem. Dobro triumfuje, promienie słońca zalewają ekran — jest słodko. Zbyt słodko.
Różnice, które bolały najbardziej:
1. Wszechobecne podbijanie dramatyzmu
Dopiero po seansie uświadomiłam sobie, jak spokojna i powściągliwa jest powieść Shelley. Autorce udało się stworzyć wciągającą historię bez nadmiaru dramatycznych fajerwerków. U del Toro jest odwrotnie — wszystkiego musi być więcej i intensywniej. Młody Victor jest bity przez ojca, zazdrosny o brata, zakochany w jego narzeczonej i skrajnie nieczuły wobec stworzonego przez siebie bytu.
Podobnie scena konfrontacji potwora z rodziną, u której się ukrywał: w książce intymna i przełomowa, w filmie zamienia się w sekwencję akcji z atakiem przerośniętych wilków i brutalną śmiercią niewidomego starca. Zamiast cichego momentu załamania i utraty złudzeń dostajemy widowiskowy dramat, dodatkowo podbity patetycznymi ostatnimi słowami starca. Więcej emocji, więcej hałasu — pytanie tylko, czy rzeczywiście na tym zyskuje historia.
![]() |
| źródło |
2. Brak szarości w budowaniu bohaterów
Film całkowicie zmienia dynamikę relacji między bohaterami. W powieści Victor Frankenstein dorastał w atmosferze miłości i bezpieczeństwa, a potwora porzucił z powodu jego odpychającego wyglądu. Stworzenie jest z natury dobre, lecz nieustanne odrzucenie i samotność prowadzą je do moralnego upadku. To opowieść o dwóch postaciach, które popełniają błędy — i ponoszą ich konsekwencje.
W ekranizacji potwór pozostaje ofiarą od początku do końca i nie popełnia żadnej zbrodni z pełną premedytacją. W efekcie jego rozwój zostaje spłycony, a przemiana właściwie nie zachodzi. Paradoksalnie większe współczucie wzbudził we mnie literacki potwór, który po tragicznych doświadczeniach rzeczywiście dopuścił się morderstwa, niż filmowy bohater działający wyłącznie w samoobronie.
3. Nadmiar romantycznych zawirowań
Wątek romantyczny w powieści istnieje, ale ma marginalne znaczenie. Victor i Elizabeth znają się od dzieciństwa, są sobie bliscy i ich związek wydaje się naturalnym etapem wspólnego życia. Film wykorzystuje ten element głównie po to, by dodatkowo zdemonizować Victora. Elizabeth zostaje narzeczoną jego brata, a sam Victor od początku prowadzi z nią grę flirtu.
Najbardziej problematyczne jest to, że zmiany te najwyraźniej miały „uratować” postać Elizabeth — nadać jej charakter, cięty język i niekonwencjonalne zainteresowania. Szczerze mówiąc, wolę prostą, jednoznacznie dobrą bohaterkę niż postać, która zakochuje się w potworze od pierwszego wejrzenia i prosi go, by porwał ją z własnego ślubu. Jeśli to miała być ciekawsza interpretacja, to w moim odczuciu — nieudana.
![]() |
| źródło |
Podsumowanie
Historia Victora Frankensteina, który pochodzi z kochającej rodziny, lecz przez pychę i ambicję tworzy istotę, od której natychmiast się odwraca, wydaje mi się znacznie bardziej spójna i poruszająca. Nie zawsze podbijanie dramatyzmu działa na korzyść opowieści. Z tego względu nie polecam czytania powieści tuż przed seansem — można sobie w ten sposób skutecznie popsuć odbiór filmu.
Del Toro po raz kolejny opowiada historię o „innym” — dziwnym, odrzuconym, ale dobrym stworzeniu, które zasługuje na współczucie. Robił to jednak już wcześniej — i, moim zdaniem, robił to lepiej.
Najlepiej więc przyjmować ten film w oderwaniu od powieści. Wtedy na pierwszy plan wysuwa się historia istoty odrzuconej przez społeczeństwo i naznaczonej krzywdą. Reżyser bardzo mocno akcentuje również temat ojcostwa — międzypokoleniowej traumy oraz znaczenia przekazywania dzieciom miłości i akceptacji. Nie uważam, by był to najciekawszy wątek, jaki można wydobyć z książki, ale jest on wyraźnie bliski samemu autorowi adaptacji, skoro wybrzmiewa w filmie tak silnie.
Jak to u del Toro bywa, film imponuje stroną wizualną, nie mogę jednak dołączyć do grona zachwyconych obsadą aktorską. Oscar Isaac przez cały film wyraźnie szarżuje, a jego przemiana jest trudna do uwierzenia; Jacob Elordi radzi sobie poprawnie, ale nie porywa — być może ogranicza go scenariusz; Mia Goth idealnie wpisuje się w estetykę gotyku, lecz aktorsko pojawiają się braki.
Ode mnie tyle: lepiej obejrzeć inny film Guillermo del Toro i przeczytać Frankensteina Mary Shelley.


